***
Kiedy Harry wrócił do Pokoju Wspólnego, znalazł Hermionę i Rona przy kominku. Ćwiczyli zaklęcia kopiujące. Wyjaśnił im, że tym razem to jemu Ślizgoni wsypali coś do jedzenia i musiał szybko iść do skrzydła szpitalnego, dlatego tak nagle wybiegł. I że czuje się paskudnie, bo eliksiry pani Pomfrey były zbyt słabe, aby mu pomóc. Ignorując wzburzenie Hermiony, która poprzysięgła, że przy najbliższej okazji powie o wszystkim profesor McGonagall i tym razem Harry jej nie powstrzyma oraz groźby Rona, że napisze do bliźniaków, aby przysłali mu coś naprawdę wstrętnego i następnym razem dosypie to wszystkim Ślizgonom do ich soku dyniowego, Harry wymamrotał, że po prostu chce się położyć i poszedł do dormitorium. Ta krótka rozmowa wyczerpała wszystkie jego siły i kilka razy był już prawie pewien, że znowu zwymiotuje. Rzucił się na łóżko, nie mając siły ruszyć nawet palcem i po prostu pragnąc zasnąć. Przespać to wszystko. A najlepiej spać i spać i nigdy się nie obudzić. Ale nie był w stanie tego zrobić. Głowa wciąż chciała mu eksplodować, dręczyły go duszności, miał rewolucje żołądkowe i czuł się tak źle, jak jeszcze nigdy w całym swoim życiu.
Nagle przez szum w uszach i zawroty głowy do jego umysłu przebił się dziwny dźwięk. Jakby ktoś stukał w okno. Z trudem uniósł głowę. Na parapecie po drugiej stronie szyby siedziała mała brązowa sówka.
Jego głowa ponownie opadła na łóżko. Miał nadzieję, że sowa wkrótce odleci. Nie miał siły, aby wstać i ją wpuszczać. Może to coś do Neville'a...
Stukanie w okno przybrało na sile. Stękając i pojękując, podniósł się z łóżka i podszedł do okna. Jednak w momencie, kiedy je otworzył, żołądek podskoczył mu do gardła i zaczął wymiotować na podłogę. Czuł pieczenie w przełyku. To była żółć. Nie miał już czym wymiotować.
Próbując się nie przewrócić, wyprostował się, wytarł usta i chwiejnie podszedł do łóżka. Opadł na nie i wtedy zauważył, że sowa usiadła na jego posłaniu.
Nie spodziewał się żadnej korespondencji. Cóż to mogło być?
Zaciekawiony sięgnął do pakunku, odwiązał go od nóżki ptaka, który natychmiast wyleciał przez otwarte okno, a następnie otworzył. W środku znalazł dwie fiolki. I zwitek pergaminu.
Drżącymi dłońmi, rozwinął pergamin i otworzył oczy ze zdumienia, kiedy rozpoznał charakterystyczne, ostre pismo Snape'a. Tylko tym razem nie było ono eleganckie jak zawsze, tylko kanciaste i nierówne, jakby kreślone w pośpiechu i zdenerwowaniu.
Zmarszczył brwi i przeczytał:
To antidotum. Masz je wypić. I zwracam ci twoje wspomnienia.
Przełknął ślinę, wciąż czując nieznośnie pieczenie w przełyku i spojrzał na zawierającą bladozielony płyn fiolkę. W drugiej wirowała srebrna mgiełka.
Jakaś część niego nie chciała tego przyjmować. Dla zasady. Ale z drugiej strony zrobiłby wszystko, aby to się skończyło.
Odrzucił pergamin oraz wspomnienia i pospiesznie odkorkował buteleczkę, wlewając w siebie całą jej zawartość. Płyn rozlał się po jego ciele przyjemnym chłodem. Był delikatny, niczym dotyk jedwabiu na skórze i przynosił ukojenie. Po paru chwilach torsje zaczęły ustępować, ból głowy także.
Harry opadł z westchnieniem na poduszkę i zamknął oczy. Dopiero teraz, kiedy fizyczne dolegliwości zanikały, zaczął coraz wyraźniej odczuwać te psychiczne.
Nie chciał o tym myśleć. Nie chciał. Ponieważ kiedy tylko przypominał sobie...
Nie! To się nie mogło wydarzyć. Severus nie mógłby przecież... Nie postąpiłby tak... Nie mógł być aż tak...
Podniósł ręce i przycisnął je do oczu, czując coraz bardziej nieznośne pieczenie pod powiekami. I ciężką, kąsającą wnętrzności, gorzką pustkę. Przez jego żyły płynął teraz tylko chłód. Rozlewał się po ciele, zamrażając wszystko na swojej drodze. Miał wrażenie, że igiełki lodu wrzynają się w jego serce. I to bolało.
