--- rozdział 50 ---
50. Take your heart and run
So I guess it's over now
And you broke me down somehow
I can hear what you said
Echoing in my head
I'm losing...myself
I'm shaking deep inside
I'm having trouble breathing
I need somewhere to hide
Away cause I am healing
I'm having trouble breathing
Tomorrow I am healing...*
- Mój rozkaz był jasny. Miałeś go trzymać blisko siebie! Wiesz, jakie to dla nas ważne!
Snape z trudem podniósł się z zimnej posadzki, podpierając się na drżących rękach. Z kącika ust spływała mu krew. Nie uniósł głowy. Trzymał ją opuszczoną, wbijając spojrzenie w swoje odbicie w ciemnym marmurze.
- Wybacz, mój Panie. Dałem się ponieść... nienawiści. Ale to tylko niewielka przeszkoda. W gruncie rzeczy ta sytuacja jest nam bardzo na rękę.
Voldemort opuścił nieco różdżkę, którą celował w klęczącego na podłodze mężczyznę, i zmrużył swoje czerwone oczy.
- To znaczy?
Snape podniósł głowę. Na jego wargach błąkał się groźny uśmiech.
- Poczekam, aż chłopak ochłonie i zacznie tęsknić. Będę mógł w spokoju dokończyć eliksir, a on nie będzie plątał mi się pod nogami. A kiedy nadejdzie odpowiednia pora... wtedy uderzę. - Coś w czarnych oczach rozbłysło stalową pewnością siebie. - Tak to rozegram, że Potter padnie mi do stóp i będzie błagał o to, abym pozwolił mu do siebie wrócić.
Voldemort do końca opuścił rękę, uważnie przyglądając się ciemnym, zmrużonym oczom.
- Nie wątpię - odezwał się po chwili. - Wielokrotnie już mi udowodniłeś, że jesteś najlepszy w tego typu zadaniach. Ale nie będę tolerował twojej samowoli. Masz się trzymać instrukcji.
- Nie obawiaj się, mój Panie. Potter będzie gotowy na czas.
Na ustach Voldemorta pojawił się lodowaty uśmiech. Odwrócił się gwałtownie i podszedł do wysokiego krzesła, znajdującego się w drugim końcu sali.
- Ile to jeszcze zajmie? - zapytał, siadając miękko na hebanowym krześle.
Snape powoli podniósł się z podłogi i wyprostował. Otrzepał swoje szaty i przybrał dumną postawę, tak jakby nie otrzymał jeszcze chwilę temu kilku Cruciatusów pod rząd.
- Niewiele ponad dwa tygodnie. Wszystko już prawie gotowe. Dam mu eliksir na godzinę przed wyjściem do Hogsmeade.
- Pamiętaj, że nikt nie może wiedzieć o tym, że poszedł z tobą do Hogsmeade. Po wszystkim wrócisz do zamku i kiedy ten stary dureń zorientuje się, że chłopak zaginął i ogłosi alarm, rozpoczniesz poszukiwania razem z innymi. Będziesz mi tam potrzebny, Severusie.
Mężczyzna skinął sztywno głową. Jego twarz wyglądała teraz niczym maska. Nie poruszał się na niej ani jeden mięsień.
- Wiesz, co cię spotka, jeżeli zawiedziesz... - Głos Voldemorta obniżył się o kilka tonów i wydawało się, że w pomieszczeniu zrobiło się nagle chłodniej.
- Wszystko pójdzie zgodnie z planem - odparł zdecydowanie Snape, tak jakby w ogóle nawet nie rozważał innej opcji.
Voldemort zmrużył oczy.
- Chcę zajrzeć do twojego umysłu, Severusie.
Mężczyzna nie wydawał się zaskoczony tym żądaniem. Voldemort często przeszukiwał umysły swoich zwolenników, aby upewnić się, że są mu całkowicie wierni. Rzadko kiedy jednak o tym uprzedzał. Wtargnięcie z zaskoczenia sprawiało mu o wiele większą przyjemność, ponieważ wiązało się ze znacznie dotkliwszym bólem dla ofiary, która zaskoczona niespodziewaną penetracją swych myśli, próbowała się bronić i wyrzucić intruza ze swojej głowy. A Voldemorta nie dało się wyrzucić, nie tracąc przy tym świadomości. Dlatego penetracja przebiegała o wiele mniej boleśnie, jeżeli ofiara się nie broniła i nie próbowała czegoś ukryć. Najlepiej było po prostu pozwolić mu oglądać wszystko.
