– Co sądził o pańskiej teorii?
– Nie zgadzał się z nią. Powiedział, że takie kabotyńskie sceny są bardzo częste. Domyślam się, że bardziej zależało mu na odzyskaniu listów niż na analizie zachowania żony. Rozstaliśmy się w zgodzie. Obiecał, że zadzwoni, gdy tylko listy się odnajdą. Powiedziałem, że chętnie spotkam się z nim przy śniadaniu, ale on wymeldował się wcześnie rano. Więcej nie miałem od niego wieści.
Diamond gestem zaprosił Wigfulla i Daltona do zadawania pytań, ale tylko pokręcili głowami. Zakończył rozmowę i rozłączył się.
Nikt się nie poruszył.
– Po co ta tajemnica? – zapytał Wigfull po chwili milczenia.
– Jak to?
– O pani Didrikson. Dlaczego Jackman nic powiedział nam, że to Dana Didrikson dała mu listy?
– Szukasz odpowiedzi – powiedział Diamond – czy, jak się domyślam, już ją znasz?
Wigfull rozłożył ręce na znak, że odpowiedź jest oczywista.
– Osłaniają. Wie, że zabiła mu żonę, i chce ją chronić.
– Niezbyt mu się to udało – mruknął Diamond.
– Spodziewał się, że to wyjdzie na jaw, ale nie chciał tego zrobić sam.
– Dlaczego?
– Bo jej nie potępia. Uważa, że powinno ujść jej to płazem. Możliwe, że ją kocha.
Zaskoczeni wygłoszoną z przekonaniem analizą było prawie tak duże jak niedowierzanie Diamonda, że stać na nią właśnie Wigfulla, wtykę komendy głównej. Nie miał nic przeciwko temu, żeby członkowie jego sztabu wygłaszali oszałamiające teorie… ale Wigfull? Mógł uznać, że to zawrót głowy, chwilowa utrata równowagi, ale nagle poczuł cieplejsze uczucia do asystenta za to, że stać go na ludzkie odruchy.
– Chciałbym usłyszeć coś więcej. Jaki mogła mieć motyw?
– Miłość.
Diamond zerknął na Daltona, ale on zachowywał całkowitą neutralność.
– To klasyczna sytuacja – powiedział Wigfull, rozwijając swoją teorię. – Jest samotną matką, niezbyt dobrze się jej wiedzie, zaharowuje się, żeby wysyłać dzieciaka do prywatnej szkoły. Jackman to rycerz na białym koniu, nieustraszony, przystojny facet, który wyrwał jej dziecko z objęć śmierci. Dowiaduje się, że jest profesorem, że ma wielki dom i żonę, która nie tylko czyni z jego życia jedno pasmo udręk, ale nawet próbowała go zabić. Dana widzi w Jackmanie rozwiązanie wszystkich swoich problemów. Gdyby tylko porzuciłby żonę… Kłopot w tym, że on tego nie robi. Jest tak rycerski i tak lojalny jako mąż, że nie planuje rozwodu. No i… – Podkreślił argumentację, przeciągając palcem po szyi. Ten gest nie zgadzał się z faktami, ale wiadomo było, o co chodzi.
– Musimy z nią porozmawiać – powiedział Diamond, zachowując dla siebie ocenę.
– Pozwoli pan, że ja to zrobię? – zapytał Wigfull. Diamond się uśmiechnął. Nie był to wspaniałomyślny uśmiech.
Rozdział 8
W samochodzie Diamond rzucił parę ostrych słów, gdy przejechali ważny skręt, bo Wigfull, który pilotował, za późno go pokazał. Wigfull, żeby załagodzić sytuację, powiedział, że pani Didrikson (jej adres wzięli z książki telefonicznej) mieszka między Widcombe a Lyncombe, na środkowym fragmencie mapy, który trudno odczytać, bo załatano go kawałkiem taśmy samoprzylepnej. Jest jednak przekonany, że uda mu się znaleźć inny dojazd. Diamond, urażony posądzeniem, że to on jest tym naprawiaczem o dwóch lewych rękach, odparował atak, twierdząc, że droga, na którą władował ich Wigfull, nie została zbudowana dla nowoczesnych samochodów. Nigdy nie lubił wzgórz na południe od miasta, ich dziurawych jezdni, wzdłuż których ciągnęły się wysokie, kamienne murki i rosły drzewa iglaste tworzące ponury baldachim nad drogą.
