Выбрать главу

Zerwał się z łóżka, czując jedynie rozdzierający ból, który musiał znaleźć ujście, ponieważ jeszcze trochę, a rozerwałby go na strzępy od środka. Jak w amoku zaczął rzucać się po pokoju, łapiąc wszystko, co tylko wpadło mu w ręce, i ciskając tym w ściany, w szafki, w drzwi. Butelki kremowego piwa, puste puchary, kolekcja kart czarodziejów, podręczniki. Chciał tylko niszczyć. Tak samo jak niszczony był przez te wszystkie miesiące. Tak samo jak zniszczony czuł się w środku.

- Wszystko skończone. Wszystko! - dyszał, miotając się po dormitorium niczym zranione zwierzę, które próbuje uwolnić się od bólu. - Frajer! Dureń! Kretyn! - Kopnął w krzesło tak mocno, że uderzyło w komodę. Trzask pękającego drewna i spadające z komody przedmioty zmieszały się z jego krzykiem. Rzucił się na łóżko, złapał poduszkę i zaczął nią uderzać w ścianę. Z taką siłą, że materiał rozerwał się i powietrze zapełniło się fruwającym wszędzie puchem. W końcu porzucił pustą poszewkę i zaczął kopać ścianę i uderzać ją pięściami. Tak długo, aż wrzeszczący potwór w jego duszy uspokoił się i wycofał, zmęczony.

Harry osunął się na kolana, dysząc ciężko. Odczuwał ból fizyczny. Tak wyraźnie. Zdarte pięści piekły, obite stopy pulsowały. Ale ten ból był tak przyjemny, w porównaniu z tamtym drugim, w nim...

- Harry? - Głos Hermiony był zachrypnięty. Ściśnięty. Odwrócił do niej głowę, dopiero teraz przypominając sobie o jej obecności. Na jej bladej twarzy lśniły łzy. Stała obok łóżka, przytrzymując się kolumny. Powoli ruszyła w jego stronę. Opadła obok niego na kolana i rzuciła się do przodu, zamykając go w swoich ramionach i przyciskając do siebie z taką siłą, jakby próbowała wchłonąć w siebie całe jego cierpienie. Zamknął oczy i poddał się jej desperackiemu uściskowi.

Nie wiedział, kiedy to nastąpi, nie wiedział, czy to w ogóle nastąpi... ale miał nadzieję, że w końcu... mu przejdzie. Że za kilka dni, tygodni, miesięcy... wyleczy się z niego.

Musi się wyleczyć. Aby żyć dalej, musi się wyleczyć.

--- rozdział 51 ---

51. Haunted by the Shadow

Long lost words whisper to me

Still can't find what keeps me here

When all this time I've been so hollow inside

Watching me, Wanting me

I can feel you pull me down

Fearing you, Loving you

I won't let you pull me down*

Część 1

We wtorkowy poranek Harry zszedł na śniadanie razem z Ronem. Po swoim wczorajszym wybuchu, zaraz po wyjściu Hermiony, zakopał się w pościeli, narzucił kołdrę na głowę i zaszył się w bezpiecznej ciemności. Kiedy do dormitorium wszedł Ron, Harry udał, że śpi. Dopiero dzisiaj rano został przez niego zmuszony do "wyjawienia całej prawdy o swojej dziewczynie". Ron był na niego trochę obrażony, że wcześniej mu o niej nie powiedział i nie rozumiał, czego tak się wstydził. Uznał, że pomimo tego, iż była ze Slytherinu, to "całkiem niezła z niej laska".

Harry starał się ani nie zaprzeczać, ani nie potwierdzać jego domysłów. W ogóle prawie się nie odzywał. Od czasu do czasu tylko przytakiwał. Nie miał w ogóle apetytu, ale poszedł z nim na śniadanie, starając się po drodze nie myśleć o niczym.

To było najlepsze wyjście. Po prostu nie myśleć o tym wszystkim. Jeżeli nie będzie myślał, to nie będzie sobie przypominał i może jakoś przeżyje ten dzień.

Niestety to założenie zostało zweryfikowane zaraz po tym, jak Harry przekroczył próg Wielkiej Sali. Podniósł głowę i zatrzymał się gwałtownie, a jego spłoszone spojrzenie pobiegło wprost w stronę stołu nauczycielskiego.

Snape był na śniadaniu.

Nie patrzył w jego kierunku. Po prostu tam był. Ale to wystarczyło, by serce Harry'ego opadło aż do żołądka. Siedział przy stole, wyprostowany i dumny, jakby połknął jakiś pieprzony kij, czarna plama zasysająca do siebie całą przestrzeń i światło. Czy nikt inny tego nie widział?

