Выбрать главу

Wściekłość, która w nim płonęła, emanowała także z jego spojrzenia i po chwili Snape uniósł brwi w wyrazie zaskoczenia. Najwyraźniej nie takiej reakcji się spodziewał.

Harry drżał. Wibrował z gniewu. Miał ochotę wyciągnąć różdżkę i przekląć tego mężczyznę. Sprawić, aby wił się, jęczał i przepraszał go za wszystko. Zrobić coś, aby raz na zawsze zniknął z jego życia i przestał go prześladować! Dopiero po chwili zorientował się, że całkowicie zgniótł trzymany w dłoniach pergamin.

Nie wytrzyma tu ani chwili dłużej! Złapał swoją torbę i ruszył w stronę wyjścia, potrącając kilku opuszczających klasę uczniów, którzy krzyknęli za nim z oburzeniem, ale Harry nie zwrócił na to uwagi. Po prostu szedł przed siebie, pragnąc znaleźć się jak najdalej stąd. Jak najdalej od jedynej osoby na świecie, która jednym zdaniem potrafiła zburzyć albo odbudować cały jego świat.

Złamane serce może zostać uleczone, ale serce, które zostało rozdarte na pół, nie zazna spokoju, dopóki na powrót nie odnajdzie tego, co zostało mu odebrane i bez czego nie jest w stanie bić. Swojej drugiej połowy.

--- rozdział 52 ---

 

52. Between the truth and the lies

The world was on fire and no one could save me but you

It's strange what desire will make foolish people do

I never dreamed that I'd meet somebody like you

And I never dreamed that I'd lose somebody like you*

W półmroku komnat panowała cisza. Cisza z rodzaju tych, w których słychać nawet oddech myszy. Cisza z rodzaju tych, w których człowiek wpatruje się w cienie i zastanawia... kiedy coś ją przerwie? Kiedy nastąpi.. BUM?

Ale cisza trwała. Nieprzerwanie. Jedynie w ukrytym za regałami laboratorium, na zastawionym różnego rodzaju fiolkami, butelkami oraz słoikami stole, w czarnym kociołku bulgotała ciecz. Trudno określić, jaką miała barwę. Może była to czerń, może bardzo głęboka, ciemna zieleń, czasami przecinana wstęgami jaśniejszej, fluorescencyjnej zieleni. Na jej powierzchni co jakiś czas pojawiały się półprzezroczyste, lśniące bąble. Jednak działo się to coraz rzadziej. Nad kociołkiem stała spowita w czerń, wysoka postać. Twarz, ukryta pod kurtyną opadających na nią ciemnych kosmyków, była całkowicie nieruchoma, jakby wyryta w kamieniu. Oczy uważnie wpatrywały się w powierzchnię mikstury, a dłoń z różdżką kierowała się ku palącemu się pod kociołkiem płomieniowi. Długie, blade palce mocno zaciskały się na kawałku drewna, może nieco zbyt mocno.

Na samym środku eliksiru zaczął formować się wyjątkowo duży, ciemnozielony bąbel, który wyłonił się spod powierzchni niczym wynurzający się z oceanu waleń. Rósł i rósł, obejmując powoli całą powierzchnię mikstury, rozciągając się coraz bardziej i bardziej, aż w końcu zadrżał i... pękł.

Severus poruszył różdżką i ogień pod kociołkiem zgasł. Mikstura zastygła, przybierając jeszcze ciemniejszą barwę, chociaż gdzieś pod jej powierzchnią wciąż wirowały fluorescencyjne wstęgi.

Powróciła cisza. Cisza, której nie zakłócał nawet oddech wpatrującego się w ścianę mężczyzny. Jego brwi były ściągnięte, a usta zaciśnięte. Wyglądał, jakby pogrążył się w rozmyślaniach. W bardzo głębokich i sięgających niezwykle daleko rozmyślaniach, ponieważ stał tak, zupełnie bez ruchu, przez czterdzieści minut. Na jego twarzy nie drżał żaden mięsień. Czarne tęczówki wpatrywały się w coś, czego nie było, oglądały coś, co istniało jedynie w umyśle.

