Nic. Nic. Nic!
Ręka, którą przysłaniał oczy, drżała niekontrolowanie. Z całej siły zagryzał wargę, tłumiąc w sobie szloch, który próbował przedostać się przez jego zwężone, piekące gardło. Nawet nie zauważył, że ją przegryzł. Zrozumiał to dopiero, kiedy poczuł w ustach cierpki smak krwi.
A jednak... mylił się wcześniej. To nie były wyrzuty sumienia. Snape nie był zdolny do odczuwania czegoś takiego... Od samego początku to zawsze była jedynie... pogarda.
Zadrżał gwałtownie, wydając z siebie gardłowy odgłos i w ostatniej chwili przełykając szloch, który szarpnął całym jego ciałem.
- Harry? Wszystko w porządku? - Cichy, łagodny szept Hermiony gdzieś obok niego przełamał panującą w pomieszczeniu, napiętą ciszę. Harry pokiwał nieznacznie głową, nie odrywając dłoni od oczu.
Musi oddychać głęboko i spokojnie. Opanować się. Zmusić się do tego. Nie może tak... musi...
Powoli opuścił rękę, ścierając łzy z twarzy. Jego zamglony wzrok padł na stojącą przed nim nieruchomo, ciemną sylwetkę.
I w tej właśnie chwili grobową ciszę przerwał dźwięk dzwonka, odbijającego się echem w korytarzach zamku. Ale w klasie nadal panowało milczenie.
- Wynoście się. - Głos Snape'a wydawał się dziwnie zduszony. - Potter zostanie.
Harry zamknął oczy. Teraz było mu już wszystko jedno.
W sali rozbrzmiał szum, kiedy uczniowie zaczęli podnosić się z miejsc i zbierać swoje rzeczy. Nikt się nie odzywał.
- Harry... zaczekamy na ciebie za drzwiami - powiedziała łagodnie Hermiona, patrząc na przyjaciela ze współczuciem wymieszanym z głębokim zaniepokojeniem.
Pokiwał głową, automatycznie schylając się po torbę i pakując do niej swoje rzeczy, chociaż sam nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co robi. Uczniowie powoli opuszczali klasę.
Harry odłożył torbę i spojrzał pustym wzrokiem w ścianę. Snape przez cały czas stał przed jego ławką, tak jakby jego nogi wrosły w ziemię i nie był w stanie się poruszyć.
W chwili, kiedy drzwi zamknęły się za ostatnim uczniem, Harry poczuł powiew magii. Rozpoznał zaklęcie wyciszające. W pomieszczeniu zapanowała głucha cisza.
- Sprowokowałeś mnie, Potter. - Dziwnie napięty głos Severusa przerwał wiszące w powietrzu milczenie. - Nigdy nie wiesz, gdzie leży granica, której nie powinieneś przekraczać. Zawsze byłeś... - Severus urwał nagle, jakby powstrzymał się w ostatniej chwili. - Nie miałem tego na myśli - dodał po chwili milczenia, kiedy Harry w żaden sposób nie zareagował na jego słowa. - Nie chciałem tego powiedzieć. Zdenerwowałeś mnie. Gdybyś nie zaczął... - ponownie urwał. - Nie możesz brać do siebie wszystkiego, co powiem. Przecież mnie znasz. - W jego głosie zaczęła pobrzmiewać desperacja. Kiedy Harry nadal nic nie mówił, odezwał się niepewnie: - Potter?
- Zawsze byłem dla ciebie nikim - powiedział cicho Harry, tak jakby Snape w ogóle się nie odezwał. Tak jakby drzwi dopiero przed chwilą się zamknęły. I jakby mówił tylko do siebie albo do ściany, na którą spoglądał. - Nigdy nic dla ciebie nie znaczyłem. Byłem głupi, myśląc że kiedykolwiek uda mi się sprawić, że kiedyś będę dla ciebie kimś więcej niż... - zawahał się tylko przez ułamek sekundy - ...niż nic nieznaczącym zerem.
- Powiedziałem tak tylko dlatego, że mnie... - zaczął mężczyzna, ale Harry nie pozwolił mu dokończyć. Ani jedno słowo, które wypowiadał teraz Snape, nie miało dla niego znaczenia. W ogóle ich nie słyszał, tak jakby odbijały się od czegoś bardzo zimnego i twardego, co wyrosło wokół Harry'ego.
- Miałem takie marzenie - przerwał mu tym samym cichym, złamanym głosem, wciąż wpatrując się nieobecnym wzrokiem w ścianę. - Ja... chciałem zdobyć twoje serce. Tak bardzo tego pragnąłem. Myślałem, że mi się uda... że przebiję się kiedyś przez cały ten chłód, pogardę, nienawiść... ale nie udało mi się. Poniosłem porażkę.
