Выбрать главу

Nawet w Hogwarcie samo-otwierające się drzwi nie były czymś normalnym.

Niech to szlag! Zawsze, zawsze miał takiego pierdolonego pecha! Musiał wyjść akurat teraz! Kurwa! Kurwa! Kurwa!

Harry stał bez ruchu, siarczyście przeklinając w myślach wszystko, co podsunął mu umysł, i słysząc szalone bicie własnego serca. Drzwi do łazienki były szeroko otwarte, ale nie mógł ich teraz zamknąć. Nie mógł wykonać żadnego ruchu. Bał się, że nawet najdrobniejszy szelest może zdradzić jego obecność.

Widział, jak oczy Snape'a zmrużyły się i badawczo zaczęły przyglądać się drzwiom. Serce Harry'ego podchodziło do gardła za każdym razem, kiedy czarne oczy spoczywały na nim i był niemal pewien, że Snape go widzi, że wyczuwa jego obecność, że wie...

Nie, to było głupie. Musi się uspokoić. Nie mógł go przecież widzieć. Może po prostu stwierdzi, że to jakiś przeciąg... tak, przeciąg, który potrafi otworzyć szczelnie zamknięte drzwi?

Po krótkiej chwili Snape odwrócił się z powrotem w stronę klasy Eliksirów i Harry niemal zemdlał z ulgi. Mężczyzna zamknął drzwi do sali, przekręcił klucz w zamku i schował go w swoje szaty. A następnie, ku przerażeniu Harry'ego, odwrócił się i ruszył prosto na niego. Chłopak odskoczył na bok w tym samym momencie, w którym mężczyzna sięgnął do klamki, aby zamknąć niesforne drzwi do łazienki. I wtedy kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Snape znieruchomiał, jego nozdrza zadrgały, kiedy wciągnął głęboko unoszący się wszędzie słodki zapach wanilii, a oczy przymknęły się na chwilę, tak jakby doznał właśnie dziwnej przyjemności. Harry przylgnął do ściany, czując nagły uścisk w klatce piersiowej. Jego serce biło już tak szybko i mocno, iż miał wrażenie, że słychać je doskonale w całym korytarzu.

Jego zapach. Snape wyczuł jego zapach. Jego cholerny zapach!

Mężczyzna uniósł powieki i jego oczy na ułamek sekundy powędrowały w bok, kierując się prosto do miejsca, w którym stał Harry, i przeszyły go spojrzeniem, które sprawiło, że ugięły się pod nim spocone kolana.

I to było wszystko. Nic nie powiedział. Nie odwrócił głowy. Nie wykonał żadnego gestu. Po prostu zamknął drzwi, wyprostował się i nie spoglądając już ani razu w kierunku, w którym Harry niemal próbował wtopić się w ścianę, ruszył przed siebie w głąb korytarza. Chłopak wpatrywał się w czarną, powiewającą pelerynę tak długo, dopóki Snape nie zniknął za rogiem korytarza i dopiero wtedy odważył się wypuścić wstrzymywane do tej pory powietrze. Osunął się po ścianie i klapnął na podłogę, wciąż czując dziwne sensacje w okolicach żołądka.

Niewiele brakowało. Naprawdę bardzo, bardzo niewiele...

Wziął głęboki, drżący oddech. Nie pójdzie już dzisiaj do biblioteki. Miał dosyć. Miał dosyć tej lekcji, tego napięcia, a przede wszystkim miał dosyć Snape'a. Nie miał ochoty znowu czuć na sobie tego nachalnego spojrzenia. Chciał tylko odpocząć. I zastanowić się, co zrobić, aby wytrzymać kolejny taki tydzień...

***

Harry całą sobotę spędził w dormitorium i Pokoju Wspólnym. Nie chciał się natknąć na Snape'a. Ba, nie chciał go w ogóle widzieć, nawet z odległości, która dzieliła stół Gryffindoru od stołu nauczycielskiego. Ron dostarczył mu śniadanie, a Zgredek obiad. Na kolację nie miał ochoty. Wykorzystał wolny czas na nadrobienie zaległości z kilku przedmiotów. Z wyjątkiem Eliksirów. Ron trochę się na niego boczył po tym, jak Harry odmówił gry w Eksplodującego Durnia, więc rudzielec poszedł zagrać z Neville'em. Hermiona spędzała popołudnie w bibliotece, wobec czego Harry został całkiem sam. Skazany na pastwę atakujących znienacka myśli i czających się za rogiem wspomnień, gotowych w każdej chwili wyskoczyć i rzucić się na niego. Starał się, jak mógł, odgonić je nauką, ale wciąż wędrowały po jego podświadomości, zupełnie nic nie robiąc sobie z jego starań.

