– Chyba że napisała to powieściopisarka światowej sławy.
Jackman pozwolił sobie na przelotny uśmiech.
– Chciał pan powiedzieć: chyba że sprzedający nie jest dość mądry, żeby wiedzieć, co sprzedaje. Te były podpisane: „Twoja kochająca siostrzenica, Jane”. Kobiet o imieniu Jane było w 1800 roku bardzo dużo. Należało wiedzieć, że pani Leigh Perrot to ciotka Jane Austen ze strony matki.
– Jaką cenę osiągnąłby list Jane Austen?
– Trudno powiedzieć. Istnieje około stu pięćdziesięciu listów i rzadko jakieś nowe wypływają na aukcjach. Myślę, że w Londynie można by uzyskać pięciocyfrową sumę.
– Ciekawe, czy ofiarodawca miał jakiekolwiek pojęcie o ich wartości – zastanawiał się Wigfull.
Jackman pokręcił głową.
– To mało prawdopodobne. Miałem zamiar je zwrócić, gdyby okazały się prawdziwe.
Powiedział to w czasie przeszłym i Wigfull zapytał:
– Coś poszło nie tak?
Jackman wyglądał na zażenowanego, kiedy przytaknął.
– Znikły z szuflady mojego biurka. Szkoda, że nie zamknąłem jej na klucz. Głupio, że tego nie zrobiłem. W tamten niedzielny wieczór, kiedy otworzyłem szufladę, nie było ich. Oczywiście wyjąłem wszystko i przejrzałem wszystkie papiery. Wyciągnąłem szufladę, żeby sprawdzić, czy nie wpadły pod nią. Zapytałem Gerry, czy ich nie zabrała z jakiegoś powodu. Powiedziała, że nie.
– Wiedziała o istnieniu listów?
– O, tak. Była obecna przy tym, jak Junker je badał. Panowie, czułem się jak zbity pies. Byłem pewien, że ktoś otworzył szufladę i je zabrał. Oczywiście przeszukałem dom. Harowałem do północy, ale to bez sensu, bo przecież listy nie mogły wyjść z szuflady biurka. W końcu zrobiłem wściekłą awanturę Gerry i oskarżyłem ją o kradzież. Cóż to była za cholerna ironia – musiałem wyglądać na takiego samego paranoika jak ona, kiedy oskarżała mnie, że majstrowałem przy jej samochodzie. Wyraźnie padło mi na głowę.
Diamond wspaniale potrafił zachować powściągliwość. Ale teraz nie wytrzymał i włączył się.
– Wściekła awantura? Co pan chciał przez to powiedzieć? Stłukł ją pan?
– Nie. Nie stosuję przemocy. – Jackman spojrzał na niego gniewnie, dotknięty tym podejrzeniem.
– Kiedy to było? W niedzielę wieczór czy w poniedziałek rano?
– Chyba w poniedziałek.
– Chyba?
– Musiało to być nad ranem. Mówiłem, że cały wieczór szukałem listów.
– Gdzie odbyła się ta awantura? W sypialni? Jackman przybrał minę zaszczutego człowieka.
– Tak. Była już w łóżku.
– Spała? Obudził ją pan i oskarżył o kradzież?
– Spokojnie – powiedział Jackman. – Nie spała jeszcze.
– Nie chwycił pan jej, żeby nią potrząsnąć?
– Jasne, że nie.
– Powiedział pan „wściekła awantura”.
– Było dużo krzyku. Powiedziałem, że je zabrała, żeby zrobić mi na złość. Kazałem jej powiedzieć, gdzie są.
– Proszę powiedzieć, gdzie dokładnie pan stał, kiedy toczyła się ta rozmowa – polecił Diamond.
Jackman zawahał się, zmarszczył czoło.
– Nie wiem. Chodziłem. Nie stałem w jednym miejscu.
– Podszedł pan do łóżka?
– Możliwe. Nie dotknąłem jej, jeśli o to panu chodzi. Nie dotknąłem jej nawet palcem.
– Wtedy nie?
– Ani później.
– Rano?
– Nie.
– Czasem, panie profesorze, ludzie urządzają wściekłe awantury i niewiele pamiętają z tego, co mówili i robili.
Diamond przeszedł na bardziej umiarkowane tempo. Przesłuchania w rytmie, który wcześniej narzucił, przestają dawać efekty po kilku minutach.
