Выбрать главу

Westchnął i ponownie otworzył oczy. Nie potrafił przed tym uciec. Nie potrafił uciec przed przewijającymi mu się przez głowę wspomnieniami wszystkiego, co wydarzyło się wczorajszego dnia, od wejścia do klasy aż po...

*

- Stary, co to miało być? - zapytał Ron, kiedy Harry podszedł do czekających na niego przed klasą Eliksirów przyjaciół. Nie spojrzał na nich. Przeszedł obok bez słowa, nie podnosząc głowy i nie odzywając się. Nie miał ochoty na żadne rozmowy. Nie miał ochoty na jakiekolwiek towarzystwo. Po prostu chciał stąd odejść. Odejść i schować się gdzieś.

Jednak Ron ruszył za nim. Po chwili wahania, Hermiona również. Przez jakiś czas szli bez słowa. Mijali umocowane na ścianach lochów pochodnie, które wydawały się ciągnąć w nieskończoność, tak jakby zimne, surowe korytarze nie miały końca. Po pewnym czasie Harry usłyszał za sobą niepewny głos Rona:

- Powiesz nam w końcu, o co poszło? Przecież Snape...

- Ron! - przerwała mu ostrzegawczo Hermiona, ale rudzielec zdawał się tego w ogóle nie zauważyć.

- Przecież Snape wiele razy mówił ci o wiele gorsze świństwa i ty nigdy...

- Ron!

- ...i nigdy cię to nie ruszało. Co się stało? To wyglądało...

- Ron! - Hermiona złapała go za rękaw i pociągnęła. Ale rudzielec wyrwał ramię.

- To wyglądało trochę nienormalnie. No wiesz... Rozumiem, że Snape potrafi przygadać, ale jego chamskie komentarze zawsze cię tylko wkurzały, jeszcze nigdy nie doprowadziły cię...

- Ron, zamknij się!

- ... do łez. Ja po prostu... tego nie rozumiem.

Harry zatrzymał się nagle. Jego przyjaciele zrobili to samo. Powoli odwrócił się i spojrzał na nich w taki sposób, że Ron mimowolnie się cofnął, a Hermiona zagryzła wargę i uciekła wzrokiem.

- Mam teraz... pewne problemy - powiedział ostrożnie Harry. - I chcę, żebyście zostawili mnie w spokoju.

- Jakie problemy? - Ron nie dawał za wygraną. Harry widział na jego twarzy zaciętość. A czego innego mógłby się spodziewać po takim przedstawieniu? Nawet Ron nie był aż tak głupi...

- To nie twoja sprawa - wycedził Harry. Miał dosyć. Nie miał ochoty tłumaczyć się, kłamać, wymyślać. Chciał, żeby wszyscy po prostu zostawili go teraz w spokoju. Ponownie ruszył przed siebie, całkowicie ignorując zaszokowaną minę przyjaciela.

- Jak to nie moja? - zawołał za nim Ron, kiedy doszedł już do siebie. - Przez cały dzień zachowywałeś się tak, jakby cię nie było. Chodziłeś zamyślony, nic do ciebie nie docierało. A teraz wybuchnąłeś płaczem na lekcji u Snape'a. Co to miało, do cholery, znaczyć?

Harry znowu się zatrzymał.

Co miał mu powiedzieć? Co, do diabła, miał powiedzieć? Jak mógł coś takiego wyjaśnić?

Odwrócił się do Rona.

- Ja... jestem trochę rozbity, bo... - Zacisnął usta. W głębi korytarza, ponad ramieniem wpatrującego się w niego z oczekiwaniem przyjaciela, dostrzegł dwie spacerujące Ślizgonki. - Bo... rozstałem się ze swoją dziewczyną. Wczoraj wieczorem. I ona... - przełknął ślinę - powiedziała mi coś strasznego. A Snape mi o tym przypomniał. I ja... - Spuścił głowę.

Przez chwilę panowała cisza. Było mu wszystko jedno, czy Ron mu uwierzy, czy nie. Byle tylko dał mu w końcu spokój.

- Och... - Usłyszał po chwili głos przyjaciela. - To... to w porządku. To znaczy nie "w porządku, że się pokłóciliście", czy coś, ale w porządku, że... wiesz, o co mi chodzi.

Harry pokiwał głową, wciąż wpatrując się w kamienne płyty pokrywające podłogę.

- Jesteś pewien, że to już skończone? - odezwała się nagle Hermiona dziwnym, zduszonym głosem.

- Tak - odparł Harry, czując nagły chłód w klatce piersiowej. - Całkowicie.

- To... dobrze - wyszeptała Gryfonka. - Ona ci nie da szczęścia. Nie powinieneś lokować swoich uczuć... w kimś takim.

Oczy Harry'ego rozszerzyły się, ale nie podniósł głowy.

