Выбрать главу

Severus podniósł materiał i, nie przerywając kontaktu wzrokowego, przysunął różdżkę do tkaniny i wyszeptał:

- Incendio.

Krawat zajął się ogniem. Płomienie odbijały się w aksamitnie czarnych oczach mężczyzny i Harry nie mógł pozbyć się wrażenia, że widzi w nich coś na kształt mrocznej satysfakcji. Spojrzał w dół na spalający się, syczący materiał, który Severus położył na blacie biurka i poczuł w sercu dziwne ukłucie.

Jakby wraz z nim, spalała się również jego... wolność.

Kiedy z krawatu nie pozostało nic, poza zwęglonym, czarnym frędzlem, Harry ponownie spojrzał na Severusa.

Mężczyzna wykrzywił wargi w coś na kształt uśmiechu i powiedział uprzejmym głosem:

- Jeżeli już skończyliśmy, to może napijemy się herbaty?

Harry odpowiedział mu uśmiechem.

Nie. Oni obaj byli niezrównoważeni.

 

--- rozdział 47 ---

47. Two days before everything changed

It's funny how we feel so much

But we cannot say a word

We are screaming inside

But we can't be heard*

- Cholera! Niech ją szlag! Może się wypchać! Samolubna egoistka! Już jej nigdy nie obronię! Dosyć tego! - Ron wpadł do dormitorium tak nagle, że leżący na łóżku Harry niemal z niego spadł. Błyskawicznie schował do kieszeni kulkę, którą otrzymał w prezencie gwiazdkowym od Snape'a, a w którą wpatrywał się przez ostatnie piętnaście minut, na przemian przywołując twarze swojej mamy, taty oraz Syriusza. - Stała się po prostu nieznośna! Gorsza od mojej matki! Gdybym wiedział, że... co to było? - Ron przestał wyrzucać z siebie potok pełnych goryczy przekleństw i spojrzał z zaskoczeniem na Harry'ego, który starał się sprawiać wrażenie niezwykle zainteresowanego fałdą na przykryciu.

- Co? Ach, to nic takiego... Ty tylko... taka piłeczka. Ćwiczyłem... łapanie znicza. - Ron zmarszczył brwi. - Co się stało? Wyglądasz na nieźle wkurzonego - zapytał szybko Harry, próbując zmienić temat.

Przyjaciel westchnął ciężko i opadł na łóżko.

- Hermiona - mruknął pod nosem. - Czy dla ciebie też jest taka... nie wiem, jak to nazwać... okropna?

Harry zmarszczył brwi.

- Chodzi o to, że ona... kurcze, nie wiem - prychnął z rozdrażnieniem. - Zachowuje się po prostu tragicznie. Ciągle za mną łazi i mówi mi, co mam robić. Nie mogę się nawet odlać po swojemu. I nagle stała się nie wiadomo jak wymagająca. O wszystko ma do mnie pretensje. Że nie robię tego, że nie robię tamtego. Po prostu dłużej tego nie wytrzymam. - Ron przetarł twarz dłonią i spojrzał na Harry'ego z miną męczennika. - Dlaczego mnie nie powstrzymałeś, póki była jeszcze szansa?

Gryfon wzruszył ramionami.

- Nie kazałem ci się z nią umawiać - odparł. Wcale nie miał ochoty wysłuchiwać żalów Rona. Za pół godziny miał iść do Snape'a.

- A może to nie ma sensu? - zapytał przyjaciel, odwracając twarz do okna. Było późne popołudnie i świecące nisko na niebie słońce rzucało długie cienie na iskrzące się bielą błonia. Harry widział na obliczu Rona wyraźne przygnębienie i zrobiło mu się go żal. Dobrze wiedział, co musi teraz przeżywać. Sam czuł się podobnie już wiele razy w ciągu tego roku. - Wiesz co? Nie mam ochoty tu siedzieć. W ogóle nie mam ochoty na nią patrzeć. - Rudzielec odwrócił głowę w stronę Harry'ego, spoglądając na niego błagalnym wzrokiem. - Chodźmy na boisko poćwiczyć Quidditcha. Muszę się trochę rozerwać.

Harry poczuł ukłucie w żołądku.

- Ee... wiesz, jest już dosyć późno... - mruknął. - A poza tym jest zimno.

- Jakoś nigdy ci to nie przeszkadzało - wymamrotał Ron z pretensją w głosie. - Odkąd znalazłeś sobie dziewczynę, w ogóle nie masz dla nas czasu. Ciągle cię nie ma. Kiedy ostatnio robiliśmy coś razem?

