Przystanął przed drzwiami. Ze środka dochodziły głośne rozmowy, zachrypnięte śmiechy i pijacki bełkot. Wziął głęboki oddech i pchnął ciężkie drzwi Świńskiego Łba.
Tak, jak się spodziewał, nikt nie zwrócił uwagi na samo-otwierające się drzwi, ani pojawiające się na zabrudzonej, drewnianej podłodze mokre ślady. Rozejrzał się. Dostrzegł grupę podchmielonych czarodziejów o długich, splątanych włosach, ubranych w wytarte, połatane płaszcze, którzy wyglądali tak, jakby karczma była ich miejscem zamieszkania. Pod ścianą siedziało kilka zakapturzonych postaci, a przy jednym ze stolików dwie młode kobiety, które zdawały się w ogóle nie pasować do tego miejsca. Ale w momencie, kiedy jedna z nich odwróciła na chwilę głowę, dostrzegł jej oczy - miały jadowicie żółty kolor i podłużne źrenice. A więc nie były ludźmi. Tak samo jak siedzący pod oknem mężczyzna o chropowatej skórze przypominającej korę drzewa.
To było właśnie takie miejsce. Skupiające wyrzutków. Odmieńców. Tutaj mogli być sobą i nikt nie zwracał na nich uwagi. Harry do tej pory nie mógł uwierzyć, że Tonks wybrała właśnie to miejsce na ich świąteczną zabawę. Teraz, bez tych wszystkich dekoracji, karczma wyglądała jak najgorsza speluna, z podłogą zasypaną słomą i tak zapuszczonym barem, iż wydawało się, że szorujący go barman jedynie rozsmarowuje na nim brud. Ale Harry'emu to nie przeszkadzało. Liczyło się tylko to, po co tu przyszedł.
Ale jak to zdobyć bez zwracania na siebie uwagi?
Stanął pod ścianą i czekał. Po krótkiej chwili barman nalał dwa kufle mocno podejrzanego trunku i ruszył z nimi do stolika pod ścianą. Harry wykorzystał tę szansę bez namysłu. Wśliznął się za bar i złapał butelkę czegoś, co na etykiecie miało zaznaczoną dostatecznie wysoką ilość procentów, aby wystarczająco szybko mogło posłać jego umysł w stan błogiego zapomnienia. Zostawił na blacie kilka galeonów, schował butelkę pod pelerynę, złapał pierwszą z brzegu szklankę i zaszył się w najciemniejszym kącie karczmy.
Pierwszy łyk przypominał wypicie płynnej lawy. Ale tak poparzyło mu przełyk, że kolejnych już w zasadzie nie czuł. Po prostu pił, wpatrując się w sęki na drewnianym blacie i starając się nie myśleć o niczym. Ani o Voldemorcie, ani o walce, która go czekała, ani o tym, że prawdopodobnie już za parę dni zginie... ani o tym, że nie ma z nim żadnych szans, że niczego nie umie, niczego pożytecznego się nie nauczył, po prostu zmarnował tylko czas...
Ani o tej... o tej wysokiej sylwetce, która w jakiś niezrozumiały sposób znów zaczęła przyciągać jego spojrzenie, ani o tym głosie, który doprowadzał do tego, że przechodziły go ciarki, ani o zimnych dłoniach, których dotyk wciąż tak wyraźnie pamiętał... ani o parze tych głębokich, mrocznych oczu...
Ani o myślodsiewni, w której okazało się, że wszystko, w co wierzył, było tylko kłamstwem...
Kłamstwo.
Zatrzymał się na tym słowie i obracał je w myślach niczym coś niezwykle intrygującego. Wziął kolejny łyk i spróbował skupić wzrok na sęku, ale nie był w stanie. Obraz rozmazywał mu się przed oczami, wszystko wokół coraz bardziej wirowało.
Kłamstwo.
Jedno wielkie gówniane kłamstwo.
Nie jesteś dla mnie nikim.
Kłamstwo.
Tak straszliwie cię pragnę.
Kłamstwo.
Nie mogę tego zmienić.
Kłam...
Harry zmarszczył brwi.
Zaraz, przecież Snape... myślał wtedy, że Harry śpi. Po co miałby mu to mówić? Po co miałby go przytulać, skoro uważał, że Harry zasnął? I przecież sam go do siebie zaprosił na noc. A wcześniej...
Myślisz, że tylko ty musisz poświęcić coś, co jest ci najbliższe?
Najbliższe...
Najbliższe...
Słowa Snape'a odbiły się w jego umyśle.
To w ogóle nie miało sensu.
Potrząsnął głową, by pozbyć się tego irytującego echa, które wciąż do niego powracało.