Wigfull siedział cicho, dopóki nie pojawił się nowy problem. Nie mogli zawrócić, musieli więc pojechać stromo pod górę jezdnią tak wąską, że powinna zostać oznaczona jako jednokierunkowa. Na dowód, że tak nie było, wyjechała im naprzeciw furgonetka pocztowa. Musieli się cofać. Za drugim podejściem przebyli trzy czwarte drogi, gdy na szczycie wzgórza pojawił się inny wóz, czerwony mini, mały, ale wystarczająco duży, by zablokować przejazd. Według ogólnie przyjętych zasad kierowca powinien ustąpić i cofnąć się, a jednak jechał dalej z włączonymi światłami drogowymi.
– Wiesz, co mówią w wydziale ruchu – powiedział Diamond. – Zawsze trzeba uważać na tych, co noszą kapelusze i prowadzą czerwone samochody. To wyraźnie typowy okaz. – Zatrzymał samochód.
– Załatwię to – zaproponował Wigfull i odpiął pas. Atmosfera stanowczo się poprawiła, gdy razem stanęli wobec zawady.
Diamond jeszcze raz spojrzał na kierowcę, który też się zatrzymał.
– Nie. Daj mu spokój. Ma chyba dziewięćdziesiątkę, biedny stary piernik. Pewnie zapomniał, jak się wrzuca wsteczny.
– No to nie powinien wyjeżdżać.
Wigfull był przekonany, że współczucie jest skierowane pod niewłaściwym adresem. Miał już dosyć. Dlaczego bezmyślnemu starcowi wszystko ma ujść na sucho?
– Coś mi mówi, żeby go zostawić w spokoju, John – powiedział Diamond, odwrócił się i cofnął w dół wzgórza.
– Idę o zakład, że nie zrobiłby pan tego w Londynie – mruknął Wigfull.
– Masz rację. Zmiękłem, odkąd tu jestem.
– Nie zauważyłem.
U podnóża wzniesienia starzec dodał gazu i minął ich, lekkomyślnie zdejmując rękę z kierownicy, żeby unieść kapelusz.
– Widzisz? – rzucił Diamond. – Grzeczność za grzeczność.
Za trzecim razem im się udało. Skręcili w prawo na szczycie, pokonali dwa ostre zakręty i znaleźli nazwę ulicy wykutą na murze. Wysoko nad jezdnią znajdował się taras z sześcioma małymi, georgiańskimi domkami, odsuniętymi od ulicy. Każdy miał własną, żelazną furtkę. Dom pani Didrikson był drugi z kolei. Podobnie jak pozostałe domagał się malowania. Miał mnóstwo zacieków pod gzymsem i parapetami. Zatrzymali się przed nim i wspięli po trzech kamiennych stopniach do pomalowanych na niebiesko drzwi.
– Ktoś jest w środku – zauważył Wigfull.
– Dobrze. Nie chciałbym za często powtarzać tej wyprawy.
Otworzył im chłopiec w szarych spodniach, białej koszuli i prążkowanym krawacie jednej z najbardziej ekskluzywnych szkół w okolicy. Prawdopodobnie był to chłopak, którego profesor Jackman wyciągnął z jazu Pulteney.
– Witaj, synu – pozdrowił go Diamond. – Czy matka jest w domu? Na to przyjacielskie powitanie padła następująca odpowiedź:
– Nie kupujemy niczego od domokrążców.
Chłopiec był między dwunastym a czternastym rokiem życia. W tym wieku rysy stają się nieproporcjonalne i nadają twarzy wyraz niechęci do procesu wzrostu albo niechęci do świata w ogóle.
– Jesteśmy z policji – powiedział Diamond.
– Gdzie macie nakaz?
– Jak się nazywasz, synu?
– Matthew.
– Matthew i co dalej?
– Didrikson.
– Matthew Didrikson, oglądasz czasem Gliny?
– Czasami.
– Więc powinieneś bardziej uważać. Niepotrzebne są nam nakazy, chyba że chcemy dokonać przeszukania. Chcielibyśmy tylko zobaczyć się z twoją mamą. Pytam, czy jest w domu?
– Wyszła do pracy – odparł chłopiec.
– Wejdziemy i zaczekamy. – Diamond zrobił krok do przodu. Chłopiec wyzywająco stanął w drzwiach, potem odsunął się, kiedy Diamond wstawił wielką stopę w szparę.