– Jak mam cię przekonać, że się mylisz? – zapytał Jackman.
– Zacznij od wyjaśnienia, dlaczego czekałeś prawie trzy tygodnie, zanim zawiadomiłeś nas o zniknięciu żony?
– Myślałem, że to oczywiste.
– Nie dla mnie.
– Nie byłem zaskoczony, że jej nie ma. Ukradła listy Jane Austen i nie chciała się do tego przyznać.
– Gdzie była, twoim zdaniem?
– U jakichś przyjaciół. Nie brakowało jej kryjówek.
– Dzwoniłeś do kogoś?
– Do tych, których najlepiej znałem, ale niczego nie wskórałem. Pomyślałem, że prosiła ich, żeby mi nic nie mówili.
– Ale nie zgłosiłeś nam zaginięcia. Nie zgłosiłeś nawet, że zginęły listy.
– Bo sam się chciałem z tym uporać – powtórzył Jackman. – Byłem pewien, że je zabrała. Gdybym pobiegł na policję i przypiął jej łatkę złodziejki, co bym osiągnął? Nie chciałem, żeby to dostało się do gazet. – Jego odpowiedzi brzmiały prawdopodobnie, niepokojąco prawdopodobnie.
– A więc jak się z tym uporałeś, nie licząc telefonów do jej przyjaciół?
– Pomyślałem, że pewnie chciała dokonać wyceny listów, pytałem o to w biurach aukcyjnych i handlowych w West Country i w Londynie. I znowu nic.
– Wyjaśnijmy jedną rzecz – powiedział Diamond. – Mówisz mi, że pewnie chciała sprzedać listy? Wcześniej powiedziałeś, że zabrała je ze złośliwości.
Jackman skinął głową.
– Tak myślałem z początku. Nie sądziłem, żeby ich wartość pieniężna miała dla Gerryjakieś znaczenie. Nie brakowało jej pieniędzy. Ale kilka dni po jej zniknięciu przyszedł wyciąg z konta bankowego. Otworzyłem list z nadzieją, że znajdę jakieś wskazówki, gdzie jest. Przekroczyła konto na trzy tysiące funtów.
– Przekroczyła konto?.
– Znalazłem wyciąg z jej karty kredytowej. Była zadłużona na tysiąc pięćset funtów Wyciągała pieniądze z karty kredytowej. To straszna głupota, jeśli wziąć pod uwagę, jakie za to nalicza się odsetki.
– Tak, ale na co mogła wydać tyle pieniędzy? Jackman uniósł ramiona na znak, że nie jest tego pewien.
– Używała życia z tak zwanymi przyjaciółmi.
– Przepuszczając fortunę?
– Nie wiem, czy można to nazwać fortuną. Kiedy się spotkaliśmy, odniosłem wrażenie, że jest bardzo dobrze sytuowana. W telewizji zarabiała świetnie i miała mnóstwo dodatkowych dochodów.
Na posadzce rozległ się stukot kroków. Jeden z dyżurnych posterunkowych wszedł do stołówki. Przerwał rozmowę, mówiąc Diamondowi, że jest do niego pilny telefon.
– Kto dzwoni?
– Inspektor Wigfull.
– Z Bristolu?
– Tak.
– Oby to rzeczywiście było pilne. Zaczekaj tu z profesorem. Zaraz wrócę.
Przeklinając pod nosem Wigfulla, że miał czelność – był pewien – sprawdzać go, chwycił słuchawkę w pokoju przesłuchań.
– Tak?
– Diamond? – Głos Johna Wigfulla był pełen napięcia.
– A któżby inny?
– Właśnie rozmawiałem z małżeństwem Plato. Powiedzieli mi coś, o czym powinien się pan, jak sądzę, dowiedzieć natychmiast. W dniu, kiedy profesor Jackman po raz ostatni widział żonę, w poniedziałek, Gerry telefonowała do Platów mniej więcej między dziesiątą a dziesiątą trzydzieści.
– Rano?
– Rozumie pan, komisarzu? Jeśli Jackman wsiadł o ósmej dziewiętnaście do pociągu do Londynu, jak twierdzi, a potem poleciał do Paryża, to nie mógł jej zabić. Żyła, kiedy wyszedł. Panie Diamond, jest pan tam?
Diamond rzucił słuchawkę bez odpowiedzi. Krzyknął przez pokój.
– Sierżancie Boon!
– Tak?
– Sprawdzałeś podróże profesora?
– Tak jest.
– Z jakim rezultatem? No, dalej!
– Wszystko się zgadza, komisarzu. Odwiedził profesora Dalrymple’a w University College w Londynie trochę przed jedenastą jedenastego września, a na Heathrow wsiadł do samolotu Air France, lecącego do Paryża. Lot numer 1410.
Diamond przez chwilę wyglądał jak sflaczały balonik. Potem wyszeptał z trudem:
– Podstawcie samochód. Profesor wraca do domu.
