Była za piętnaście ósma.
Sięgnął po butelkę, napełnił szklankę i wypił duszkiem całą jej zwartość. Na jego twarzy pojawiło się ledwie zauważalne skrzywienie, kiedy palący napój popłynął przez jego przełyk. Przymknął powieki i odstawił szklankę na blat.
W ciągu kolejnych trzydziestu minut opróżnił butelkę do końca i otworzył drugą. Co jakiś czas spoglądał na zegarek i po każdym takim zerknięciu wypijał duszkiem całą szklankę. Jego oczy stały się szkliste. Siedział w fotelu z rozstawionymi szeroko nogami, a czarne szaty spływały miękko na podłogę. W źrenicach odbijało się padające z kominka światło. Nie patrzył na nic konkretnego. Po prostu wpatrywał się w przestrzeń przed sobą. Trudno powiedzieć, czy rozmyślał, wspominał, czy też starał się nie robić ani tego, ani tego.
Ponownie zerknął za zegarek. Za piętnaście dziewiąta.
Pochylił się do przodu, spróbował sięgnąć po butelkę, co udało mu się dopiero za drugim razem i nalał sobie do pełna. Część trunku wylądowała na blacie. Sięgnął po szklankę w tym samym momencie, w którym do jego uszu dobiegło odległe pukanie.
Gwałtownie podniósł głowę, spoglądając na drzwi szeroko otwartymi oczami. To była chwila. Zerwał się, odtrącając szklankę i butelkę, które przewróciły się na stół, rozlewając swoją zawartość i rzucił się do drzwi. Wpadł do gabinetu, przemierzył go w kilku krokach i z rozmachem otworzył drzwi na korytarz.
Wyraz jego twarzy zmienił się. Przeszył ją cień, a usta wykrzywił nieprzyjemny grymas.
- Czego chcesz? - warknął w stronę stojącej na korytarzu Ślizgonki.
- Uch... Chciałam tylko zapytać, czy mógłby pan na chwilę przyjść? Chłopcy z czwartego roku pobili się w dormitorium i pomyślałam...
- Nie mam czasu! Zejdź mi z oczu! - wysyczał, po czym z całej siły trzasnął drzwiami. Odwrócił się i lekko się chwiejąc, wrócił do salonu. Z jego twarzy ciężko byłoby cokolwiek wyczytać, ale wyraz jego oczu był teraz nieco inny. Coś w nich płonęło. I nie było to odbicie płomieni z kominka.
Podszedł do barku i wyjął z niego kolejne dwie butelki. Opadł na fotel, otworzył whisky, postawił szklankę na mokrym blacie i nalał do niej bursztynowego płynu. Dopiero kiedy wypił całą jej zawartość, płomienie w jego oczach na chwilę przygasły. Coś, co w nich szalało, uspokoiło się.
Wypił kolejną szklankę. I następną. Otworzył kolejną butelkę. W końcu wybiła dziesiąta.
Spojrzał na zegar, ale wydawało się, że go nie widzi. Przekrzywił lekko głowę, jakby próbował dostrzec wskazówki. Ponownie skierował spojrzenie na trzymaną w rękach szklankę. Zamieszał resztkę bursztynowego płynu i wypił go jednym łykiem. Spróbował odstawić szklankę na stół, ale nie trafił i naczynie spadło na podłogę, roztrzaskując się na kawałki. Nie zwrócił na to uwagi. Chwiejnie podniósł się z fotela i ruszył w stronę gabinetu. Po kilku krokach wpadł na półkę z książkami. Kilka woluminów wylądowało na podłodze. Odepchnął się od regału i, zataczając się, ruszył dalej. Z ogromnymi trudnościami dotarł w końcu do drzwi. Otworzył je i wszedł do gabinetu. Omiótł pomieszczenie rozbieganym, mętnym spojrzeniem, po czym ruszył przed siebie, z największym wysiłkiem utrzymując się na nogach. Wyglądał trochę jak zawieszona na sznurkach kukiełka, którą jedynie kilka cienkich nici dzieli od spotkania z podłogą.
Wpadł na biurko, zrzucając z niego kilka fiolek i kałamarz. Odepchnął się od niego i przypadł do zastawionych słoikami, ciągnących się wzdłuż ścian półek. Wbił szklące się oczy w stojącą na jednej z półek fiolkę i sięgnął po nią, strącając kilka słoików i butelek, które pospadały na ziemię, roztrzaskując się i rozlewając, tudzież rozsypując swoją zawartość. Severus przybliżył fiolkę do oczu i wpatrzył się w widniejącą na niej etykietę: Eliksir Bezsennego Snu. Odkorkował ją i wziął kilka solidnych łyków. A następnie, ściskając fiolkę w dłoni, odwrócił się, ale ponownie się zachwiał i machnięciem ręki posłał na podłogę kilka kolejnych słoików. Uważając, aby nie pośliznąć się na szkle oraz wielobarwnej mazi pokrywającej podłogę, ruszył w drogę powrotną, starając się przytrzymywać półek. Zataczając się, przemierzył salon, ale tym razem udało mu się na nic nie wpaść i skierował się do sypialni.
