Policjanci kazali mi wyjmować wszystkie warstwy misiów, aż obejrzeli całą zawartość pudła. Dwieście misiów. Potem poprosili, żebym otworzyła kolejne pudło. Protesty na nic by się zdały; najwyraźniej sądzili, że coś znajdą. Przy każdej warstwie czułam ten sam przypływ zdenerwowania, ale misie, rząd za rzędem, patrzyły na mnie niewinnie, aż sprawdzono cały ładunek.
Inspektor wziął jednego misia, obrócił go na wszystkie strony i dokładnie obejrzał. Obaj policjanci odeszli o kilka metrów i zaczęli rozmawiać. Widziałam, jak wykręcają misiowi głowę i kończyny. Inspektor potrząsnął nim przy uchu. Przytknął do nosa i powąchał. Wyglądałoby to śmiesznie, gdyby tak bardzo nie wystraszyły mnie ich podejrzenia.
Nie wiem, co postanowili, ale musieli mieć na to czyjąś zgodę, bo inspektor poszedł do samochodu i skorzystał z radiostacji.
Próbowałam zwalczyć niepokój, z powrotem załadowując pudła. Policjanci znowu podeszli do mnie. Inspektor podał mi misia.
– Ze względu na pani współpracę nie złożę meldunku, że przekroczyła pani obowiązującą szybkość, ale proszę to uznać za poważne ostrzeżenie. Ograniczenie prędkości służy ochronie pani i innych użytkowników drogi. – O misiach nic nie powiedział.
Wymamrotałam coś ze skruchą, jak należy. Obaj wrócili do samochodu i odjechali.
Pan Buckie nadal leżał nad brzegiem basenu, kiedy dojechałam do jego domu. Odwrócił leżak, żeby leżeć twarzą do słońca, jego skóra wyglądała tak, jakby miała go później boleć. Nie był sam. Siedziało tam dwóch innych facetów w średnim wieku. Mieli szorty i grali w karty pod parasolem przy basenie. Nie spojrzeli na mnie. Trzeci mężczyzna pływał, powolnymi ruchami zagarniając wodę. Musiałam spojrzeć na niego dwa razy, zanim dotarło do mnie, że jego długie, unoszące się na wodzie włosy nie są białe tylko jasnoblond. Popatrzył na mnie oceniającym wzrokiem, tak jak to robią mężczyźni. Widać nie byłam warta nawet skinienia głową.
Szef spał. Musiałam dwa razy zawołać go po nazwisku. Wtedy poruszył się i zapytał, która godzina.
Powiedziałam mu i zapytałam, czy moglibyśmy porozmawiać bez świadków. Odparł, że wobec tych ludzi nie ma tajemnic.
Opowiedziałam więc, co się stało na drodze.
Słuchał bardzo uważnie i nie przerywał ani nie robił uwag.
– Myślę, że mam prawo wiedzieć, o co tu chodzi – powiedziałam na koniec i było to raczej żądanie niż prośba.
Potarł się po karku.
– To dla mnie zagadka, Dano. Czy wspominali moje nazwisko?
– Nie.
– No wiesz, taką mają pracę. Popełnisz jakieś małe wykroczenie drogowe i zaraz wyciągają surowe konsekwencje. Sprawdzali stan opon i hamulce?
Pokręciłam głową.
– Czy nie wyrażam się jasno? Stan wozu ich nie interesował.
– No tak, jest prawie nowy. Pewnie to zobaczyli i chcieli cię złapać na czymś innym. Dobrze, że zachowałaś zimną krew, moja droga.
Nadal byłam pewna, że chce mnie spławić.
– Myślę, że dostali cynk. Wydawali się bardzo pewni siebie. Nie zrobiło to na nim wrażenia.
– Wątpię – powiedział stanowczo. – Taką mają mentalność. Widzą wielkiego, lśniącego mercedesa i wydaje im się, że trafili na trop jakiegoś przekrętu. Musisz się przyzwyczaić do takich rzeczy albo jeździć wolniej.
– Mówi pan jak jeden z nich.
Uśmiechnął się i zapytał, czy miałabym ochotę popływać. W razie czego znajdzie dla mnie dwuczęściowy kostium.
– Albo jednoczęściowy – dodał.
Znów bawił się w podrywacza. Prawdopodobnie Charmian wyszła na całe popołudnie.
Bąknęłam jakąś wymówkę i już miałam odejść, kiedy przypomniał sobie, że szukano mnie przez telefon. Czy mogłabym pilnie zadzwonić do centralki w jego biurze? Wręczył mi komórkę.
I w ten sposób dowiedziałam się, że mojego syna zabrano do szpitala.