Jeszcze bardziej zmarszczył brwi w umysłowym wysiłku. Powinien się napić... Wziął kilka łyków. O tak, teraz o wiele lepiej mu się myślało...
Jeżeli dopuścisz do priorytetów osobiste uczucia, to już jesteś przegrany.
O tak. Tak właśnie powiedział. Ale co to mogło oznaczać?
I... i przecież chciał, żeby Harry spędził z nim święta. Po co miałby tego chcieć, gdyby go nienawidził? I przygotował mu piwo kremowe z cynamonem. Pamiętał o tym. I pozwolił mu zostawić choinkę. I... i zachował sekret Tonks i Luny, bo Harry go o to poprosił.
I przecież...
Harry wziął kolejny łyk. Tak bardzo kręciło mu się w głowie, że z trudem rozpoznawał kształty.
Przecież... ktoś, kto jest takim potworem, nie mógłby... nie mógłby opatrywać mu nogi z taką czułością. Nie przynosiłby mu kolacji z Wielkiej Sali, twierdząc, że zrobił to skrzat. Nie pomagałby mu w nauce i nie pakował mu do torby książek z podkreślonymi zdaniami, które będą omawiać na lekcji. Nie dałby Ronowi maści, tylko na niemą prośbę Harry'ego. Nie nauczyłby się dla niego o Quidditchu...
Ale przecież widział w myślodsiewni... Czy tamto życie było tylko snem? Najcudowniejszym snem, który mu się przyśnił, a teraz się z niego obudził?
Niemożliwe. To był jego Severus... patrzył na niego w taki sposób, jakby Harry był najważniejszą osobą na świecie. Dotykał go z taką zachłannością, jakby wciąż było mu mało i nie mógł się nim nasycić. Zatracał się w nim całkowicie, jakby nic innego poza bliskością Harry'ego się nie liczyło. To są... reakcje. Nie da się nad nimi zapanować.
Bicie serca. Przyspieszony oddech. Drżenie rąk. Głosu. Uśmiech. Prawdziwy. To... to coś w oczach. Ciepło. Blask.
Tego nie można udawać! Nie można!
Harry zacisnął dłoń na szklance.
Pamiętał to... pamiętał, jak Severus uczył się od niego czułości, jak krok po kroku powtarzał po nim wszystkie gesty... Nie wymyślił sobie tego! Pamiętał wszystko. Pocałunki, gesty, spojrzenia. Żar. Żar, który widział w oczach Severusa za każdym razem, kiedy na niego patrzył. Wszechogarniający, niepohamowany ogień. Nawet wtedy, kiedy się kłócili. Kiedy Snape zamieniał się w ogarniętą zazdrością bestię... Harry doskonale pamiętał emocje szalejące na jego twarzy... jakby chciał rozerwać go na strzępy. Ale jedyne, co rozrywał to jego ubrania, kiedy brał go mocno i łapczywie, jakby nie potrafił zapanować nad swoim głodem.
Ktoś, kto ma w sobie jedynie mrok, nie potrafiłby rozpalać się takim jasnym płomieniem...
I przecież w końcu... nie pozwolił mu wypić tego eliksiru. Powstrzymał go. Dlaczego? Dlatego, że to niby było za wcześnie? Że Harry mu nie ufał? Dobry żart. Przecież Severus dobrze wiedział, że Harry zrobiłby dla niego wszystko. Absolutnie wszystko.
Zacisnął mocno powieki. Widział tamtą chwilę w swoim umyśle. Widział oblicze Severusa. Merlinie, nigdy nie zapomni cierpienia, które zobaczył wtedy na jego twarzy. To było tak... tak... inne. Intensywne. Nie pasujące do niczego, co wydarzyło się pomiędzy nimi tamtego wieczoru. I dlaczego później Severus był taki przygnębiony? Następnego dnia. I... jak on to powiedział?
Czasami wszystko wymyka nam się spod kontroli i nie mamy na to wpływu. To silniejsze od nas.
Harry położył głowę na opartych na blacie ramionach.
Tak właśnie się teraz czuł. To było silniejsze od niego. I wirowało. Zdecydowanie nie miał na to wpływu. Na to wirowanie. I na myśli. I na to, jak się czuł.
Wszystkie dobre wspomnienia przewijały mu się w głowie, rozbijając się brutalnie o wspomnienia z myślodsiewni.
Śmiali się z niego. Śmierciożercy. Voldemort. Wszyscy.
Wykorzystał go. Bawił się nim. Oszukiwał. Chciał go poświęcić. Manipulował nim od samego początku. Był dla niego tylko narzędziem, którego używa się tak długo, dopóki nie pęknie, a potem wyrzuca się je do śmietnika. Tak okrutny... tak bezwzględny...