Выбрать главу

– Wiedział pan, gdzie się ma zatrzymać?

– Nie. I wiedziałem, że nie zrobił rezerwacji, bo nie spodziewał się, że wyleci z Londynu przed wtorkiem, więc kiedy przyleciałem na lotnisko Charles’a de Gaulle’a poszedłem prosto do informacji turystycznej i poprosiłem o pomoc. Powiedziałem, że pilnie muszę odszukać kolegę. Dzwonił do nich i wysłali go do małego hoteliku w pobliżu Sorbony.

– Był tam?

– Wtedy, kiedy przyjechałem, nie, ale wynajął pokój. Ja też wynająłem tam pokój i postanowiłem czekać tak długo, jak to będzie konieczne. Około jedenastej przyszedł. Był zdziwiony, że mnie widzi, ale nie przestraszył się. Wyjaśniłem powód mojego przyjazdu. Wyłożyłem to jak mogłem najdelikatniej, że być może przypadkiem wśród innych papierów zabrał listy Jane Austen. Była to zachęta, żeby mi je zwrócił bez oskarżeń. Przemyślałem to. Nie chciałem nikogo oskarżać. Po prostu chciałem, żeby mi zwrócił te listy.

– I miał je?

Jackman pokręcił głową.

– Byłem zadowolony, że nie. Jeśli mnie oszukał, zrobił to genialnie. Był zakłopotany i wstrząśnięty, że mogłem go podejrzewać. Zaprosił mnie do pokoju i razem przejrzeliśmy jego bagaże. Wywrócił nawet kieszenie, otworzył portfel, wszystko. W końcu musiałem przyznać, że ukradła je Geraldine. Następnego dnia wróciłem, żeby wydobyć z niej prawdę – a jej, oczywiście, nie było.

– Nie pomyślał pan, że to sprawa dla policji?

– Kradzież listów? A któż inny mógł je zabrać, jeśli nie Geny? Pomyślałem, że wydobędę z niej prawdę, nie ujawniając sprawy. I nie chciałem, żeby ofiarodawca dowiedział się, że listy znikły.

– Nie podał nam pan nazwiska tego szczodrego dobroczyńcy.

– Już mówiłem. To poufne.

– Niech pan da spokój, panie profesorze – mruknął Diamond. – Prowadzimy śledztwo w sprawie zabójstwa, nie bawmy się w ciuciubabkę.

– Dałem słowo. I tyle – powtórzył niezłomnie Jackman.

– To jest utrudnianie pracy policji, jak pan wie.

– Nie utrudniam. To nie ma nic wspólnego ze śmiercią Geny.

– My o tym decydujemy.

– Nie – upierał się Jackman. – Decyzja należy do mnie.

Rozdział 4

Jakieś pytania?

Diamond parzył na funkcjonariuszy wydziału zabójstw, zgromadzonych w pokoju odpraw przy Milsom Street. Nie oczekiwał pytań. Jego polecenia były jasne. Chciał, żeby przesłuchano przyjaciół zamordowanej, i ustalono, kiedy widzieli ją po raz ostatni; kiedy po raz ostatni rozmawiali z nią przez telefon; o czym mówili; i wreszcie – zachęta dla plotkarzy zawsze łączy się z takim śledztwem – czy znają powód, dla którego została zamordowana.

– No, to do roboty.

Kiedy zostali sami w pokoju odpraw, Diamond zwrócił się do Wigfulla.

– Ty też, John. Jest ten jej chłopak, Roger Plato. I jego żona. Jak ma na imię?

– Val.

Nie spodziewał się tak pewnej i błyskawicznej odpowiedzi.

– Informacja wyszukana od ręki, co? – powiedział w przypływie uprzejmości. – Po co zagracamy komendę komputerami, skoro mamy ciebie? Weź sobie godzinkę wolnego i wybadaj tych Plato. Są zbyt ważni, żeby wysłać do nich chłopaczków zaraz po szkole.

Jako dobry detektyw Wigfull musiał uszanować argumenty stojące za tym rozkazem, ale był najwyraźniej nieszczęśliwy, że przesunięto go do innych obowiązków.

– A co z profesorem? Jeszcze z nim nie skończyliśmy, prawda?

– Niech się jeszcze trochę dosmaży – odparł beztrosko Diamond. Perspektywa profesora dosmażającego się przez jakiś czas nie zadowoliła Wigfulla.

– Zrobił się u nas trochę nerwowy. Ma prawo wyjść, chyba że go aresztujemy.

– Jest rozdarty, co? – powiedział Diamond. – Nie jest może odmówić nam współpracy. To się potem obróci przeciwko niemu.

