Выбрать главу

– Czyli że profesor nie jest już podejrzany – zauważył Keith Halliwell i pożałował, kiedy napotkał wściekły wzrok zwierzchnika. Podwoił tempo żucia gumy. Każdy w grupie śledczej Diamonda miał własną receptę na przetrwanie; młody Halliwell wyobrażał sobie, że jest wytrawnym nowojorskim gliną. Zawsze widywano go w skórze i dżinsach.

Diamond znów popatrzył na kartkę, którą trzymał w ręku.

– Piszą tu, że próbki krwi z kołdry przesłano do analizy DNA – genetyczne odciski palców – co powinno zadowolić chłopaków z prasy, ale pewnie tylko ich.

Coxley, zazwyczaj najbardziej małomówny pośród detektywów, ośmielił się zabrać głos w imieniu nauki.

– To są niezawodne testy.

– I na nic nam się nie zdadzą, dopóki nie znajdziemy podejrzanego z pasującym profilem – odparł Diamond.

Coxley się zaczerwienił.

Halliwell nierozważnie poparł Coxleya.

– Kiedy będą mieli profil z krwi na kołdrze, będziemy im podsyłać próbki krwi, aż znajdziemy coś, co pasuje. Tak zrobili w tej sprawie z gwałtem i morderstwem w środkowej Anglii.

Wigfull miłosiernie uprzedził Diamonda.

– Daj spokój, Keith. Jeśli mówisz o tej sprawie w Leicester, nie mamy szans, żeby to powtórzyć. Tam policja pracowała według względnie ograniczonych parametrów. Szukali mężczyzny między siedemnastym a trzydziestym czwartym rokiem życia, w trzech małych wioskach liczących około czterech i pół tysiąca mieszkańców płci męskiej, a i tak trwało to miesiącami. My nawet nie wiemy, jakiej płci był zabójca.

– I w końcu złapali faceta – powiedział Dalton – bo ktoś zaczął gadać. Sfałszował testy. Namówił jakiegoś idiotę, żeby poszedł zamiast niego.

– Jeśli już skończyliście – rzucił posępnie Diamond – chciałbym pomówić o sprawie, którą zajmujemy się teraz. Być może jestem nieuleczalnym optymistą, ale proponuję, żebyśmy dziś urządzili burzę mózgów.

To ich uciszyło.

Nie spieszył się, zanim znów zaczął, oceniał efekt, jaki wywołało jego oświadczenie.

– Po pierwsze, podsumujmy, co mamy. Przesłuchania z wczorajszego wieczora. Panie Dalton, może pan przedstawić raport?

Dalton, odpowiedzialny za wsparcie komputerowe, spojrzał z przerażeniem.

– Jeszcze nie przetworzyliśmy danych, komisarzu.

– Dlaczego?

– Jest za wcześnie.

– Myślałem, że wszystko poszło do komputera. – Diamond spojrzał na niego, jakby prosił o radę, ale w rzeczywistości tylko kpił z nieszczęsnego inspektora, który tak bardzo chciał zrobić dobre wrażenie, że sam wystawił się na łatwy strzał. – Mamy tutaj hardware warty tysiące funtów. Dlaczego nie leżą przed nami wydruki?

– Najpierw trzeba wprowadzić dane.

– Nie musisz nas dręczyć żargonem. Myślałem, że główna korzyć z tego cholerstwa to przyspieszenie śledztwa.

– I oczywiście tak jest, panie Diamond. Ale dane wejściowe wprowadza się ręcznie.

– No to daj sobie z tym spokój. Zdążyłem już przejrzeć raporty. Nie znalazłem niczego ciekawego – przerwał – z jednym, godnym uwagi, wyjątkiem.

Przez chwilę wydawało się, że nikt nie ma ochoty zapytać Diamonda, o co chodzi. Wreszcie inspektor Croxley uznał, że cisza za bardzo działa mu na nerwy.

– Co to takiego?

Diamond odezwał się jakby mimochodem:

– Z jednego z przesłuchań dowiedzieliśmy się, że Geraldine Jackman żyła jeszcze w poniedziałek rano, jedenastego września. Telefonowała. John, bądź tak miły i powtórz, czego się dowiedziałeś od państwa Plato.

– Wydaje się, że…

– Nie – przerwał mu Diamond. – Fakty, jeśli pozwolisz, nie to, co się wydaje.

Wigfull zacisnął ze zdenerwowania szczęki, zanim znów się odezwał.

– Pani Valerie Plato powiedziała mi, że między dziesiątą a dziesiątą trzydzieści odebrała telefon. Dzwoniąca przedstawiła się jako Geraldine Jackman.