Rozdział 6
Pierwszy mróz. Przez całe lato mówiono o uszkodzonej warstwie ozonowej i efekcie cieplarnianym, nie wierząc, że w angielskim klimacie mogą zdarzyć się tygodnie, kiedy słońce świeci bez przerwy. Teraz normalność została przywrócona. W chłodny poranek pelargonie w skrzynkach okiennych wyglądały mizernie i blado. Peter Diamond dostrzegł to krytycznym okiem, kiedy stał w korku na Manvers Street, próbując dojechać do komisariatu. W tym roku wydział parków i ogrodów nie szczędził wysiłków, żeby wydrzeć Exeter, głównemu rywalowi Bath, tytuł najbardziej ukwieconego miasta. Każdy parapet, każda krawędź i powierzchnia, nawet dachy wiat na przystankach autobusowych były obstawione doniczkami. Ani jedna latarnia uliczna nie uniknęła kosza z kwiatami. Taki entuzjazm! Takie poświęcenie! Na darmo; Exeter utrzymało tytuł. Obfitość kwietna Bath przegrała.
Diamond za bardzo był policjantem, żeby myśleć cały dzień o przywiędłych pelargoniach, ale i tak chciałby, żeby ktoś je uprzątnął.
Autobus przed nim zwolnił przed przystankiem. Diamond skręcił, żeby go wyprzedzić, tylko po to, by stwierdzić, że cały pas ruchu stanął. Niezbyt obiecujący początek dnia, tkwić i blokować przeciwległy pas. Na szczęście, ktoś za nim błysnął światłami drogowymi i cofnął się o kilka metrów. Szlachetnie z jego strony. Diamond też cofnął się do szeregu i spojrzał w lusterko wsteczne, żeby stwierdzić, kto jest owym dobrym samarytaninem. Facet w toyocie. Gęste wąsy, szeroki uśmiech. John Wigfull, a jakże. Pewnie pomyślał, że dureń z szefa, skoro nie zauważył, że był to jeden z jaskrawo-żółtych piętrowych autobusów dla turystów. Każde dziecko w Bath wie, że autobusy wycieczkowe nie zatrzymują się na przystankach.
Włączył radio, automatyczna antena wysunęła się z trzaskiem (nie czyścił jej od tygodni), usłyszał spikera z Radia Bristol. „Można się spodziewać, że detektywi przyspieszą dzisiaj poszukiwania zabójcy Geraldine Snoo, byłej gwiazdy serialu BBC Milnerowie. Jej nagie zwłoki zostały wyłowione z Chew Valley Lake w końcu tygodnia. Profesor Gregory Jackman, który, jak twierdzi, dał policji…”
– …kopa w dupę – mruknął Diamond, wyłączając radio.
Autobus znowu ruszył, pokazując tył w całej okazałości. Żeby podkreślić zaangażowanie w turystykę, spółka nadała wszystkim autobusom nazwy, wzięte ze świetnej przeszłości miasta. Diamond przeczytał, jak nazwano ten autobus. „Jane Austen”. Jeszcze trochę i pomyślałby, że bogowie z niego szydzą.
W ostatniej chwili zauważył wejście do komisariatu i gwałtownie zakręcił kierownicą, nie wyrzucając kierunkowskazu. Dobrze, że jechał za nim Wigfull.
Żaden z nich nie mówił o incydencie, kiedy wkrótce w gabinecie Diamonda dołączyli do nich Halliwell, Croxley i Dalton. Narada w sprawie przestępstwa: niech nikomu się nie wydaje, że wydział zabójstw ma z górki. Raczej wspina się po drabinie, tej kamiennej drabinie z frontonu opactwa, trzymając się kurczowo swoich miejsc. A teraz byłoby lepiej, żeby czterej gramolący się w górę detektywi wykrzesali jakieś pomysły, i to szybko.
Diamond dość powściągliwie zagaił.
– Mamy więcej raportów z laboratorium kryminalistycznego, jak zwykle bez gwarancji – powiedział na wstępie. – Nadal wykręcają się od podania daty zgonu, ale jedenasty września wygląda na najmocniejszy wariant. Z całą pewnością była już martwa, gdy trafiła do jeziora. Jakbyśmy tego nie wiedzieli. Najbardziej prawdopodobną przyczyną śmierci jest uduszenie. Niech to cholera. – Wziął drugą kartkę. – To raport o samochodach. Jackmana i ofiary. Nie ma wskazówek, żeby użyto ich do przewiezienia ciała. Żadnych istotnych śladów czy włókien. Albo morderca użył odkurzacza, albo szukamy innego wozu. – Mrucząc, zabrał się do trzeciego raportu z laboratorium. – Grupy krwi. Ofiara miała Rh+ Ojej mąż też. Pamiętacie, że ktoś znalazł ślady krwi na kołdrze. Okazało się, że są za małe, żeby je zbadać, korzystając z testów wstępnych.