Выбрать главу

Zwykle oznaczało to, że wybiera się w interesach do Londynu i chce, żeby go zawieźć do Bristol Parkway na pociąg; Intercity można dojechać do Londynu godzinę szybciej niż autostradą. Ale kiedy tamtego ranka zjawiłam się w rezydencji Buckle’a, okazało się, że chodzi o coś innego. Nawiasem mówiąc, zapowiadał się gorący dzień. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Filipińska pokojówka zaprowadziła mnie na tył domu, gdzie mój szef w słomkowym kapeluszu, wytartych, niebieskich szortach i lustrzankowych okularach leżał na szezlongu obok basenu. Jedynym świadectwem, że zajmuje się interesami, była komórka leżąca w zasięgu ręki na kamiennym tarasie. Pokazał ręką, żebym usiadła na metalowym krześle.

Pan Buckie był w nastroju równie słonecznym jak pogoda. Przeprosił, że wezwał mnie tak wcześnie, i poczęstował świeżym sokiem z grejpfrutów. Potem zapytał, czy syn zdał już egzamin do szkoły średniej.

Powiedziałam, że Mat będzie zdawał za rok, gdy skończy trzynaście lat.

– W takim razie, Dano – powiedział – dam ci radę. Niech teraz odpocznie od książek. Pozwól mu nacieszyć się latem.

Skinęłam głową. Mężczyźni zawsze dają mi rady, o które nie proszę, jakby męska solidarność wymagała, żeby Mat nie skończył jako maminsynek.

Pan Buckie ściszył głos.

– Powód, dla którego cię tu poprosiłem, jest poufny. – Żeby to podkreślić, przyłożył palec do ust. – Klejnoty rodzinne, rozumiesz?

Otworzyłam szeroko usta, co miało znaczyć, że rozumiem, ale na nic się jeszcze nie zgadzam.

– Nie mam zamiaru sprowadzać młodych dam ze ścieżki cnoty – powiedział z wilczym uśmiechem. Ironia polegała na tym, że rzeczywiście nie miał tego zamiaru. Charmian, tygrysica, z którą mieszkał, urwałaby mu jego klejnoty za jedno pożądliwe spojrzenie. Jasno mi to powiedziała, kiedy po raz pierwszy się spotkałyśmy.

– Moja propozycja jest niemal nieprzyzwoita – ciągnął pan Buckie. – Jesteś kierowcą Realbrew, ten mercedes to samochód Realbrew, ale prowadzę także inne interesy, o czym z pewnością wiesz. Prawdę mówiąc, chcę cię wynająć na cały dzień. W Southampton czeka na odbiór niewielka partia towaru. Wszyscy moi kierowcy są zajęci. Bądź aniołkiem i pomóż mi, dobrze? – Uniósł błagalnie wzrok, jak te pieski z gipsu, do których wrzuca się datki na schroniska dla zwierząt. – To bardzo pilne.

Zawahałam się. Gdyby po prostu wydał mi polecenie, nie miałabym wątpliwości. Sposób, w jaki prosił, wzbudził we mnie podejrzenia. Nie byłam pewna, czy we wszystkim, co robi, ściśle trzyma się prawa. Ostatnia rzecz, na jakiej mi zależało, to wplątać się w jakąś aferę.

– A o co właściwie chodzi? – zapytałam.

– O pluszowe misie.

Po chwili, bo nie byłam pewna, czy dobrze usłyszałam, powtórzyłam:

– Pluszowe misie?

– Osiemset pluszaków wyprodukowanych na Tajwanie. Mniej więcej tych rozmiarów. – Pokazał palcem wskazującym i kciukiem. – Niewiele ważą. Są w czterech kartonowych pudłach, które łatwo zmieszczą się do samochodu.

W głowie zapaliło mi się ostrzegawcze światełko. Mózg pracował na przyspieszonych obrotach, kiedy zastanawiałam się, co to może być. Doki w Southampton… zezwolenie na import… niebezpieczne zabawki… ukryte narkotyki…

– Papiery są w porządku – powiedział, jakby chcąc rozproszyć moje wątpliwości. – Po prostu pokażesz przepustkę, którą ci dam, zabierzesz misie z magazynu i przywieziesz tutaj. A raczej nie, nie tutaj. Na Whiteladies Road jest garaż. Dam ci klucz.

– Ale po co ten pośpiech, skoro chodzi tylko o partię misiów? – powiedziałam, starając się, żeby w moim głosie słychać było tylko ciekawość.

Rozłożył ręce, jakby to było oczywiste.