Drzwi zamknęły się za nim z głuchym trzaskiem, a w powietrzu pozostał jedynie mocny, gryzący zapach alkoholu oraz słaby aromat ziół.
--- rozdział 53 ---
53. You bring my heart to its knees
I'm still trying to figure out
how to tell you I was wrong
I can't fill the emptiness inside
since you've been gone
I know I said things that I didn't mean
But you should've known me by now
If you believed
When I said
I'd be better off without you
Then you never really knew me at all
You're all that I need
Just tell me that you still believe*
Walentynki.
Harry nigdy nie przepadał za tym świętem, ale w tym roku fruwające serduszka i wszechobecne, wyśpiewujące miłosne piosenki ozdoby wyjątkowo go denerwowały. Tak samo jak spotykane na każdym kroku migdalące się pary. Lekcje jeszcze zdołał jakoś przeżyć, pomimo iż nawet nauczyciele zachowywali się dzisiaj tak, jakby wypili sporą dawkę eliksiru Felix Felicis. Dostał kilka walentynek, ale wyrzucił je do kosza, nawet ich nie otwierając. Podczas obiadu był chyba jedyną osobą w Wielkiej Sali, która się nie uśmiechała i nie rozglądała w poszukiwaniu swoich tajemniczych wielbicieli. I wcale nie dziwiło go to, że Snape'a nie było ani na śniadaniu, ani na obiedzie. On też najchętniej zaszyłby się na cały dzień w swoim dormitorium, byle tylko nie być zmuszonym do oglądania tych roześmianych twarzy, zakochanych spojrzeń i słodkiego do bólu zębów wystroju zamku.
I tak też zrobił. Od razu po lekcjach pobiegł do dormitorium, wskoczył na łóżko, przykrył się kołdrą i zaszył w ciemności i ciszy.
Ten dzień miał wyglądać zupełnie inaczej. Pamiętał, jak go planował. Pamiętał, jak wyobrażał sobie minę Severusa, kiedy da mu prezent, który przygotował dla niego już dwa tygodnie temu, jeszcze zanim to wszystko...
Zacisnął oczy.
Prezent.
Odrzucił kołdrę, wstał i podszedł do kufra. Otworzył go i przez chwilę przekopywał. Znalazł! Sięgnął w głąb kufra i wyciągnął małe, czerwone pudełeczko. Zatrzasnął wieko i usiadł na łóżku, ściskając pudełko w dłoni i przypatrując mu się niewidzącym wzrokiem. Pamiętał, jak planował ten dzień ze wszystkimi szczegółami. Jak długo wymyślał wiarygodną wymówkę dla Rona i Hermiony, dlaczego w Walentynki będzie musiał zniknąć na całe popołudnie. Z jakim podekscytowaniem myślał o chwili, w której Severus otrzyma prezent, zobaczy co jest wewnątrz - Harry uniósł wieczko - wyjmie to, marszcząc w zamyśleniu swoje czarne brwi i zastanawiając się, co też znajdzie w środku - Harry otworzył niewielką, czarną kartkę i przesunął wzrokiem po wypisanych na niej czerwonym atramentem literach i jego oblicze przeszył nagły, bolesny skurcz - i przeczyta to, a później spojrzy na Harry'ego i... - zamknął kartkę i westchnął głęboko, mając wrażenie, jakby jego serce zamieniło się w kamienny, zakończony ostrymi krawędziami blok, który go rani, uciska w piersi i nie pozwala swobodnie oddychać.
Ale wszystkie te plany legły w gruzach. Równie dobrze mógłby potargać tę kartkę i wyrzucić ją do kosza, ale nie zrobił tego. I nie chciał tego robić. Była czymś w rodzaju... kotwicy. Ostatniej liny zburzonego mostu, która wciąż wisiała nad przepaścią. Małego, otwartego okienka na strychu, podczas gdy wszystkie drzwi, okna i wejścia zostały zatrzaśnięte i zaryglowane. Zapomnianym, leżącym pod łóżkiem zdjęciem, podczas gdy pozostałe zostały doszczętnie spalone.