W końcu poruszył się, jakby wyrwany z głębokiego snu i ponownie spojrzał na eliksir. Jego oczy były zmrużone, wydawać by się mogło, że wpatruje się w miksturę z pewną dozą zawziętości. Powoli sięgnął do swych szat i wydobył z nich czarną, lakierowaną buteleczkę. Podniósł z blatu niewielką chochlę i zanurzył ją w cieczy, którą następnie przelał do butelki i dokładnie zakorkował. Przez jakiś czas trzymał eliksir w dłoni, przyglądając mu się z nieczytelnym wyrazem twarzy. Po chwili jednak mocniej zacisnął palce wokół gładkiego szkła i błyskawicznym ruchem ukrył butelkę w fałdach swej szaty, a następnie odwrócił się, podszedł do jednej ze ścian, która odsunęła się na bok pod wpływem jego dotknięcia, i wyszedł. Ściana powoli zasunęła się za nim i w niewielkim pomieszczeniu ponownie zapadła cisza.

Tym razem była to jednak cisza z rodzaju tych, które następują po wielkich wydarzeniach. Taka, która brzęczała w uszach. Taka, po której nie ma już nic.

***

Był wieczór. Severus Snape bezszelestnie przemierzał szeroki, pusty korytarz. Znajdował się na siódmym piętrze. Szedł tutaj aż od biblioteki. Najpierw jednak spędził przed jej drzwiami całe pół godziny, ukrywając się w cieniu za rogiem. I czekając.

Jego ciemne oczy wpatrywały się w przybliżający się coraz bardziej zakręt. Gdzieś przed nim rozbrzmiewały kroki. Szedł za nimi. A teraz usłyszał, że się zatrzymały. Dotarł do zakrętu, przywarł do ściany i ostrożnie wyjrzał zza rogu.

Stał tam. W tych samych co zawsze, podartych dżinsach, błękitnej koszulce i rozpiętej, granatowej bluzie. Z okularami na nosie i roztrzepaną strzechą kruczoczarnych włosów na głowie. Pod pachą ściskał kilka książek. Przeszedł trzy razy w tę i z powrotem wzdłuż ściany. Miał zaciśnięte powieki i spuszczoną głowę i Severus bardzo dokładnie widział jego twarz. Była skupiona. Zawsze, kiedy próbował się skupić, robiły mu się zmarszczki w kącikach oczu i zaciskał zęby tak mocno, że widać było drganie szczęki. I oblizywał wargi.

Severus zmarszczył brwi. Sięgnął do ukrytej w szatach fiolki i owinął wokół niej dłoń. Przymknął powieki i odetchnął. Kiedy otworzył oczy, nie było w nich już śladu po wcześniejszym, stłamszonym blasku.

Chłopak zatrzymał się i przed nim w ścianie pojawiły się drzwi.

Severus spiął się, jakby szykował się do biegu albo przynajmniej do szybkiego ruszenia z miejsca.

Drzwi otworzyły się. Chłopak zrobił krok w stronę wejścia, ale nagle zatrzymał się. I odwrócił głowę.

Severus błyskawicznie cofnął się i przywarł do ściany. Stał tak przez jakiś czas, w napięciu wpatrując się w róg korytarza, ale nikt się zza niego nie wyłonił. Ostrożnie wysunął głowę i zerknął. Akurat na czas, aby zobaczyć, jak chłopak znika w drzwiach. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, ruszył. Pokonał dzielącą go od pomieszczenia przestrzeń w zaledwie kilku długich, bezszelestnych krokach i dotarł do nich akurat w chwili, kiedy ciężkie, drewniane drzwi właśnie się zamykały. Wyciągnął rękę, aby je powstrzymać, ale wtedy jego wzrok powędrował w głąb pokoju i zobaczył... kominek, znajome półki, zielony fotel.

Zatrzymał się tak gwałtownie, jakby wpadł na jakąś niewidzialną barierę. Zachwiał się i cofnął o krok, opuszczając rękę. Wpatrywał się w pomieszczenie, dopóki drzwi nie zatrzasnęły się z cichym kliknięciem. Na ściągniętej twarzy widniało dziwne poruszenie, w rozszerzonych oczach tliło się coś nieokreślonego. Wyglądał, jakby nie był w stanie wykonać żadnego gestu. Jakby to, co ujrzał, całkowicie wytrąciło go z równowagi.

Po chwili wyraz jego twarzy zmienił się. Oczy zmrużyły się, a brwi ściągnęły w zamyśleniu. Rozejrzał się. Korytarz był opustoszały. Drzwi zniknęły. Został sam.

Odwrócił się i ruszył w drogę powrotną.

***

- Cześć, Harry!

Harry poderwał głowę znad wyjątkowo ciekawego rozdziału dotyczącego rozbudowanych zaklęć tarczy. Przed nim stała Luna. Trzymała w rękach kilka książek i uśmiechała się.

- Cześć - odparł, przyglądając się okładkom. Wszystkie dotyczyły obrony magicznej.