Выбрать главу

Pomimo swojego przeznaczenia eliksir nie wydawał się skomplikowany. Pracowali w ciszy, co jakiś czas udając się do składziku po ingrediencje. Wszystko byłoby zupełnie w porządku, gdyby nie to, że Harry przez całą lekcję czuł na sobie spojrzenie Snape'a. Nigdy nie zatrzymywało się na nim dłużej niż na kilka sekund, ale te chwilowe uderzenia gorąca, które wywoływało, wystarczyły, aby go całkowicie zdekoncentrować i nie pozwolić mu pracować w spokoju.

W połowie lekcji Snape podniósł się i ruszył na zwyczajowy obchód po klasie, aby sprawdzić dotychczasowe postępy. Od razu dało się wyczuć zwiększone napięcie, kiedy uczniowie skulili się przy swoich kociołkach, przygotowując się na złośliwe komentarze nauczyciela. Jakież było więc ich zdziwienie, kiedy Snape po prostu zaglądał do kociołków i bez słowa przechodził dalej. Nie wypowiedział nawet jednej kpiącej uwagi. Ani jednego szyderczego słowa. Nic.

Kiedy nauczyciel ich mijał, spoglądali po sobie z rosnącym niedowierzaniem. Harry jednak tego nie widział. Był zbyt zajęty wsłuchiwaniem się w bicie własnego serca, kiedy myślał o tym, że Snape zaraz dotrze do niego i zajrzy również do jego kociołka. Na tym etapie jego eliksir powinien być ciemnofioletowy, a bardziej przypominał jakąś brunatną papkę. Zastanawiał się, jakie gromy posypią się na niego tym razem. Po ostatniej lekcji spodziewał się wszystkiego.

Mistrz Eliksirów zatrzymał się przy Lavender i zajrzał do jej kociołka. Widząc zgniłozielony, olbrzymi bąbel na powierzchni eliksiru, uniósł brew i tym razem chyba już nie mógł pozostawić tego bez komentarza. Kiedy otwierał usta, Lavender szybko wbiła spojrzenie w swój kociołek, czekając na tyradę.

- Następnym razem spróbuj najpierw wrzucić tylko jeden paznokieć druzgotka i dopiero, kiedy zobaczysz, że zaczyna się rozpuszczać, wrzuć resztę. Będziesz miała wtedy pewność, że temperatura jest odpowiednia.

Ignorując otwarte usta zaszokowanej Lavender, przeszedł dalej. Bez słowa minął eliksiry Seamusa, Deana i całej reszty Gryfonów. Nawet Neville'owi nic nie powiedział. Chyba po raz pierwszy. I najwyraźniej kompletnie wyprowadziło to Neville'a z równowagi, ponieważ kiedy tylko Snape odszedł od jego ławki, Gryfon szturchnął i zrzucił na podłogę butelkę krwi salamandry. Nauczyciel odwrócił się i zmierzył go spojrzeniem. Neville rzucił się do sprzątania, mamrocząc przeprosiny, a wszyscy wstrzymali oddech, kiedy Snape sięgnął w swoje szaty i wyciągnął z nich różdżkę.

- Reparo - mruknął, celując w rozbitą butelkę. I to wszystko. Nie powiedział Neville'owi ani słowa. Po prostu odwrócił się i ruszył dalej.

Harry wyczuwał podskórnie, że zszokowanie wszystkich znajdujących się w klasie uczniów zaczyna przekraczać dopuszczalną normę.

Snape zachowywał się jak... normalny nauczyciel. Nie wrzeszczał, nie prawił uszczypliwych komentarzy, dawał rady, a nawet...

Zatrzymał się przy kociołku Rona i zajrzał do środka. Różowy eliksir bulgotał tak głośno, jakby miał zaraz eksplodować. Mistrz Eliksirów zmarszczył brwi i ponownie wyciągnął różdżkę, zmniejszając nią ogień pod kociołkiem.

- Krew salamandry dodaje się zanim eliksir zacznie się gotować - mruknął i przeszedł do kociołka Hermiony. Zajrzał do niego, nie powiedział ani słowa i podszedł do stanowiska Harry'ego.

Chłopak spiął się cały, widząc kątem oka szeleszczące, czarne szaty zaledwie pół metra od siebie. Na wyciągnięcie ręki. Przełknął ślinę i jeszcze intensywniej zaczął się wpatrywać w sęk na ławce.

"Idź sobie", prosił w myślach. "Po prostu zajrzyj do środka i idź."

Ale Snape nie odszedł. Przez chwilę stał przy nim, tak jakby się nad czymś zastanawiał. A po chwili, kiedy Harry myślał, że zaraz oszaleje przez ten unoszący się wokół niego ziołowy zapach, mężczyzna poruszył się i... wysunął z szat swoją smukłą, bladą dłoń. Serce Harry'ego podskoczyło do gardła, kiedy ta dłoń zaczęła się do niego zbliżać, a jego leżące na ławce pięści zacisnęły się tak mocno, iż niemal wbił sobie paznokcie w skórę. Dłoń Snape'a kierowała się wprost ku jego prawej ręce.

Co on wyprawia? Chyba nie zamierza...? O boże!