Ale przynajmniej miał jeden dzień względnego spokoju. Jeden dzień, w którym nie śledziły go te czarne oczy i czająca się za regałem, ukryta w cieniu postać. Tak, siedząc tutaj, w ciepłym półmroku Pokoju Wspólnego, otoczony książkami i rozgadanymi uczniami, mógł nienawidzić Snape'a całą swoją duszą. To było o wiele łatwiejsze, niż kiedy był tam, a ciemna sylwetka bez przerwy krążyła gdzieś na granicy jego pola widzenia. Tu mógł go nienawidzić tak bardzo, jak tylko zechciał. Może w ogóle nie powinien stąd wychodzić?

Wieczorem, kiedy odrobił już wszystkie zadania, nauczył się wszystkich zaklęć, przeczytał wszystkie zadane rozdziały, a nawet kilka do przodu, musiał się w końcu poddać i udać na spoczynek. Ron już dawno chrapał, kiedy Harry przykrył się pod samą brodę i zapatrzył w tańczące na ścianach cienie. Starał się o niczym nie myśleć, kiedy zasypiał. Ani o tym, co będzie robił jutro, ani o tym, że prawdopodobnie znowu będzie wolał spędzić dzień w Pokoju Wspólnym, ani o tym, że praktycznie w ogóle nie rozmawiał dzisiaj z Ronem i nie miał na to ochoty. Starał się naprawdę o niczym nie myśleć. Niestety, jego podświadomość przez cały czas robiła to za niego. To chyba dlatego, kiedy tylko opuścił powieki, zobaczył czarne, błyszczące oczy, nawet jeżeli od kilku godzin wcale o nich nie pomyślał.

Nie! Nie! Nie! Idźcie sobie! - powtarzał w swojej głowie, przywołując obraz mapy przedstawiającej położenie gwiazdozbioru Andromedy wobec Merkurego w trzecim trymestrze panowania Wodnika, którą kreślił tuż przed położeniem się spać. Pomogło. Przynajmniej było to na tytle nudne, że zasnął niemal natychmiast.

W jego podświadomości wciąż pobrzmiewało jednak głośne i wyraźne "Nie!"

*

- Crucio!

Przeszywał go ból. Tak przerażający, tak rozdzierający, jakby ktoś żywcem odrywał mu płatami skórę z ciała, a wraz z nią nerwy.

- Crucio! Crucio!

Ktoś krzyczał przeraźliwie i dopiero po chwili zorientował się, że ten okropny dźwięk wydobywa się z jego własnego gardła. Miał niejasne wrażenie, że rzuca się spazmatycznie na jakiejś twardej, lodowatej posadzce, ale nie mógł być tego pewien, ponieważ nie czuł prawie nic, poza bólem. Oślepiającym. Obdzierającym z człowieczeństwa. Warczał, charczał i wrzeszczał, ale to nie pomagało.

W końcu zaklęcie zostało przerwane. Na krótką chwilę, ale to wystarczyło, aby mógł otworzyć płonące oczy i potoczyć wokół błędnym wzrokiem. Widział otaczające go sylwetki w czarnych szatach, kapturach i białych maskach. Nie widział ich twarzy, ale wiedział, że uśmiechają się drwiąco, patrząc na jego cierpienie. I pragnęli zobaczyć jeszcze więcej. Chcieli zobaczyć, jak krwawi i błaga o litość, pragnęli nasycić się tym widokiem, zanim...

Jego rozbiegane spojrzenie spoczęło na stojącej nad nim wysokiej sylwetce i spoglądającej na niego czerwonymi oczyma gadziej twarzy. Na pozbawionych warg ustach widniał przerażający uśmiech pełen tak nieziemskiej satysfakcji, iż wydawało się, że jest to diabelski odpowiednik orgazmu. Te właśnie usta rozciągnęły się teraz jeszcze bardziej, odsłaniając rząd ostrych, żółtych zębów, a to, co się z nich wydobyło, przypominało syk węża:

- Jesteś mój... na wieczność. Crucio!

Ból powrócił z jeszcze większą siłą, a wraz z nią wysoki, wwiercający się w umysł śmiech. Miał wrażenie, że przez jego zakończenia nerwowe płyną błyskawice, przeszywając jego ciało na wskroś i wprawiając je w niekontrolowane drgawki. W uszach słyszał jedynie ogłuszającą kakofonię własnych wrzasków, rozbrzmiewających wokół śmiechów i... i czegoś jeszcze. Kiedy ból ustąpił na niewielką chwilę, zdołał wyłowić z jeziora odgłosów ten odróżniający się dźwięk i złapać się go niczym tonący. To także był krzyk. Lecz nieco inny. Krzyk kogoś, kto postanowił nie dać oprawcom satysfakcji z własnego cierpienia. Krzyk pełen charczenia, tłumiony zaciskającymi się do granic połamania zębami i rzężący w opuchniętym gardle.