Rozdział 2
Możecie sobie wyobrazić moje przerażenie. Anita, telefonistka w Realbrew przekazała mi to tak spokojnie, jak tylko potrafiła. Powiedziała, że Matthew zabrano na obserwację do szpitala Royal United, bo wpadł do rzeki. Kiedy dostaje się takie wiadomości o własnym synu, człowiek natychmiast zaczyna sobie roić najgorsze. Ludzie często specjalnie tak przedstawiają sprawy, żeby nas nie wystraszyć.
Z głową pełną najczarniejszych myśli gnałam samochodem do szpitala, ryzykując prawo jazdy i życie. Sprawy nigdy nie są tak proste, jak przedstawiają je inni. Matthew był moim jedynym dzieckiem, stanowił całą moją rodzinę. Zaparkowałam w zatoczce przed izbą przyjęć, podbiegłam do wejścia, głęboko zaczerpnęłam tchu, żeby się opanować, weszłam i powiedziałam, kim jestem.
Poznałam recepcjonistkę, ale ona odpowiedziała mi tylko sztucznym uśmiechem, obliczonym na złagodzenie stresu, i powiedziała, że Matthew bada doktor Murtah. Zapytałam, czy chłopiec odniósł jakieś obrażenia, a ona nie pocieszyła mnie, poprosiła tylko, żebym usiadła. Pamiętam, że odwróciła się, potem znów na mnie spojrzała i zapytała, czy już się spotkałyśmy.
Zabrakło mi energii, żeby przypomnieć jej, że pracuję dla Realbrewy i w ubiegłym tygodniu przywoziłam tu jednego z robotników, który złamał sobie rękę.
Usiadłam w pierwszym rzędzie krzeseł i zaczęłam pocierać ramiona. Dostałam gęsiej skórki, ale nie dlatego, że było tam zimno. Przecież to był lipiec. Często mówią o mnie, że zbyt poważnie podchodzę do życia. Faktycznie, nie bardzo lubię się śmiać; jak wam mówiłam, moje reakcje są powściągliwe, chyba że chodzi o najbliższych przyjaciół. Nie ma w tym nic złego. Każdy, kto zawodowo siada za kółkiem, ma powody, żeby resztę ludzkości uważać za wilki i wampiry.
Zaraz podszedł do mnie mężczyzna w białym fartuchu. Przedstawił się jako doktor Murtah i poprosił, żebym poszła za nim. Kiedy przeszliśmy przez drzwi obrotowe, powiedział oficjalnym tonem, często używanym przez Azjatów, że młody człowiek – to znaczy Mat – wyszedł obronną ręką z nieszczęśliwego wypadku. Ma powierzchowne zadrapania i skaleczony bok. Doktor Murtah pomyślał, że dobrze byłoby dać mu zastrzyk z penicyliny na wypadek infekcji.
Zapytał, czy Mat często bawi się nad rzeką, a ja szczerze powiedziałam, że nie miałam pojęcia, gdzie był. Domyślam się, że poszedł na wagary.
– Powiedział mi, że uczy się w Abbey Choir School.
– Tak. Nie mieszka w internacie.
– Nie chcę się wtrącać, ale to w sumie dobry chłopak i nie chcielibyśmy, żeby takie wypadki się powtarzały. Gdybym był na pani miejscu, poprosiłbym męża, żeby dał mu burę. Teraz bym go nie ganił. Przeżył bardzo przykry wstrząs fizyczny. Mimo to nie przepuściłbym małemu narwańcowi.
– Rozumiem. – Nie powiedziałam, że jestem rozwiedziona. – Dziękuję, że się pan nim zajął, doktorze.
Zaprosił mnie do boksu i zostawił z Matthew. „Mały narwaniec”, najwyraźniej zawstydzony, siedział na kozetce.
– Mamusiu. – Oczy mu błyszczały.
Podeszłam do niego i bez słowa potrzymałam w objęciach. Nie miałam zaufania do swoich poszarpanych emocji.
– Ja… – zaczął. Przytknęłam mu dłoń do ust.
– Później. Porozmawiamy o tym później. Nie tutaj.
– Pożyczyli mi ten szlafrok – powiedział. – Moje ubranie jest jeszcze mokre.
– Nie szkodzi – odparłam.
Weszła pielęgniarka i zapytała, czy mamy czym pojechać. Potwierdziłam, że tak. Powiedziała, że lepiej byłoby, gdyby w domu Mat nosił szlafrok i klapki, a ja obiecałam, że później je zwrócę.
Próbowałam myśleć o sprawach praktycznych. Schyliłam się, żeby pomóc Matthew włożyć klapki, ale on był pierwszy. Nie chciał, żeby mu matkowano. Kiedy wstał, przypomniałam sobie, że jest o dwa centymetry wyższy ode mnie. Dziwne, jak zmieniły się nasze stosunki, odkąd tak urósł. Łatwo o tym zapomnieć i nadal traktować nastolatki jak małe dzieci.