Kiedy Harry rozważał już błyskawiczne zabranie rąk z ławki, zorientował się, że dłoń Snape'a kieruje się... bardziej na prawo. Ku leżącej tuż obok miseczce z suszonymi paznokciami druzgotków. Długie palce zanurzyły się w misce i wyjęły z niej garść paznokci. Następnie zawisły nad kociołkiem i wrzuciły do wywaru dziesięć suszonych paznokci, a resztę wsypały z powrotem do miseczki.

Harry'emu dzwoniło w uszach.

Snape wytarł dłoń o szatę i bez słowa przeszedł dalej.

C... co to było? Co to miało niby znaczyć? W co on grał?

Próbując uspokoić tłukące się w piersi serce, przełknął ślinę i rozprostował drżące palce. W klasie panowała absolutna cisza. Chyba wszyscy byli równie zaszokowani zachowaniem Snape'a, jak Harry.

Nie tylko dawał rady, ale także... pomagał.

- Może ktoś go podmienił? - do Harry'ego dotarł szept Rona. - Albo może rzucili na niego Imperiusa?

Harry'ego nie obchodziły domysły Rona. Marzył tylko o tym, aby ta lekcja już się skończyła. Aby mógł po prostu stąd uciec i aby nie musiał już więcej znosić obecności, zapachu i głosu Severusa Snape'a.

Mistrz Eliksirów wrócił do swojego stanowiska przy biurku, usiadł i zagłębił się w pliku pergaminów. Uczniowie powoli wracali do pracy, od czasu do czasu wymieniając pomiędzy sobą pełne niedowierzania szepty.

Harry odetchnął kilka razy, próbując ignorować zerkającą na niego co chwilę Hermionę i spojrzał na kolejny składnik na sporządzonej przez siebie liście, na której widniało także siedem suszonych paznokci druzgotka. Wiedziony ciekawością, zerknął na tablicę.

No tak. Pomylił się przy przepisywaniu. Na tablicy było siedemnaście. Cholera jasna! Szlag by to trafił! Jak Snape mógł to zauważyć? Skąd wiedział, w którym momencie się pomylił? Odgadł to tylko po kolorze eliksiru, czy też aż tak skrupulatnie przyglądał mu się przez całą lekcję?

Teraz jeszcze bardziej chciał się stąd wydostać. Jak najszybciej!

Powrócił do pracy, ale jeżeli już wcześniej miał problemy ze skupieniem się, to teraz był już tak rozkojarzony, że każde kolejne zdanie instrukcji musiał czytać kilka razy, aby je zrozumieć.

Jego myśli wirowały w szaleńczym tempie, próbując zrozumieć zachowanie Snape'a. Drań robił to specjalnie! Specjalnie za nim chodził, specjalnie się na niego gapił! Specjalnie próbował doprowadzić go do szaleństwa! Ale po co? Bawiło go to? Chciał go jeszcze bardziej podręczyć? Udowodnić coś?

Nie! Nie może mu na to pozwalać! Musi się wziąć w garść! Musi się jakoś uwolnić od tego wciąż podążającego za nim cienia!

- Napełnijcie fiolki, podpiszcie je, zostawcie na moim biurku i możecie wyjść - powiedział Snape, kiedy dzwonek na korytarzu obwieścił koniec zajęć. Uczniowie odetchnęli z ulgą, że nauczyciel najwyraźniej nie ma zamiaru chodzić po klasie i komentować wyników ich pracy, tak jak miał to w zwyczaju robić pod koniec każdej lekcji. To było do niego niepodobne, ale radość, że to już koniec zajęć i mają przed sobą weekend, była zbyt wielka, aby ktokolwiek, poza Harrym, no i może jeszcze Hermioną, zwrócił na to uwagę. Zarówno Gryfoni jak i Ślizgoni zerwali się z miejsc i pospiesznie zaczęli się pakować, w międzyczasie napełniając swoje fiolki różnokolorowymi wersjami teoretycznie tego samego eliksiru.

Harry odczuwał wyraźne zdenerwowanie na myśl, że teraz musi jeszcze na dodatek podejść do biurka Snape'a i zostawić tam swoją fiolkę, ale przecież nie może mu okazać, że się go boi i jak ostatni tchórz poprosić, aby Ron albo Hermiona zrobili to za niego. Schował przybory i podręczniki do torby, sięgnął po szklaną fiolkę znajdującą się w swoim zestawie i nalał do niej trochę czarnej, mętnej substancji. I kiedy już miał ruszyć za Ronem i Hermioną w stronę kolejki uczniów ustawionych do biurka nauczyciela, w jakiś niebywały sposób fiolka wysunęła mu się z dłoni, jakby coś ją szarpnęło i wylądowała na podłodze, rozbijając się. Zamrugał, kompletnie zaskoczony takim obrotem spraw. Na szczęście nie zdążył jeszcze opróżnić swojego kociołka. Schylił się do torby po kolejną fiolkę, ale okazało się, że nie zabrał żadnej innej. Przeklinając w duchu swoją bezmyślność (chociaż był przekonany, że zabrał cały zestaw), ruszył do małego kredensu znajdującego się w drugim końcu sali, aby wziąć jedną ze szkolnych fiolek. Zanim zdążył wrócić i ponownie ją napełnić, klasa już niemal opustoszała, a przy biurku zostało tylko kilkoro uczniów. Pięknie, wygląda na to, że będzie ostatni. Tego mu tylko brakowało.