– Panie doktorze, nikt nie został postawiony w stan oskarżenia w związku z zabójstwem, jeśli o to panu chodzi. Proszę pana o pomoc w ustaleniu kilku faktów, dotyczących weekendu przed zniknięciem pani Jackman.
– Wszystko, czego pan sobie życzy.
– Dziękuję. Zacznijmy od chwili, kiedy po raz pierwszy zetknął się pan z profesorem Jackmanem.
– To było w lipcu. Wcześniej się nie widywaliśmy. Napisałem do niego, kiedy usłyszałem o wystawie poświęconej Jane Austen, którą organizował w Bath. Powieść dziewiętnastowieczna to zasadnicze pole moich badań. Tak się składa, że teraz piszę coś, co, jak mam nadzieję, będzie najpełniejszą biografią Jane Austen. Potrzebne panu informacje na mój temat?
– Nie na tym etapie. I co, postanowił pan przylecieć?
– Prawdę mówiąc, wybierałem się do Europy na wakacje. Uwzględniłem w planach Bath, gdzie chciałem zobaczyć wystawę, a Greg Jackman był tak uprzejmy, że zaprosił mnie do siebie.
– Zdaje się, że pojechał nawet na Heathrow, żeby spotkać się z panem.
– Tak. To było w tamten piątek. Niestety, pojawiły się jakieś techniczne problemy z samolotem i start został odłożony o parę godzin. To było prawdziwe bohaterstwo, że tak długo czekał. Pamiętam, że wylądowaliśmy o szesnastej dziesięć, z prawie siedmiogodzinnym opóźnieniem. Nie spodziewałem się, że go zastanę, ale był tam i przywitał mnie, jakby to była dziewiąta rano. Potem pojechaliśmy autostradą do Bath. Po drodze zatrzymaliśmy się na kanapkę. Nie pamiętam gdzie.
– Nie szkodzi.
– Podróż zajęła około dwóch i pół godziny. Rozmawialiśmy o naszych badaniach, o ile pamiętam. Mam pewne problemy z przypomnieniem sobie, co działo się tamtego wieczoru. Szczerze mówiąc, byłem skonany.
Zbliżała się wpół do ósmej, kiedy w końcu dotarliśmy do Brydon House, a ja byłem w podróży od wielu godzin. Gerry, pani Jackman, wyszła, żeby mnie powitać. Była jak marzenie; piękna, po prostu piękna. Nie znajduję innego słowa. Wie pan, że była aktorką telewizyjną? Chciała mi coś przyrządzić i musiałem jej powiedzieć, że jestem zbyt zmęczony, żeby zjeść normalny posiłek albo żeby go docenić, więc poczęstowała mnie kanapką i kawą. Greg poszedł do innego pokoju. Musiał jeszcze wykonać parę telefonów w sprawie wystawy. Biedaczyna nie przypuszczał, że większość dnia spędzi na lotnisku. Kiedy zjadłem, Gerry zaprowadziła mnie do mojego pokoju i mogłem wziąć prysznic.
Gdy Junker pokonał niechęć do rozmowy z policją, okazał się świadkiem, który dużo pamięta, nawet za dużo.
– Panie doktorze – powiedział Diamond – jeśli tamtego wieczoru nie zdarzyło się nic ważnego…
– Ale nie powiedziałem panu o gościu.
– O kim?
– O gościu. O kimś, kto wpadł z wizytą, zgadza się?
Diamond chwycił poręcze fotela, na którym siedział, i pochylił się do przodu.
– Rozumiem. Proszę mówić.
– Wtedy właśnie dowiedziałem się o listach Jane Austen. Prysznic trochę mnie ożywił, włożyłem czyste ubranie i zszedłem na dół. Myślałem, że jeśli uda mi się nie zasnąć przez kilka godzin, to przyzwyczaję się do angielskiego czasu i pokonam zmęczenie wywołane zmianą stref Kiedy zszedłem, usłyszałem głos Grega dochodzący z pokoju od frontu i zajrzałem tam. Towarzyszyła mu kobieta, nie Gerry. Była niska, z brązowymi włosami. Stali przy stole i oglądali jakiś dokument. Przeprosiłem, że przeszkadzam, ale Greg poprosił, żebym wszedł. Wyraźnie coś go wytrąciło z równowagi, bo zapomniał mnie przedstawić tamtej pani. Powiedział: „Louis, przyszedłeś we właściwym momencie. Nasyć tym oczy!” Od razu zrozumiałem, dlaczego jest taki podniecony. Niech mi pan wierzy, puls mi przyspieszył. Patrzyliśmy na dwa oryginalne listy, napisane charakterem pisma Jane Austen. Nie było wątpliwości.
