- Co słychać? - zapytała dziewczyna, kładąc książki na blacie i przysiadając się. - Nimfadora poprosiła mnie o wypożyczenie kilku pozycji - powiedziała cicho, pochylając się do Harry'ego. Chłopak nadal wpatrywał się w książki. W jego umyśle zaczął się formować pewien pomysł.
Od kilku dni zastanawiał się, w jaki sposób mógłby przejść od teorii do praktycznej nauki zaklęć. A w szczególności nurtowała go sprawa z Legilimens Evocis. Jak, do diabła, miałby się go sam nauczyć?
I teraz rozwiązanie siedziało przed nim. Luna.
Podejrzewał, że była jedyną osoba w całej szkole, która nie próbowałaby go odwieść od pomysłu nauki tego zaklęcia, a także nie wygłosiłaby mu żadnego kazania, gdyby zwierzył jej się ze swoich planów dotyczących Czarnej Magii.
Zawsze warto spróbować. To była chyba jego jedyna deska ratunku.
- W porządku - odparł po pewnym czasie, oblizując wargi i pochylając się do niej. - Słuchaj...
Opowiedział jej. O wizycie w Dziale Ksiąg Zakazanych i o zaklęciu, którego bardzo chciał się nauczyć, ale nie miał szans dokonać tego w pojedynkę. Słuchała go ze zmarszczonymi brwiami. Kiedy skończył, zapadła cisza. Luna wyglądała tak, jakby analizowała w myślach jego słowa. Po chwili rozpromieniła się i klasnęła w dłonie.
- Jasne! To świetny pomysł! Na pewno lepszy niż z tym rozpuszczaniem skóry. Podejrzewam, że to nie byłoby zbyt przyjemne.
Harry był zaskoczony jej reakcją. Nie sądził, że będzie aż tak... entuzjastyczna.
- Ee... ale zdajesz sobie sprawę z ryzyka? Wiesz, że to jest bardzo niebezpieczne zaklęcie i że jeżeli coś źle pójdzie, oczywiście teoretycznie, bo w książce było napisane, że jeżeli źle się je rzuci, to po prostu w ogóle nie uda się dostać do umysłu, ale jeżeli coś... przypuśćmy, że mi nie wyjdzie i stanie się z tobą coś nie tak?
Błękitne oczy Luny rozszerzyły się. Spojrzała na Harry'ego z przerażeniem.
- To znaczy... to znaczy, że stałabym się taka jak inni?
Harry zamrugał. Chyba nie do końca o to mu chodziło... Chociaż podejrzewał, że gdyby namieszać trochę w głowie Luny, to z pewnością kilka rzeczy powskakiwałoby na swoje miejsca.
- Nie, masz rację. Zapomnij - powiedział szybko, odsuwając się od niej. Nie mógł tego zrobić. Według podręcznika nieumiejętnie rzucone zaklęcie nie było wcale takie groźne, ponieważ i tak nie udałoby mu się dostać do niczyjego umysłu, ale jaką mógł mieć pewność, że tak jest w istocie?
- Nie, zróbmy to - powiedziała z ożywieniem Luna. - Odrobina rozrywki nie zaszkodzi, prawda? Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Harry spojrzał na nią z niedowierzaniem.
Odrobina rozrywki? Jeżeli rzucanie w szkole czarnomagicznych zaklęć było dla niej odrobiną rozrywki, to wolał nie wiedzieć, jak dla niej wygląda prawdziwa rozrywka. Podejrzewał, że tylko Tonks to wie. I wolał, żeby tak zostało.
Spojrzał w jej jasne, wpatrzone w niego oczy. Dostrzegł w nich pewnego rodzaju ciepło, zarezerwowane tylko dla tych nielicznych, których Luna zaliczała do swojego bardzo wąskiego grona przyjaciół. I nagle poczuł w piersi przyjemne łaskotanie, kiedy po raz pierwszy pomyślał, jakie ma niezwykłe szczęście, że on również się do nich zalicza.
***
- Cholera! Niech to szlag! Aargh!
Harry cisnął różdżkę na podłogę. Próbował już od dwóch godzin. I nic. Nawet maleńkiej smużki. Najmniejszego rozbłysku. Nic.
Koncentrował się tak bardzo, iż miał wrażenie, że połamie sobie zęby, próbował oczyścić swój umysł ze wszystkich myśli, zarówno tych negatywnych jak i pozytywnych, skupić się tylko i wyłącznie na umyśle, do którego chciał się dostać, a który znajdował się w odległości dwóch metrów od niego. I jedyne, co czuł, to coraz większą irytację i złość.
- Wiesz, Harry... - odezwała się Luna. - Wydaje mi się, że przeklinanie i ciskanie różdżką nie jest odpowiednim sposobem na rzucenie tego zaklęcia.
Harry złapał się za włosy i szarpnął za nie. Przykucnął, ukrył głowę pomiędzy kolanami i zaczął głęboko oddychać. Musi się uspokoić i wyciszyć. Musi oczyścić umysł. Musi... odzyskać różdżkę.