– Nie – upierał się Jackman. – Pamiętam dokładnie, co się stało. Krzyczeliśmy na siebie, a ona się ze mnie wyśmiewała, co jeszcze bardziej mnie złościło. Powiedziała, że zasłużyłem na to, żeby stracić te listy, skoro nie zamknąłem ich na klucz. Oczywiście miała rację, ale nie podobał mi się sposób, w jaki mi to wypominała, bo przez cały czas ją podejrzewałem, że złośliwie je gdzieś schowała. Po jakimś czasie po prostu przestaliśmy.
– Określiłby się pan jako człowieka wybuchowego? – zapytał Diamond, niechętnie ustępując pola.
– Co to znaczy? Ze szybko tracę kontrolę nad sobą? Nie, rzadko mi się to zdarza.
– Ale wtedy się zdarzyło.
– Tylko w tym sensie, że spontanicznie wypowiedziałem złe myśli. Gdybym zaatakował ją fizycznie, a pan pewnie chce, żebym to przyznał, sądzi pan, że opowiadałbym panu o tym?
Diamond uśmiechnął się łagodnie.
– Czasem opowiadanie przynosi ulgę.
Jackman mocno zacisnął usta. Diamond wycofał się z potyczki i zrobił szeroki gest ręką pod adresem swego asystenta.
– Czy rozważał pan możliwość – spytał John Wigfull – że listy zabrał doktor Junker? – Był to elegancki sposób na przywrócenie kontaktu.
Profesor milczał jeszcze przez chwilę, ale w końcu zdecydował się odpowiedzieć.
– Oczywiście przyszło mi to później do głowy. Geny narzucała się jako podejrzana, ale nie mogłem wykluczyć Junkera. To nieprzyjemne, ale naukowcy nie są ponad podejrzeniem, jeśli chodzi o kradzieże. Są bardzo zaabsorbowani swoimi badaniami i uważają, że mają prawo uzyskać oryginalne dokumenty i pierwsze wydania, czasem nawet nieuczciwie. Każdy bibliotekarz uniwersytecki ma w zanadrzu opowieści, w których występują badacze o lepkich rękach. Odpowiadam więc, tak, pomyślałem, że nie można wykluczyć Junkera.
– Ale on już wyjechał?
– Kilka godzin wcześniej. Tak jak mówiłem. Zawiozłem go na stację, żeby zdążył na pociąg o czwartej dwanaście do Paddington. W poniedziałek miał zamiar odwiedzić profesora Dalrymple’a z University College w Londynie, a potem wybierał się do Paryża na wakacje. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej przekonywałem siebie, że powinienem za nim pojechać. Po nieprzespanej niedzielnej nocy wstałem wcześnie rano w poniedziałek i złapałem pociąg do Londynu.
– Ten o ósmej dziewiętnaście, tak nam pan mówił, kiedy zgłosił zaginięcie żony.
Ten popis pamięci najwyraźniej zaimponował Jackmanowi, a może nawet samemu Diamondowi.
– Tak.
– I wtedy po raz ostatni widział pan żonę. Czy już nie spała? Jackman przechylił głowę.
– O tym też mówiłem.
– Co jej pan dokładnie powiedział?
– Powiedziałem, że jadę za Junkerem zapytać o listy. Diamond po drugiej stronie stołu poruszył się w krześle.
– Nie tak nam pan to przedstawił. Mówił pan, że musi odwiedzić różnych ludzi w sprawie wypożyczenia rękopisów. – Diamond chciał pokazać, że i on pamięta to, co zostało już powiedziane.
Jackman nie spojrzał na Diamonda.
– Kiedy rozmawiałem z wami na początku, nie sądziłem, że trzeba będzie wyciągać sprawę zagubionych listów.
– Chciał pan ją zatrzymać dla siebie?
– Tak, jeśli to możliwe. Diamond odwrócił się do Wigfulla.
– Warto wyciągać takie sprzeczności. Kontynuuj.
– Co się stało dalej? Dogonił pan doktora Junkera?
– W końcu okazało się, że nie odwiedził University College. Nie poszedł na spotkanie z Dalrymple’em, co napełniło mnie podejrzeniami. Zadzwonił do profesora Heathrow z jakąś wymówką, że zmieniła się godzina jego odlotu do Paryża. Błyskawicznie pojechałem na Heathrow i poleciałem pierwszym samolotem do Paryża.