Ona wiedziała! Domyśliła się!

Jego serce ścisnął nagły strach.

Ale chyba nie... chyba nie zamierza...

Ron spojrzał na nią z zaskoczeniem.

- A ty skąd to możesz wiedzieć? Wiesz, o kim on mówi? Znasz ją?

- Nie. Po prostu.. znam Harry'ego.

Harry przełknął ślinę.

- Czy możecie...? Czy mogę... pobyć trochę sam?

- Chodź, Ron. - Dziewczyna złapała rudzielca za rękę. - Będziemy w Pokoju Wspólnym, Harry. Jeżeli będziesz czegoś potrzebował.

Chłopak pokiwał głową, wciąż nie podnosząc wzroku. Usłyszał oddalające się kroki swoich przyjaciół.

Musiał... znaleźć jakieś miejsce. Miejsce, w którym mógłby się ukryć. I zapomnieć.

*

Harry wszedł do sowiarni i rozejrzał się w poszukiwaniu Hedwigi. Było tak zimno, że większość sów siedziała po prostu przycupnięta na żerdziach, przyciskając się do siebie nawzajem albo wtulając w swoje skrzydła. Hedwiga siedziała na najwyższej półce i kiedy Harry wszedł do cuchnącego odchodami pomieszczenia, zahukała radośnie, potrząsnęła piórami i sfrunęła na dół, prosto na wyciągniętą rękę chłopaka.

- Witaj, Hedwigo - szepnął, gładząc jej śnieżnobiałe skrzydła. - Przepraszam, że cię nie odwiedzałem. Byłem... trochę zajęty. Ale teraz... już nie jestem.

Sowa spojrzała na niego z wyrzutem, ale nie wyglądała na obrażoną. Uszczypnęła go w dłoń, tak jakby chciała powiedzieć "wybaczę ci, ale tylko ten ostatni raz". Harry westchnął i rozejrzał się za miejscem, w którym mógłby usiąść. Odgarnął leżący pod jedną ze ścian śnieg, który wpadł do pomieszczenia przez pozbawione szyb okna, i usadowił się pod ścianą, pozwalając Hedwidze odfrunąć na najbliższą półkę, gdzie przycupnęła i zaczęła mu się przyglądać swoimi paciorkowatymi oczami.

Harry podciągnął nogi, objął je ramionami i oparł czoło o kolana. W sowiarni było tak samo lodowato jak na dworze. Co jakiś czas przez okna wpadał mroźny wicher, przynosząc ze sobą wilgotne płatki śniegu, które osiadały Harry'emu na twarzy i sprawiały, że całym jego ciałem wstrząsał dreszcz, ale jemu wcale to nie przeszkadzało. Nieważne jak było zimno, chłód w jego sercu był o wiele bardziej przejmujący.

Nie myślał, że to się tak skończy. Że skończy się w taki sposób. Że w ogóle się skończy.

Ale czego mógł się spodziewać? Już od samego początku był skazany na porażkę. Tylko wcześniej po prostu nie chciał sobie tego uświadomić. Wciąż trzymał się tej głupiej nadziei, że może w przyszłości... kiedy będzie po wszystkim... do końca swoich dni... będzie... będą...

Ale jego plany zostały zdeptane. Okazało się, że dla najważniejszej osoby w swoim życiu jest tylko... nikim. Nędznym, bezwartościowym, nic nieznaczącym zerem.

Nie powinien być zaskoczony. W końcu Snape tyle razy dawał mu to do zrozumienia... Ale on był zbyt zaślepiony, by to dostrzec. Zbyt zapatrzony. Zbyt głupi. Zbyt naiwny.

Zbyt zakochany.

A co z tym wszystkim, co razem przeszli? Przecież uratował mu życie, kiedy zaatakowały go krakwaty! Został z nim w Hogwarcie na święta, chociaż mógł jechać z przyjaciółmi do Nory! Potrafił go rozbawić, nauczył się o tej przeklętej krwi buchorożców! Masturbował się dla niego! I zawsze, kiedy tylko Snape miał ochotę... Harry dawał mu całego siebie! Dawał mu tak wiele, że dla niego nie zostało już prawie nic.

To nic nie znaczyło?

Najwyraźniej nie. Nie dla kogoś takiego jak Snape. Dla kogoś, kto tylko bierze, wysysa, przeżuwa, a później, gdy się już nasyci, po prostu wypluwa... Dla kogoś, kogo jedynym celem życia jest marnowanie życia innym. Jak mógł w ogóle myśleć, że uda mu się go zmienić? Że uda mu się go zmusić do porzucenia swojej jadowitej, zaschniętej i twardej jak skała skorupy, która chroniła go przed światem przez tyle lat i do otworzenia jej na tyle, aby ktoś mógł się przez tę szczelinę przecisnąć... ktoś taki jak Harry.