– Współpracuje z nami już od doby.

– I wiele nie powiedział. Może wyjść z niego znacznie więcej.

– Aresztuje go pan?

– A ty byś go aresztował?

Obaj mieli na myśli ograniczenia czasowe, zawarte w Ustawie o policji i ewidencji kryminalnej. Funkcjonariusz w randze Diamonda miał prawo zatrzymać podejrzanego na trzydzieści sześć godzin bez wysuwania oskarżenia. Potem musiał uzyskać nakaz sądowy.

– Chciałbym najpierw zobaczyć raporty z laboratorium – powiedział Wigfull.

– Nie dostaniemy ich dziś wieczorem.

– Nie spędzi z nami kolejnej nocy – powiedział stanowczo Wigfull.

– Ale jeśli pozwolimy mu stąd wyjść – odparł Diamond – może nam zwiać.

Wigfull się zamyślił.

– Możemy sprawdzić, czy rzeczywiście poleciał do Paryża jedenastego września.

– Już to robią.

– A profesor Dalrymple?

– Boon się tym zajmuje.

– Więc co robimy, komisarzu? Diamond nie odpowiedział wprost.

– Sprawa ładnie się nawarstwia. Możliwości: był razem z nią w domu. Motywy: małżeństwo chwiało się, a ona była cholernie niebezpieczna, według tego, co powiedział.

– To nie usprawiedliwia zabójstwa.

– Nie mówię o zabójstwie z zimną krwią. – W głosie Diamonda brzmiała irytacja. – Najprawdopodobniej stało się to podczas gwałtownej sprzeczki. Zaginęły te listy i, słusznie lub nie, oskarżył ją, że je ukradła. Kobieta z takim temperamentem nie przepuści obrazy. Zaatakuje na oślep. Jeśli rzeczywiście w tę niedzielną noc odbyła się tam wściekła awantura, a on przykrył jej twarz poduszką i zabił ją, musiał wiedzieć, że to koniec jego kariery, chyba że pozbędzie się ciała. Wsadził je do samochodu, pojechał nad jezioro i wrzucił tam, najpierw zdejmując z żony ubranie i obrączkę ślubną z palca. Następnego dnia, żeby mieć jakieś alibi, zachowywał się tak, jakby żona nadal żyła, i udał, że podejrzewa Amerykanina o kradzież listów.

To wyjaśnienie, chociaż interesujące, nie rozwiało wszystkich wątpliwości Wigfulla.

– Jeśli to listy były powodem kłótni, która skończyła się jej śmiercią, dlaczego powiedział nam o tym?

– Bo to szczwany lis, Johnie. Jego alibi to sposób, W jaki o tym opowiada. Nie mam wątpliwości, że mówi prawdę o locie do Paryża i spotkaniu z doktorem Junkerem. Założę się z tobą o podwójną whisky, że gdy znajdziemy Junkera, zezna, że ich rozmowa wyglądała właśnie tak, jak to opisał Jackman. A nie zauważyłeś – Diamond gładko ukrył fakt, że sam dopiero co wpadł na tę myśl – że te zaginione listy mogą być po prostu dygresją odciągającą nas od tematu? Mógł ją zabić z zupełnie innych powodów.

– Jest i taka możliwość – zgodził się wielkodusznie Wigfull. Diamond pokiwał głową, podszedł bliżej i wycelował gruby paluch w inspektora.

– Podałem ci motyw. A teraz… jego zachowanie. Zachował się jak winny. Przeczekał ponad dwa tygodnie: dopóki nie odnaleziono zwłok, zanim zgłosił jej zaginięcie. Dlaczego? Bo miał nadzieję, że opadnie na dno jeziora i już tam zostanie. Kiedy ją znaleźliśmy i daliśmy jej podobiznę do telewizji, nie miał wyjścia, musiał się ujawnić. Ludzie byli pewni, że rozpoznali aktorkę, która grała Candice Milner.

– A w końcu nawet wydział zabójstw ją rozpoznał – mruknął Wigfull. Ironia nie zbiła Petera Diamonda z tropu.

– Miał mnóstwo czasu, żeby przygotować swoją wersję. Nie jest zła, ale daleko jej do doskonałości. Jest przerażony perspektywą tego, co nadejdzie z laboratorium. Widziałeś jego minę, kiedy przyszedł lekarz, żeby pobrać mu krew? To może go ostatecznie przyszpilić.

– Ludzie w białych kitlach przydają się na coś – zauważył Wigfull. Diamond uśmiechnął się lekko.