Выбрать главу

Stojący za nim Wigfull zobaczył jakiś ruch w holu.

– Ktoś wychodzi tylnymi drzwiami! – powiedział.

– Łap go.

Po pierwszym susie pościgu Diamonda zatrzymał złośliwy kopniak w krocze. Jak zrobiłby to każdy były rugbista, zareagował na śmignięcie nogi gwałtownym skrętem połączonym ze ściągnięciem ud. Ten ruch uratowałby go, gdyby nie nabrał kilogramów, odkąd zarzucił grę. Zwinność nie dorównała intencjom. Kopniak mógłby wywołać większe szkody, gdyby Matthew Didrikson nosił skórzane buty, a nie gumowe, ale i tak Diamond odniósł wrażenie, jakby wbił się w niego pocisk na podczerwień i jednocześnie tarmosił go rottweiler. Chłopiec poszedł za ciosem i schylił się błyskawicznie, żeby złapać Diamonda za biodra.

Działając instynktownie, komisarz odepchnął go i runął na czworaki, rycząc z bólu. Gdzieś przed nim chłopiec rąbnął o ścianę.

Ból był niewyobrażalny. Diamond mówił sobie, że zaraz przyjdzie zdrętwienie. Ale czy wytrzyma tak długo?

Oczy miał mocno zaciśnięte. Spoza własnych jęków usłyszał Wigfulla.

– Niech mi pan to zostawi. – Zbyteczna propozycja.

Stopniowo ból rozchodził się i stawał mniej intensywny. Diamond otworzył oczy. Lały się z nich potoki łez. I dobrze, pomyślał, bo wątpił, czy organ przeznaczony do tego, żeby się z niego lało, będzie jeszcze kiedykolwiek zdatny do użytku. Rozejrzał się za młodocianym przestępcą, który go okaleczył. Matthew Didrikson rozsądnie rzucił się do ucieczki przez drzwi frontowe.

Wciągając się po nodze od stołu, Diamond zdołał podnieść się z podłogi. Jak zapaśnik sumo rzucający się na przeciwnika, kiwając się z boku na bok, zrobił kilka kroków do przodu i znalazł jakieś krzesło. Usiadł, nieświadom niczego poza ogniem w kroczu. Nie wiedział, jak długo siedzi. I nie obchodziło go to.

– Dobrze się pan czuje, komisarzu?

Podniósł wzrok.

To głupie pytanie zadał Wigfull.

– A czy dobrze wyglądam? – Ból sprawiał mu nawet dźwięk własnego głosu.

– Osoba, którą widziałem, to bez wątpienia pani Didrikson – powiadomił go Wigfull. – Niestety, nie złapałem jej. Tyły domu wychodzą na inną ulicę. Przebiegła przez podwórze i odjechała czarnym mercedesem. Spisałem numer.

– No to czego chcesz, żeby cię poklepać po ramieniu?

– Czy nie ma pan przy sobie radiotelefonu?

– A co ja bym robił z tym przeklętym radiem?

– Moglibyśmy nadać informację.

– Na stoliku obok ciebie stoi telefon – powiedział Diamond. – No, dalej, człowieku! – Kiedy to powiedział, poczuł się trochę lepiej.

Wigfull zadzwonił i zaalarmował patrole drogowe.

– W tak szybkim samochodzie będzie prawdopodobnie chciała dojechać do autostrady – powiedział, odkładając słuchawkę. – Przy odrobinie szczęścia złapią ją w godzinę. Śmieszne, ale dzięki temu posunęliśmy się mocno naprzód. Paniusia popełniła błąd i potwierdziła, że jest podejrzaną numer jeden. Jeszcze tego pożałuje. Niech pan słucha, chce pan, żebym poszukał jakiegoś środka przeciwbólowego?

– Pierwsza rozsądna rzecz, jaką powiedziałeś – mruknął Diamond.

Chwilę później siadał chwiejnie na miejscu dla pasażera w swoim samochodzie. Kodeina, którą Wigfull znalazł w łazience, zaczynała działać. Wigfull ostrożnie zamknął za nim drzwi, przeszedł dookoła i usiadł za kierownicą.

Zakaszlał z zakłopotaniem.

– Co znowu? – zapytał Diamond.

– Kluczyki.

– Dlaczego nie pomyślałeś o tym wcześniej? Dlaczego ja o tym nie pomyślałem? – Nic nie jest tak przykre, jak szukanie czegoś w kieszeni, kiedy siedzi się w samochodzie, ani tak niebezpieczne, kiedy boli cię na dole.

