Выбрать главу

- Zajefajne są te plujki pryszczowate, nie? - trajkotał Ron, gdy razem wracali do szkoły jednym z tych wąskich, łączących różne części zamku korytarzem. - Mógłbym zmusić ją do naplucia Zabiniemu do soku dyniowego. Hahaha, nie pozbyłby się pryszczy przez miesiąc.

Harry nie odpowiedział. Szedł przed siebie ze wzrokiem wbitym w podłogę, obserwując znikające pod szatami stopy idących przed nim uczniów. Nie wiedział, co kazało mu nagle, w połowie korytarza, podnieść głowę. Ale gdy to zrobił, serce w nim zamarło i prawie potknął się o własne szaty.

Snape.

Szedł prosto na nich.

Na razie ich nie widział. Niósł w ramionach gruby plik pergaminów, przeglądając je po drodze.

Nogi Harry'ego stały się nagle jednocześnie zbyt ociężałe i zbyt słabe, aby go unieść. Zwolnił, wpatrując się w sunącą przez korytarz wysoką, ciemną sylwetkę. Uczniowie umykali na boki, byle tylko na niego nie wpaść. I Harry powinien zrobić to samo, ale jakoś nie potrafił wykonać żadnego ruchu. Po prostu szedł przed siebie.

Snape był coraz bliżej. W końcu podniósł głowę i zanim Harry błyskawicznie opuścił swoją, zobaczył przez ułamek sekundy, jak oczy mężczyzny rozszerzają się nieznacznie.

I może Harry tego nie widział, ale wyczuł, że Snape także zwolnił.

Zacisnął na chwilę powieki.

Tylko się wyminą. To przecież nic strasznego. Nic się nie stanie, jeżeli przejdą obok siebie. Nic, oprócz tego, że jego serce najprawdopodobniej wyskoczy z piersi.

Snape był już zaledwie kilka metrów od niego. Harry uniósł powieki i kątem oka dostrzegł czarne buty i czarną szatę, powiewającą miękko wokół nogawek spodni. I znowu to poczuł. Unoszące się włoski na karku.

Jeszcze intensywniej wbił spojrzenie w kamienne płyty pod swoimi nogami. Był już zaledwie metr od niego.

Krok.

Kilka centymetrów, gdy czarna, powiewająca peleryna musnęła jego dłoń i Harry poczuł dreszcze biegnące przez całe ciało i niemal odskoczył i wpadł na Rona, ale na szczęście powstrzymał się w ostatniej chwili i po prostu zamknął oczy i... westchnął.

Już. Po wszystkim. Zagrożenie minęło.

Więc dlaczego jego serce wciąż nie potrafiło się uspokoić?

- Stary, widziałeś, jak się na ciebie gapił? - Zaszokowany głos Rona dotarł do niego jak zza szyby. Harry wciąż wsłuchiwał się w oddalające się kroki. Podniósł głowę i spojrzał na przyjaciela z oszołomieniem.

- Co?

- No Snape. Nie mów, że tego nie widziałeś.

Harry potrząsnął głowa, czując że jego serce, zamiast się uspokoić, tylko przyspiesza.

- To było dziwne - mruknął Ron. - Może ciągle jest w szoku po tym, jak ty... no wiesz.

- Możemy o tym nie rozmawiać? - zapytał Harry. Chyba trochę zbyt ostro, ponieważ uszy Rona nagle poczerwieniały.

- Jasne. Przepraszam. Może pogramy w Eksplodującego Durnia, kiedy wrócimy do wieży?

- Nie. Wybieram się do biblioteki. Zapomniałeś? - odparł Harry. Był już zmęczony jego towarzystwem. Zmęczony i zły. Na siebie. Za to, że jest takim skończonym frajerem, że nie potrafi nawet minąć tego tłustowłosego dupka na szkolnym korytarzu bez odczuwania jakichś sensacji. - Do zobaczenia na kolacji - rzucił i ruszył biegiem przed siebie, chcąc stąd jak najszybciej uciec. Jak najszybciej uciec od tego ziołowego zapachu unoszącego się wstęgami w całym korytarzu.

*

Nie miał pojęcia, od czego zacząć. Wiedział, że pani Pince za żadne skarby świata nie wpuści go do Działu Ksiąg Zakazanych, pozostawał mu więc tylko dział z księgami do Obrony Przed Ciemnymi Mocami. Na razie. I tak planował nocny wypad po kilka zakazanych podręczników, ale teraz może przeszukać również te ogólnodostępne. Wybrał kilka książek o umiarkowanie interesujących tytułach, takich jak "Zaawansowane techniki obrony magicznej", "Atak z zaskoczenia: jak go uniknąć i jak go odeprzeć", "Zaskocz swojego wroga, zanim on zaskoczy ciebie" oraz "Systemy obronne w słynnych bitwach".

Cóż, raczej nie miał zamiaru brać udziału w wielkiej bitwie, ale może znajdzie coś przydatnego. Usiadł przy stole w samym kącie biblioteki i zagłębił się w treść książek, mając nadzieję, że znajdzie w nich coś, co mu pomoże.