- Stary, co cię tak zmroziło? - zapytał Ron, wychylając mu się zza ramienia. - Właź, ludzie chcą przejść.

Harry ruszył do przodu, chociaż miał wrażenie, jakby stopy przykleiły mu się do podłogi. Spuścił głowę i wbił wzrok w połyskującą posadzkę.

Nie, nie będzie na niego patrzył. On nie istnieje!

Udało mu się jakoś dotrzeć do stołu i usiąść przy nim, oczywiście tyłem do stołu nauczycielskiego.

I wtedy to poczuł. Wrażenie, jakby przez jego ciało przepłynął prąd i uniosły mu się wszystkie włoski na karku. I doskonale wiedział, co to oznaczało.

Nie, nie obejrzy się!

Przełknął ślinę i wbił spojrzenie w gazetę, którą zasłaniała się siedząca po drugiej stronie stołu Hermiona. Nagłówek na pierwszej stronie głosił:

KOLEJNY BESTIALSKI ATAK SAMI-WIECIE-KOGO

Harry nie czytał dalej. Spuścił wzrok, wbijając go w swój pusty talerz. Wciąż czuł na karku piekące spojrzenie, które wyprowadzało go z równowagi.

Musiał... nie mógł ciągle tylko... Musiał zapomnieć. Skupić się na czymś innym.

Jego wzrok ponownie powędrował w stronę Proroka. Oczy ześliznęły się niżej, na zdjęcie płonącego budynku.

Tak, to była odpowiedź. Miał ją tuż przed nosem. Przez cały czas. Tylko wcześniej nie chciał jej dostrzec. Zbyt pochłonięty sobą i swoimi "problemami". Zbyt zaślepiony, aby zauważyć, że świat wciąż się kręci. Zbyt opętany swoim egoistycznym zadurzeniem...

Wpatrywał się w zdjęcie, czując, jak do jego serca zakrada się chłód, a płuca wypełniają się czymś lepkim, co sprawiło, że miał trudności z oddychaniem. Miał wrażenie, że żołądek zamienił mu się w kamień, kiedy jego umysł na powrót zaczęła wypełniać smolista substancja zwana nieuniknionym. Coś, o czym prawie udało mu się zapomnieć na kilka pięknych miesięcy, podczas których pozwolił sobie nawet na coś tak zuchwałego, jak snucie planów na przyszłość...

Nie było przyszłości. Nie w jego przypadku. Miał zadanie do wykonania. Miał pokonać Voldemorta. Tego wszyscy od niego oczekują. To jest jego droga, jego życiowy cel. A nie wdawanie się w romans i gonienie za nieosiągalnym. Nie jest mu potrzebna nieodwzajemniona miłość. Już i tak wystarczająco dużo czasu stracił na Snape'a.

Jak w ogóle mógł mieć nadzieję, że komukolwiek będzie na nim zależeć? I to komuś pokroju Snape'a? Pieprzonemu Śmierciożercy bez uczuć? Jakim był żałosnym frajerem!

Oczami duszy wyobraził sobie uczniów z przyczepionymi do piersi plakietkami z napisem "Potter to frajer".

Ale teraz koniec z tym! Już nigdy więcej nie pozwoli nikomu się zranić. Snape już się do niego nie zbliży. Harry na to nie pozwoli. Teraz zrobi to, czego oczekuje od niego cały czarodziejski świat. Pójdzie po lekcjach do biblioteki, będzie się sumiennie uczył i nie pomyśli ani razu o tym, jak bardzo został zraniony... jak bardzo czuję się złamany tam w środku...

Nie, nie pomyśli o tym ani razu!

Podniósł głowę i spojrzał na siedzących po drugiej stronie stołu przyjaciół.

- Chyba pójdę po lekcjach do biblioteki. Ja... mam zaległości. Muszę się pouczyć.

Hermiona opuściła gazetę, zerkając ponad nią i przez chwilę przyglądała mu się badawczo.

- W porządku - powiedziała. - Jeżeli tego właśnie potrzebujesz...

- Tak - odparł Harry. Chyba trochę zbyt szybko. Hermiona nie powiedziała nic więcej i Harry był jej wdzięczny.

*

Skupienie się na lekcjach nie było łatwe, ale z drugiej strony doskonale zajmowało jego myśli. Kiedy, cały ubłocony, wyszedł z cieplarni numer pięć i wraz z pozostałymi uczniami ruszył pod prysznic, był trochę rozczarowany tym, że zajęcia już się skończyły.