Przez długi czas po prostu leżał z zamkniętymi oczami albo wpatrywał się w sklepienie łóżka, uciekając przed wspomnieniami. Albo próbując je gonić.
Próbował zrozumieć... dlaczego? Dlaczego Snape to zrobił? Czyżby jednak przez cały ten czas go nienawidził? Nie, przecież wiedział, że to była nieprawda. Więc dlaczego? Jak mógł coś takiego... jak w ogóle... Jak mógł tak po prostu siedzieć i przyglądać się? Jak mógł go... torturować? Przecież byli... Przecież on był...
...Śmierciożercą.
Harry otworzył gwałtownie oczy.
Starał się o tym zapomnieć. Zawsze to odrzucał. Po prostu o tym nie myślał. Ale teraz prawda uderzyła tak mocno, tak celnie i tak głęboko, że jego płuca ścisnęły się i przez chwilę nie mógł oddychać.
Jasne. Przez całe życie robił tylko to. Torturował. Więc dla niego był to chleb powszedni. Ale nigdy... przenigdy nie spodziewał się, że Severus będzie w stanie zrobić to... jemu.
Ponownie zacisnął powieki, kiedy mroźne igiełki wbiły się jeszcze głębiej.
I w tym samym momencie poczuł w kieszeni rozprzestrzeniające się powoli ciepło.
Zawahał się. Tym razem jego serce nie przyspieszyło tak jak zawsze, kiedy w jego kieszeni pojawiał się żar. Pozostało spokojne. Wycofane. I drżące.
Jednak ciekawość zwyciężyła. Powoli wyciągnął klejnot i spojrzał w jego lśniącą powierzchnię.
Potter... Musimy sobie wyjaśnić kilka rzeczy. Kiedy możemy się spotkać i porozmawiać?
Nie wiedział czego się spodziewać. Ale na pewno nie czegoś takiego. Tak... trywialnego!
Snape powinien... powinien... do cholery, powinien zapłacić za to, co zrobił! Przepraszać go na kolanach! A nie zachowywać się tak, jakby nic wielkiego się nie stało. Jakby po prostu powiedział mu jakąś złośliwość. I jakby robił mu wielką łaskę, że w ogóle się odzywa! Do diabła z nim! Do diabła! Do diabła!
Lodowata otoczka wokół serca została rozbita i Harry czuł teraz, jak wypływa z niego coś bardzo gorzkiego i trującego...
Zacisnął kamień w trzęsącej się dłoni i wysłał:
Porozmawiać? Porozmawiać?! Kiedy ja chciałem rozmawiać, ty miałeś to gdzieś! W ogóle nie chciałeś słuchać! Wołałeś mnie torturować! W tym jesteś najlepszy, prawda? Myślisz, że jesteś taki inteligentny, a tak naprawdę, to jesteś żałosnym, zaślepionym zazdrością dupkiem!
Zerwał się do pozycji siedzącej, wypuszczając kamień z dłoni i dysząc ciężko. Znowu wirowało mu w głowie. Ukrył twarz w dłoniach, próbując się uspokoić, ale nie potrafił. To coś siedziało w nim i musiał, musiał to z siebie wyrzucić! Ponownie złapał kamień w spoconą dłoń i ścisnął go tak bardzo, że niemal go zmiażdżył.
Jak w ogóle mogłeś pomyśleć, że mógłbym cię zdradzić? Przecież wiesz, że nie widzę świata poza tobą! Nigdy, przenigdy bym tego nie zrobił! Dlaczego mi nie zaufałeś? Dlaczego mnie o to posądziłeś? I nawet nie pozwoliłeś wyjaśnić... nie dałeś mi żadnej szansy na obronę! Sprawiłeś mi tylko cierpienie! Tak okrutne i bezsensowne...
Ponownie wypuścił klejnot, czując spływające po policzkach łzy. Szybko wytarł je wierzchem drżącej dłoni i zapatrzył się w niepozorny, leżący na pościeli kamień. Pozostawał chłodny i wygaszony. Jakby słowa trafiały w eter. Niewysłuchane. Zignorowane.
Harry zagryzł wargę i powoli wyciągnął rękę, przybliżając ją do klejnotu. Po chwili cofnął ją. Przez chwilę wpatrywał się z zieloną, gładką powierzchnię, po czym po raz trzeci chwycił kamień i wysłał ostatnią już wiadomość:
Nie chcę się z tobą spotkać. Nie chce teraz z tobą rozmawiać. Po prostu... odwal się.
Wcisnął klejnot głęboko pod poduszkę i położył się, przykrywając się kołdrą aż pod brodę. Nadal się trząsł, ale było mu już lepiej. Wyrzucił z siebie przynajmniej niewielką część tego, co w nim siedziało.
Potrzebuje czasu. Musi przemyśleć kilka spraw. Odpocząć. Uspokoić się.