Harry przełknął ślinę. Ron miał rację. Ostatnio praktycznie cały swój wolny czas poświęcał Severusowi. Próbował przypomnieć sobie jakiś spędzony z Ronem wieczór, podczas którego robiliby coś innego poza odrabianiem lekcji, ale naprawdę nie był w stanie. Przyjaciel patrzył na niego z mieszaniną rozgoryczenia oraz nadziei i Harry'emu zrobiło się bardzo głupio.

Zamknął powieki, tocząc w sobie wewnętrzną walkę.

- Dobrze - odezwał się w końcu. - Masz rację. Przepraszam. Chodźmy. Ja też stęskniłem się za Quidditchem. - Uśmiechnął się blado.

To akurat była prawda. Zimą treningi były organizowane niezwykle rzadko, z powodu zbyt silnych mrozów. Nawet Angelina nie była aż taką sadystką, aby kazać im trenować w takich warunkach. Zresztą żadna drużyna nie trenowała, więc w sumie nikt nic nie tracił.

Ron ożywił się niemal natychmiast. Zerwał się z łóżka i zanurkował w swoim kufrze, szukając miotły i ciepłych ubrań. Harry wykorzystał fakt, że przyjaciel nie patrzył, i wsunął dłoń do kieszeni, zaciskając palce na zielonym klejnocie.

Przepraszam, ale nie mogę dzisiaj przyjść. Coś mi wypadło. Spotkamy się kiedy indziej.

Zerwał się z łóżka, czując w sercu ekscytację. Och, naprawdę stęsknił się za lataniem. Snape chyba nie będzie miał mu za złe, że ten jeden raz do niego nie przyjdzie. Zresztą nie miał dzisiaj szlabanu, więc nie musiał iść.

Przebierając się w cieplejsze ubranie, poczuł ciepło emanujące z kamienia. Udając, że chce zawiązać buta, uklęknął i odczytał wiadomość:

W takim razie oczekuję cię jutrzejszego wieczoru.

Och, nie spodziewał się, że Severus przyjmie to aż tak spokojnie, ale był mile zaskoczony.

Dobrze. - odesłał szybko i wstał. Wsadził do kufra oba kamienie, żeby ich nie zgubić na boisku, zarzucił na siebie kilka kolejnych warstw ubrań i wyszedł razem z Ronem z dormitorium, ściskając w dłoni swoją Błyskawicę i już wyobrażając sobie smak i zapach zimowego powietrza, którego nareszcie będzie mógł skosztować po tak długiej przerwie.

- Och, idziecie polatać?

Harry odwrócił się w połowie schodów, widząc wychodzącą z dormitorium dziewcząt Ginny.

- Tak, chcemy trochę poćwiczyć - odparł Ron.

Dziewczyna rozpromieniła się.

- Mogę pójść z wami? Dawno nie latałam. Przyda mi się trochę ćwiczeń. Opuściłam kilka ostatnich treningów, a samemu to nie to samo. Greg nie lubi Quidditcha. - Skrzywiła się, jakby sama idea, że ktoś może nie lubić Quidditcha była dla niej tak obca, jak dla skrzatów domowych mówienie źle o swoim panu.

Ron i Harry wymienili spojrzenia.

- No dobra. Możesz się przydać. Ty poćwiczysz strzały, ja obronę, a Harry szukanie znicza.

- Świetnie! - Ginny klasnęła w dłonie. - Zaraz wracam, tylko się przebiorę.

***

- Widzieliście ten zwis? Prawie zleciałem z miotły, ale było warto! Widzieliście? Nawet nie wiedziałem, że tak umiem! To było niesamowite! Albo jak odbiłem tego kafla samymi czubkami palców! Widzieliście? - Ron entuzjazmował się przez całą drogę z boiska, przez błonia w stronę zamku oświetlonego padającym zza szyb blaskiem świateł. Śnieg skrzypiał im pod butami, a Harry czuł się tak, jakby każdy mięsień w jego ciele zamarzł i teraz, kiedy szedł, skrzypiał jeszcze donośniej. Donośniej nawet od śmiechu Ginny. Ale jednocześnie miał wrażenie, że narodził się na nowo. Czuł się całkowicie odprężony i zrelaksowany. Jak po dobrym seksie ze Snape'em. Tyle tylko, że teraz miał w sobie mnóstwo energii, która go wręcz roznosiła.

- Tak, to było niezłe. A widzieliście, jak zrobiłem w ostatniej chwili zwrot nad samym boiskiem? - zapytał Rona i jego siostry, szczerząc się od ucha do ucha i przypominając sobie pęd mroźnego powietrza, który wciąż igrał mu we włosach. - Zaryłem stopami w śnieg. Myślałem, że już po mnie. Hahaha. Ale przynajmniej wiem teraz, co robić, gdyby Zabini albo Cho siedzieli mi na ogonie. Żadna miotła tego nie wytrzyma. Oprócz Błyskawicy.