- Potter, posłuchaj mnie... To, co mówisz, jest absurdalne. Przecież sam doskonale wiesz, że...
Ale Harry nie słuchał. Słowa same płynęły. Nie potrafił ich powstrzymać. Z pękniętego serca wypływał gromadzony miesiącami żal. Wszystko, co zawsze w sobie dusił, spychał na samo dno - do najciemniejszego, najodleglejszego zakamarka. Teraz to wszystko zostało uwolnione. I przelewało się przez jego usta.
- Jak mogłem być taki głupi? Teraz to zrozumiałem. Zrozumiałem, że po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, przez te wszystkie miesiące, kiedy walczyłem o ciebie, że przez cały ten czas... nic dla ciebie nie znaczyłem. Od chwili, kiedy powiedziałeś mi to po raz pierwszy w klasie... nic się nie zmieniło. Absolutnie nic. I nigdy się nie zmieni. Zawsze będę dla ciebie tylko... nikim. - Jego głos załamał się nagle. Jakby ciężar tych słów był zbyt wielki, zbyt przygniatający. Zamknął oczy, nabierając powietrza do ściśniętych, obolałych płuc.
Przez chwilę panowała cisza. I wtedy Harry usłyszał szept Severusa, jakby głos był zbyt zawodny, aby wypowiedzieć te słowa:
- Nie jesteś dla mnie nikim.
Ale Harry nie wierzył. Teraz były to tylko puste słowa. Tego, co zostało wypowiedziane, nie można już było cofnąć. Zawisło pomiędzy nimi, zamieniając się w barierę, przez którą nic nie potrafiło się już przedostać.
- Nigdy już się nie dowiem, jak to jest, kiedy jest się... potrzebnym. Kiedy komuś na tobie zależy. Nie poczuję tego... - dotknął swojej klatki piersiowej na wysokości serca - ...tego czegoś... tutaj. - Westchnął głęboko, pragnąc spłukać ból, który ponownie zaczął uwierać go w piersi, zakleszczając go w swym uścisku. - Wiesz, to zabawne... ja zawsze dla wszystkich byłem nikim. Widocznie tak ma być...
To był już koniec. Ostatnia kropla opadła. Nie pozostało w nim już nic, co chciałby mu powiedzieć.
Podniósł się z miejsca i po raz pierwszy od początku całej tej rozmowy spojrzał na Snape'a. Mistrz Eliksirów był niezwykle blady. W czarnych, rozszerzonych oczach widniało głębokie poruszenie. Napięta twarz starała się przybrać zacięty wyraz, który nie potrafił się na niej utrzymać dłużej niż przez kilka sekund, ponieważ bardzo szybko przysłaniało go... poczucie winy.
Harry sięgnął do kieszeni i wyjął z niej zielony kamień. Przez chwilę przyglądał mu się, ważąc go w dłoni.
Wiązało się z nim tyle wspomnień... tak wiele razy cieszył się, widząc emanujący z niego blask...
Opowiedz.
Wszystko z tobą w porządku, Potter?
Schowek. Teraz.
Ciii... Już dobrze, Potter, jutro się tobą zajmę.
Przyjdź.
Dlaczego jeszcze nie śpisz?
Dobranoc, Potter.
Ale teraz te wspomnienia... nic już dla niego nie znaczyły.
Westchnął i odłożył kamień na ławkę.
- Nie będzie mi już potrzebny - powiedział cicho.
Snape nie patrzył już na Harry'ego. Miał opuszczoną głowę i wpatrywał się w leżący na stoliku kamień. Powoli wyciągnął rękę i niepewnie dotknął zielonej powierzchni. Długie palce drżały.
Po chwili z jego ust wydobył się gardłowy, wibrujący dziwnie szept:
- To... nie tak. Moje zachowanie... było...
- Nie chcę tego słuchać - przerwał mu Harry. Mężczyzna powoli uniósł głowę, tak jakby przyszło mu to z największym trudem. - Proszę o przydzielenie moich szlabanów innemu nauczycielowi - powiedział Harry, nieco głośniej niż dotychczas, schylając się po leżącą na ziemi torbę. Zarzucił ją na ramię i po raz ostatni spojrzał w ciemne oczy Mistrza Eliksirów. Oczy, w których szalała... już nawet nie burza. Coś znacznie głębszego, rozjaśniając je nagłymi, oślepiającymi błyskawicami. - Do widzenia... profesorze Snape.
Przez twarz mężczyzny przebiegł cień, kiedy Harry wymówił ostatnie słowo, ale nic więcej już nie zobaczył, gdyż odwrócił się i odszedł. Kiedy przekroczył próg klasy, a drzwi zamknęły się za nim, poczuł się tak... jakby pozostawił za nimi część siebie.