Diamond słuchał bez słowa, unikając wzroku Wigfulla. Tyle razy podawał w wątpliwość istnienie listów Jane Austen, że mógł się spodziewać triumfalnych spojrzeń współpracownika. Nie przejmował się tym. Dobry detektyw niczego nie przyjmuje za pewnik.
Junker wdał się w tak szczegółowy opis listów, że nie można było nadal żywić wątpliwości. Oba zostały napisane we wrześniu 1799 roku i adresowane do pani Jamesowej Leigh Perrot, ciotki Jane, przebywającej w domu strażnika więziennego, w oczekiwaniu na proces z oskarżenia o kradzież sklepową. Napisano je w Steventon i podpisano: „Twoja kochająca siostrzenica Jane”. Pierwszy został napisany zapewne w związku z propozycją matki Jane, która chciała wysłać obie córki do Bath, żeby zamieszkały z Leigh Perrotami (wujek James towarzyszył żonie w areszcie) w domu strażnika do końca tej ciężkiej sprawy. „Głównym życzeniem” Jane było, żeby jej ciotka i wuj „pozwolili sobie ulżyć w samotności tego niezasłużonego odosobnienia”, dzieląc los z kochającymi siostrzenicami. Drugi, napisany, gdy propozycja została mile powitana, ale odrzucona, stanowił eleganckie uzupełnienie pierwszego. Jane nie potrafiła ukryć uczucia ulgi. Był lżejszy w tonie i bardziej spontaniczny, krótki, ale plotkarski, razem wziąwszy bardziej typowy dla jej stylu epistolarnego.
– Oczywiście trzeba uważać na fałszerstwa – mówił Junker – ale jestem gotów postawić ostatniego dolara na to, że oba są autentyczne. Styl, charakter pisma, wszystko się zgadzało. Nawet ortografia. Jane popełniała uroczy błąd w słowie „sądzę”, często zamiast „ą” pisała „on”. Pojawiło się to w drugim liście.
Trzej detektywi, którzy czekali w napięciu, żeby dowiedzieć się, kim była kobieta, która przyniosła listy, dowiedzieli się już nawet więcej, niż chcieli, o stylu i ortografii Jane Austen.
– Był to zatem hojny podarunek? – zapytał Diamond, żeby nakierować rozmowę na właściwe tory.
– Zdumiewająco. Opisałem panu wygląd listów?
– Dziękuję, ale tego mogę się dowiedzieć od profesora Jackmana. Bardziej interesuje mnie kobieta, która tamtego dnia była w pokoju. Czy sama znalazła te listy?
– Tak mi powiedziano.
– Mówił pan, że profesor nie przedstawił was sobie.
– Nie od razu. Greg był zbyt podniecony, żeby to zauważyć. Honory domu poczynił później. Jej nazwisko brzmiało, chyba się nie mylę, Didrikson.
Dana Didrikson.
Jedna tajemnica rozwiązana. Tym razem Diamond nawiązał kontakt wzrokowy z Wigfullem.
Otwierały się nowe intrygujące możliwości. Fakt, że Gregory Jackman odmówił ujawnienia jej nazwiska pod pretekstem, że dobroczyńca chciał zachować anonimowość, mógł zostać na nowo zinterpretowany.
– Usłyszał pan nazwisko? – zapytał głos z Pittsburgha.
– Tak, słyszałem je już wcześniej, w innym kontekście. Proszę mi powiedzieć, czy ofiarowanie tych listów było dla profesora Jackmana zaskoczeniem?
– Jestem tego pewien. Po prostu szalał ze szczęścia. A któż by nie szalał?
– Pani Didrikson też musiała być uradowana.
– Nie powiedziałbym tego. Nie znam jej, ale mogę stwierdzić, że podchodziła do tego z dystansem. Niewiele mówiła.
– Pewnie wyjaśniła mu, skąd je ma.
– Tak, zanim wszedłem do pokoju. Usłyszałem tę historię później, jak wpadła na te listy u jakiegoś filatelisty, sprzedającego znaczki pocztowe.
– Sądzi pan, że znała ich wartość?
– Oczywiście. Wiedziała, że są warte krocie. W jej obecności mówiłem, że moim zdaniem osiągnęłyby na aukcji wysoką cenę. Dziwne, ale nie zrobiło to na niej wrażenia. Wydawało mi się, że chce je jak najszybciej przekazać i wyjść z domu. Greg mówił, że je odda, kiedy wystawa zostanie zamknięta, ale ona twierdziła, że to dar dla niego osobiście. Najwyraźniej w ten sposób chciała podziękować mu za uratowanie syna. Czy pańskim zdaniem to się trzyma kupy?