Westchnął z rozdrażnieniem, przesunął się na kolanach po podłodze, sięgnął po swoją porzuconą różdżkę i wrócił do poprzedniej pozycji, bardzo mocno ściskając głowę rękami.
Tylko spokojnie. Jest sam. Nic mu nie grozi. Jest tylko on i ciemność. Musi pozwolić, by go otuliła. By go zamknęła, odseparowując od wszelkich myśli. Niczego nie ma. Jest tylko on. I niewielka dróżka, kierunek, w którym powinien podążyć. Spokojnie, spokojnie. Zapomnieć. Wyprzeć. Tylko ciemność. I droga.
Powoli podniósł się i wyprostował. Mocniej zacisnął palce wokół różdżki, unosząc ją w górę. Nadal nie otwierał oczu.
Bardzo chce, tak bardzo tego chce. Musi się dowiedzieć, co ukrywa znajdujący się przed nim umysł. Musi go otworzyć. Wśliznąć się do środka. Jak cieniutka igła. Tak. Wyobrazi sobie, że jest igłą. Igłą, która powoli wsuwa się w miękki umysł i wyciąga z niego to, co tylko zechce, jak strzykawka. I przez ten maleńki otworek zobaczy wszystko, co będzie chciał.
Musi to zrobić. Musi. Musi, bo jeżeli mu się nie uda, to... świat czeka zagłada. O właśnie. Wszyscy zginą. A to jedyny sposób na uratowanie tych, na których mu zależy. Dlatego musi to zrobić! Chce to zrobić! CHCE!!!
- Legilimes Evocis! - krzyknął, otwierając oczy i zanurzając spojrzenie w błękitnych oczach Luny.
Nic się nie wydarzyło.
- To bez sensu! Nigdy mi się nie uda! - jęknął, pochylając się i opierając dłonie o kolana.
- Wiesz, może podchodzisz do tego od niewłaściwego końca? - zapytała Luna, odchodząc na bok i siadając na stojącej z boku ławce. Znajdowali się w jednej z nieużywanych klas na szóstym piętrze. Odsunęli wszystkie stoliki i krzesła pod ściany, aby mieć miejsce na ćwiczenia. I wspólnymi siłami rzucili na drzwi zaklęcia blokujące oraz wyciszające. - Może powinieneś najpierw spróbować ze zwykłą legilimencją? Jest bezpieczniejsza. I chyba prostsza. I poznasz przynajmniej ogólny mechanizm działania.
Harry podniósł głowę i spojrzał na przyjaciółkę.
- Tak myślisz?
- Albo mogę zapytać o to Nimfadorę. Może robisz coś źle. Czasami pomaga mi z zaklęciami. Mogę udać, że po prostu mnie to ciekawi - uśmiechnęła się szeroko. - Chyba, że sam wolałbyś ją o to zapytać?
Harry wyprostował się i zmarszczył brwi.
No racja. Przecież Tonks była aurorem. Na pewno znała całą masę zaklęć. I z pewnością zgodziłaby się go podszkolić, przynajmniej z przeciwuroków i zaklęć obronnych. A przy okazji mógłby podpytać o to i owo.
- Jutro mam z nią Obronę. Zapytam ją po zajęciach. Może zgodzi się na udzielenie mi kilku dodatkowych lekcji z przeciwzaklęć. Zawsze się przydadzą.
Uśmiech Luny stał się jeszcze szerszy.
- Och, jestem pewna, że się zgodzi.
- Ale myślisz, że to w porządku? - zapytał po chwili, wpatrując się w podłogę i stukając w nią czubkiem buta. - To znaczy... nie chciałbym zabierać wam... nie chciałbym wam przeszkadzać. - Nie wiedział dlaczego, ale poczuł dziwny uścisk w piersi, kiedy pomyślał o tym, że Luna nadal ma Tonks, a on...
- Och, nie ma problemu. Cieszę się, że możemy ci pomóc. Moja mama zawsze mówiła, że osobiste to nie to samo co ważne. W zasadzie nigdy do końca tego nie rozumiałam. Ale teraz chyba już wiem, o co jej chodziło... - Posłała Harry'emu długie spojrzenie, uśmiechając się delikatnie.
Harry nie odwzajemnił uśmiechu.
***
Tonks zgodziła się. I to z wielką chęcią. Zapaliła się do tego pomysłu tak bardzo, że zanim Harry jeszcze skończył mówić, zaplanowała już połowę zajęć. Na razie nie wspominał o Legilimens Evocis. Stwierdził, że poczeka. Wolał, żeby wyglądało to na niewinne pytanie, rzucone od niechcenia w samym środku ćwiczeń. Umówił się z nią na jutro, po zajęciach, ponieważ dzisiaj musiał jeszcze "odrobić szlaban". Najpierw udał się do biblioteki po kilka książek, które miał zamiar poczytać, a teraz szedł korytarzem na siódmym piętrze, zmierzając wprost ku pustej ścianie znajdującej się naprzeciw malowidła z tańczącymi trollami.