Pionowe źrenice Czarnego Pana rozszerzyły się nieco, kiedy wtargnął do umysłu stojącego przed nim mężczyzny. Na skroni Snape'a pojawiła się pulsująca boleśnie żyła, a usta zacisnęły się w bladą linię. Pomimo wszelkich starań nie potrafił ukryć cierpienia, które pojawiło się na jego twarzy. Zdawało się płonąć tuż pod naciągniętą skórą. Spływało po niej w kroplach potu.
Po chwili Voldemort wycofał się. Z ust mężczyzny wyrwało się ledwie dosłyszalne westchnienie.
Voldemort odchylił się w swym przypominającym tron krześle i uśmiechnął z satysfakcją.
- Doskonale - wyszeptał. Zamknął na chwilę oczy i na jego twarzy pojawiło się coś bardzo niebezpiecznie przypominającego rozkosz. Jakby przypominał sobie coś, co sprawiało mu ogromną przyjemność. - Uwielbiam oglądać to wspomnienie. Uwielbiam patrzeć w jego zielone przerażone oczy, kiedy zaczynasz go dusić tym krawatem. - Powieki uniosły się i czerwone oczy wbiły się w czarne. - Jestem z ciebie zadowolony, Severusie. Rozebrałeś go dla mnie na kawałki. Nie pozostało w nim już niczego, czego bym nie poznał. Dzięki tobie zajrzałem w każdy, nawet najmroczniejszy zakątek jego duszy. I już niedługo ta dusza będzie należała do mnie. - Pozbawione warg usta rozciągnęły się w upiornym uśmiechu.
- To była dla mnie przyjemność - odparł Snape, skłaniając głowę i uśmiechając się do siebie z zadowoleniem.
***
Kiedy budzimy się rano, mamy tylko kilka sekund... kilka sekund błogiej nieświadomości, zanim dryfująca przez krainy snu jaźń powróci do naszego ciała, przynosząc ze sobą... strach. Kilka sekund cudownej niewiedzy, zanim zrozumiemy, kim jesteśmy, gdzie się znajdujemy i co nas czeka. Zaledwie kilka sekund, by przygotować się na uderzenie świata. I nagle nie jesteśmy już unoszącą się w bezpiecznej ciemności istotą stworzoną z marzeń... dopada nas rzeczywistość. Uświadamiamy sobie nagle z całą mocą, że to, co wydarzyło się wczoraj, było prawdą i że dzisiaj może być tylko gorzej. I nie ma przed tym ucieczki. Trzeba wstać i... przeżyć jakoś ten dzień. Nie możemy zanurzyć się z powrotem w niewiedzy. Nie ma już odwrotu.
Harry nie był wyjątkiem. Kiedy obudził się tego chłodnego, wtorkowego poranka, przez kilka sekund był kimś innym. Kimś, kto nie odczuwa, nie marzy, nie żałuje... Kimś, kogo świat nadal istnieje i nadchodzący dzień nie kojarzy mu się jedynie z bólem i pustką.
Ale trwało to tylko kilka sekund. Potem w jednej wstrząsającej chwili wszystko nagle powróciło. I musiał bardzo mocno zacisnąć powieki, by powstrzymać wlewającą się do jego umysłu gęstą lawę wspomnień. Ale wraz z obrazami i słowami nadpłynęło również coś, co zacisnęło mu pętlę na gardle i sprawiło, że poczuł bolesny ucisk w klatce piersiowej.
Wziął głęboki, drżący oddech i jeszcze przez kilka chwil łudził się, że to może jednak tylko sen. Że zaraz obudzi się naprawdę i nie będzie czuł tego uścisku ani goryczy i będzie mógł po prostu wstać z łóżka i... żyć. A może ktoś rzucił na niego zaklęcie Legilimens Evocis i zamknął go w koszmarze?
Jego ręka bez udziału woli powędrowała pod poduszkę w poszukiwaniu chłodnej, gładkiej powierzchni kamienia. Ale nie znalazła go tam.
To nie był koszmar. To była prawda.
Ostrożnie uniósł powieki.
Jesteś i zawsze będziesz dla mnie nikim. Rozumiesz? Nikim!
Ponownie zacisnął powieki.
Nie! Nie chciał sobie tego przypominać! Jaki to miało sens? To był już koniec.
Koniec.
Cóż, to słowo nie brzmiało zbyt optymistycznie. Nie, brzmiało... ostatecznie. Czuł się tak, jakby stracił kogoś bliskiego. Było w nim takie miejsce, w którym ten ktoś mieszkał, ale teraz już go tam nie było. Teraz została tylko luka, której na razie nie potrafił zapełnić. Nie wiedział, czym mógłby ją zapełnić. Ani czy to w ogóle możliwe.