Zanim się zorientował, minęła godzina ósma. Przegapił kolację. Cóż, i tak nie był głodny. Miał wrażenie, że od wczorajszego popołudnia jego żołądek zawiązał się na supeł i odmawiał przyjmowania pokarmu.

W książkach znalazł niewiele. Kilka ciekawych zaklęć ochronnych, kilka technik przydatnych bardziej w pracy szpiega, kilka strategii walk obronnych, ale nic naprawdę potężnego, co mogłoby skutecznie zatrzymać i zranić jakiegokolwiek Śmierciożercę. Już nie mówiąc o trwałym usunięciu go z drogi.

Oparł się na krześle, przymknął oczy i westchnął głęboko.

Gdyby tylko ktoś mu powiedział, od czego zacząć, w którą stronę pójść, gdyby miał jakikolwiek punkt zaczepienia...

Nie podda się. Wróci tu jutro, i będzie wracał pojutrze, po pojutrze i każdego następnego dnia, dopóki nie znajdzie czegoś, co pozwoli mu mieć jakiekolwiek szanse w starciu z Voldemortem.

***

Następnego dnia Snape znowu pojawił się na śniadaniu. Co jeszcze skuteczniej odebrało Harry'emu apetyt. Siedział tylko przy stole, grzebiąc widelcem w jajecznicy i próbując przekonać samego siebie, że włoski na karku wcale mu się nie unoszą co jakiś czas, a ta mroczna sylwetka po drugiej stronie sali to po prostu jego wredny nauczyciel Eliksirów, z którym nic go nie łączy, nic go nigdy nie łączyło i którego nienawidzi tak samo, jak przez ostatnie pięć lat.

Tylko jedno z tych twierdzeń było prawdziwe.

Znowu czuł ten bolesny ucisk w klatce piersiowej. Myślał, że już się go pozbył. Wczoraj, kiedy siedział w bibliotece, prawie go nie czuł. Ale dzisiaj, kiedy tylko wszedł do Wielkiej Sali i kątem oka dostrzegł mroczny cień przy stole nauczycielskim, ponownie coś go zaczęło uwierać w piersi. Jeszcze mocniej.

Nie, postanowił, że będzie go ignorował. Severus przestał istnieć, musi to sobie powtarzać. Teraz jest tylko "profesor Snape".

Profesor Snape, do którego powinien pójść dzisiaj na szlaban. Ale nie pójdzie. Już nigdy nie pójdzie. Poprosił go o przekazanie jego szlabanów innemu nauczycielowi, ale nikt się z nim nie skontaktował. Podejrzewał, że Snape nikogo o tym nie poinformował, ale wcale mu to nie przeszkadzało. Już wiedział, gdzie będzie spędzał czas w poniedziałkowe oraz środowe wieczory i co będzie robił.

Czując na sobie wyczekujące spojrzenie Hermiony, wziął dwa kęsy zimnej już jajecznicy. Przyjaciółka wciąż nagabywała go, że powinien jeść, dlatego dla świętego spokoju wolał co jakiś czas coś przegryzać, inaczej gotowa była jeszcze wysłać go do pani Pomfrey.

Nie rozmawiali na "ten temat" od poniedziałku. Harry podejrzewał, że Hermiona musi zapewne przetrawić wszystko, czego się dowiedziała. Prawie w ogóle się do siebie nie odzywali. Tylko co jakiś czas chłopak czuł na sobie jej zamyślone spojrzenie, ale gdy tylko na nią zerkał, natychmiast odwracała głowę albo chowała się za książką lub gazetą.

Trochę go to wytrącało z równowagi, ale z drugiej strony cieszył się, że nie próbuje "porozmawiać" z nim po raz drugi, na co wcale nie miał ochoty. Wciąż było mu wstyd za ten wybuch, którego była świadkiem, i gdyby mógł, cofnąłby czas i nie dopuścił do niego. Co mogła sobie pomyśleć? Że jest niezrównoważonym emocjonalnie nastolatkiem, który pozwolił omotać się lepkim dłoniom doświadczonego mężczyzny, który zrobił to tylko po to, aby go wykorzystać? Tak, podejrzewał, że tak właśnie to widziała. Ale nie powiedziała tego głośno i był jej za to wdzięczny. I za to, że najwyraźniej postanowiła zachować całą sprawę dla siebie. Wiedziała, że cierpi, a gdyby spróbowała to nagłośnić albo komuś o tym powiedzieć, prawdopodobnie cierpiałby jeszcze bardziej. W końcu była jego przyjaciółką. Nawet jeżeli teraz patrzyła na niego tak, jakby zamienił się w kogoś obcego. Kogoś, kogo wydawało jej się, że zna, a nagle okazało się, że to, co o nim wie, to zaledwie czubek góry lodowej, a cała reszta ukryta jest głęboko pod wodą i musiałaby naprawdę głęboko zanurkować, aby zrozumieć pewne sprawy. Na to nie była przygotowana. Harry podejrzewał, że potrzebuje czasu, aby oswoić się z tą sytuacją, i wcale jej za to nie winił. Na razie... akceptowała. I to wystarczało. Może pewnego dnia jej samej uda się zanurkować na tyle głęboko, aby mogła... zrozumieć.