Z bólem i wysiłkiem Diamondowi udało się wyciągnąć kluczyki. Wręczył je Wigfullowi i odjechali. Nie zaproponował, że będzie szukał drogi na mapie. Wigfull powinien pamiętać. Wzięli dwa ostre zakręty i zjechali w lewo, na szczyt wąskiego wzgórza, które sprawiło im tyle problemów, kiedy jechali pod górę. Wigfull zatrzymał samochód.

– Znowu? O nie!

Droga przed nimi była zablokowana.

Diamond zaczął się śmiać. Było to głupie, bo każdy ruch wywoływał w nim spazm bólu, ale nie mógł się powstrzymać. Po prostu trząsł się ze śmiechu.

Samochodem stojącym w połowie drogi ze wzgórza był czarny mercedes. Stał, bo napotkał inny wóz, wjeżdżający pod górę. Stali tak zderzak w zderzak, całkiem dosłownie. Wozem, na który nadział się mercedes, był czerwony mini z włączonymi światłami drogowymi. Kierowca w znajomym filcowym kapeluszu wysiadł i stał obok samochodu, sprawdzając szkody. W mercedesie nadal ktoś siedział.

– To nie może być nic poważnego, skoro światła działają – zauważył Wigfull. – Przejdę się i zobaczę.

Diamond wysiadł i chwiejnie ruszył za nim. Warto czasem trochę pocierpieć.

Rozdział 9

Samochody były tylko lekko uszkodzone. Mercedes miał zarysowany lakier, na błotniku mini dostrzegli wgniecenie. Ale to wystarczyło. Wigfull, po sprawdzeniu, że czy któremuś z kierowców nie stała się krzywda, uroczyście odebrał zeznanie od starca, emerytowanego lekarza, właściciela mini. Diamond otworzył drzwi mercedesa, przedstawił się i poprosił, żeby kobieta, która siedzi wewnątrz, oddała mu kluczyki.

– Dziękuję. A teraz, czy zechciałaby pani przesiąść się na fotel pasażera?

Posłuchała go. Ręce jej drżały, kiedy wyciągnęła je, żeby się podeprzeć.

– Na pewno dobrze się pani czuje?

– Tak.

Schylił się, żeby usiąść na fotelu kierowcy, i wtedy zdał sobie sprawę, że się nie zmieści. Na siedzeniu leżały dwa kwadraty gumy piankowej, które sprawiały, że miejsca pod kierownicą było za mało, żeby mógł tam wcisnąć nadal obolałą część swojej anatomii.

– Będę musiał to usunąć.

Wzruszyła ramionami na znak przyzwolenia, a jemu udało się usiąść za trzecim podejściem.

– Pani Dana Didrikson?

– Tak. – Jej twarz przybrała kolor wodnistego mleka. Podkreślały to okalające ją brązowe włosy. Miała pięknie zarysowane usta i ciemne, inteligentne oczy, w których teraz czaił się strach. Gdyby nie to, Diamond mógłby pomyśleć, że ma do czynienia z nauczycielką albo pracownikiem opieki społecznej.

Zdolna do popełnienia morderstwa? – zastanawiał się.

– Czy może mi pani powiedzieć, jak to się stało? – zapytał kobietę.

– Jechałam za szybko. To nie jego wina. Myślałam, że uda mi się zahamować na czas.

– Skąd ten pośpiech?

Westchnęła, to głupie pytanie. Oboje wiedzieli dlaczego.

– Próbowałam uciec.

Prosta przyczyna, prosty skutek. Oczywiście, że się spieszyła, bo próbowała uciec. Z tą obojętną miną równie dobrze mogła mówić o pogodzie.

Diamond nie był tak opanowany. Drżał. Czuł przypływ adrenaliny. Nadchodził kryzys. Po paskudnych godzinach spędzonych nad jeziorem, w przyczepie, telefonach do Merlina, naradach, wpatrywaniu się w te idiotyczne ekrany komputerów, wyciąganiu informacji z profesora – teraz wszystko to się mściło.

W gardle mu zaschło. Wyłowił jedno znaczące słowo.

– Uciec?

– Tylnymi drzwiami. Nie widzieliście mnie?

– Widzieliśmy.

– No to… – Nie trzeba było więcej słów. Nie chcąc powiedzieć niczego, co mogłoby ją zrazić, trzymał się spraw praktycznych.

– Pani samochód stał od tyłu, tak? Skinęła głową.

– Wsiadłam i jechałam za szybko. Co ze mną będzie?

– Chcemy panią przesłuchać. Proszę tutaj poczekać, dobrze? – Wygramolił się z wozu i podszedł do Wigfulla, który nadal prowadził przesłuchanie staruszka.