– Są jakieś wątpliwości? – Diamond rzucił się na tę możliwość.

– Nie sądzę – powiedział pewnym tonem Wigfull. – Ale nie wiem, czy faktycznie głos w słuchawce należał do Geraldine. Muszę w tej mierze zaufać Platom.

– Mów dalej.

– Poprosiła Rogera, męża Valerie. Był tamtego ranka w domu. Podszedł do telefonu, ale jego żona nie wyszła z pokoju. Teraz, jeśli pan pozwoli, chciałbym odwołać się do swoich notatek.

Diamond nie był pewien, czy to zamierzony sarkazm. Nikt nie był na tyle lekkomyślny, żeby się uśmiechnąć.

– Pani Jackman powiedziała – kontynuował Wigfull z otwartym notatnikiem – że nie chce przeszkadzać, ale potrzebna jest jej pomoc. Powiedziała, że ma problem z Gregiem, profesorem Jackmanem, i musi na parę dni opuścić dom, żeby oczyścić atmosferę, jak to określiła. Chciała wiedzieć, czy mogłaby pomieszkać w domu Platów. Valerie Plato, która stała obok męża, jasno oświadczyła, że nie życzy sobie tej kobiety pod swoim dachem.

– Dlaczego? – zapytał Halliwell. Jego niewiedza była do wybaczenia. Jako najmniej doświadczony funkcjonariusz, na którego patrzono podejrzliwie ze względu na jego amerykański styl, został oddelegowany do chodzenia po domach i przez cały tydzień nie było go w centrum operacyjnym.

– Plato włóczył się z nią – odparł Wigfull.

– Czy „włóczyć się” to właściwe słowo?

– Tak myśli Valerie Plato. Roger ostro temu zaprzecza.

– Przy jego reputacji?

– Właściwie ja mu wierzę – stwierdził Wigfull. – Przesłuchiwałem go oddzielnie. Powiedział, że to nie było nic poważnego, tworzyli parę tylko dlatego, że ich współmałżonkowie z reguły nie chodzili na przyjęcia. Uważa, że Gerry Jackman nie szukała sobie kochanka.

– Może Valerie Plato widziała to inaczej.

– Możemy spędzić resztę poranka, powtarzając „może”. – Diamond był zirytowany – Wróćmy do tego telefonu.

– Właściwie to wszystko. Pani Plato powiedziała Gerry Jackman, że byłby to dla niej kłopot, gdyby zamieszkała u niej w domu. Potem odłożyła słuchawkę.

– Była w złym nastroju?

– Najwyraźniej nie. Musiała się domyślić, że nic z tego, skoro Valerie podniosła słuchawkę.

– A o kłótni z Jackmanem powiedziała tylko tyle, że ma z nim problem i chciałaby opuścić dom, żeby oczyścić atmosferę?

– Tak. Nie wydawała się zbyt zdenerwowana według tego, co mówili Platowie.

– Czy potem dzwoniła jeszcze do kogoś? Czego dowiedzieliśmy się z innych przesłuchań z wczorajszego wieczoru? – zapytał z zachodnim, irlandzkim akcentem Croxley. – Czy telefon do Platów jest ostatnim jej śladem za życia?

– Ostatnim, jaki mamy. – Diamond rozłożył ręce, zachęcając do wypowiedzi.

Krępująca cisza. Jeśli to była burza mózgów, błyskawica jakoś nie chciała zaświecić.

– W takim razie, panowie, w braku czegoś bardziej błyskotliwego, musimy wrócić do mojej metody prowadzenia śledztwa. Dobrego, staromodnego chodzenia od drzwi do drzwi. Halliwell, wyślij chłopaków do Widcombe. Chcę informacji o wszystkim i wszystkich widzianych w pobliżu John Brydon House w poniedziałek, jedenastego września. Przepytajcie sąsiadów, mleczarza, gazeciarza, listonosza. Rozumiesz?

– Tak, komisarzu.

– To na co czekasz?

Halliwell szybko opuścił naradę, bez wątpienia z uczuciem ulgi.

– I co teraz? – Diamond zwrócił się do reszty swojego zespołu.

– Może nie mam racji – Dalton wolał być ostrożny – ale sądzę, że warto sprawdzić, jak Valerie Plato spędziła resztę tamtego dnia. Słusznie czy niesłusznie, chyba miała jakieś podejrzenia co do intencji Gerry Snoo, słynnej gwiazdy telewizyjnej, która dobierała się do jej męża. Ten telefon mógł ją wytrącić z równowagi, skoro usłyszała, że Gerry bez ogródek pyta, czy może się do nich wprowadzić.