– Daj spokój, słyszałaś chyba o wielkim festynie charytatywnym w Longleat House. Piknik Misiów w tę sobotę. Są tam wszelkiego rodzaju pluszaki. Setki misiów. I oczywiście dzieci. Poproszono mnie, żebym dostarczył te małe misie na prezenty, i nie mogę zawieść dzieciaków.

– O. – Nagłe poczułam się bardzo głupio. A Stanley Buckie się uśmiechał.

***

Oczywiście, że zgodziłam się przywieźć towar.

Jechałam A36 w stronę Warminster, kiedy mnie zatrzymano. Wcześniej nie było problemów. Znalazłam magazyn w dokach Southampton, potwierdziłam odbiór i załadowałam cztery pudła na tył mercedesa. Przejechałam jakieś sześćdziesiąt pięć kilometrów drogi powrotnej i byłam już w Heytesbury, kiedy zauważyłam, że jedzie za mną czerwony samochód. Zjechałam w bok, ale oni nie chcieli wyprzedzać, trochę przydepnęłam gaz, bo nie lubię, żeby ktoś za mną jechał. Jakieś półtora kilometra dalej znów spojrzałam w lusterko i zobaczyłam niebieski sygnał rozbłyskujący na dachu tego wozu. Wcześniej go tam nie było. Dwaj mężczyźni, którzy jechali za mną, o ile zdążyłam zauważyć, nie nosili mundurów, ale błyskali reflektorami jak szaleni, więc zatrzymałam się w najbliższej zatoczce. Oni też.

Opuściłam szybę.

Jeden z nich stanął przy drzwiach i powiedział, że jest z policji. Trzymał identyfikator i wyglądał poważnie. Powiedział, żebym wyłączyła silnik i wyjęła kluczyki.

Posłuchałam go.

– Wie pani, że jechała pani ponad sto dwanaście kilometrów na godzinę?

– Nie zdawałam sobie z tego sprawy.

– Wie pani, jaka szybkość jest tutaj dozwolona?

– Na tym odcinku sto.

– Dokąd pani jedzie?

– Do Bristolu. Z Southampton.

– Służbowo?

– Tak. – Kiedy to powiedziałam, pomyślałam o pudłach w bagażniku.

Zapytał mnie o nazwisko i poprosił o dowód tożsamości. Potem zapytał, co to za interesy. Powiedziałam, że jestem kierowcą. W tym wszystkim była jakaś okropna nieuchronność. Poproszono mnie, żebym wysiadła z samochodu, a ja wiedziałam, że nie chodzi o badanie alkomatem.

Drugi mężczyzna wysiadł z czerwonego samochodu i podszedł do nas. Pokazał identyfikator. Był detektywem inspektorem.

– Czy bagażnik jest zamknięty?

– Tak sądzę.

– Proszę go otworzyć.

Zrobiłam, co kazał, i otworzyłam klapę.

Stały tam cztery pudła. Pomyślałam, że mój szef wyleguje się nad brzegiem basenu, a ja muszę przechodzić tę gehennę. Wiedziałam, że pan Buckie musi dostać po łapach. Może istnieje jakiś złodziejski honor, ale ja nic jestem złodziejem. I nie przewożę świadomie kontrabandy, jeśli w tych pudłach jest coś trefnego. Stracę pracę, ale to i tak lepsze, niż gdyby miano mi założyć kartotekę kryminalną.

– Co w tym jest? – zapytał jeden z policjantów.

– Pluszowe misie – odparłam, starając się nadać głosowi przekonywające brzmienie. Jeśli ma mi to ujść na sucho, muszę trzymać się historyjki, którą mi opowiedziano.

Wymienili spojrzenia.

– Mówi pani, że w jakiej firmie pani pracuje? – odezwał się pierwszy z nich.

– Nie pytał mnie pan. To Realbrew Ales Limited, ale poproszono mnie, żebym odebrała te misie. To osobista prośba mojego szefa.

– Osobista. Lubi misie, co? Powiedziałam o pikniku w Longleat.

– Chyba będziemy musieli rzucić okiem na te misie. Zechce pani otworzyć pudła?

– Nic są moje. Nie mam do tego prawa – powiedziałam, wijąc się jak piskorz.

Inspektor skinął głową.

– Może pani powiedzieć właścicielowi, że wylegitymowaliśmy się jako policjanci i poprosiliśmy panią o współpracę. Zakładam, że pani chce współpracować?

Wręczono mi scyzoryk. W głowie mi się kręciło. Nacięłam winylową taśmę, którą zaklejone było wieko.

– Proszę zdjąć opakowanie.

Podniosłam warstwę pianki i odetchnęłam z ulgą, bo zobaczyłam dwadzieścia pięć małych misiów leżących na polistyrenowej wyściółce.