Выбрать главу

Kiedy przeszliśmy przez obrotowe drzwi, recepcjonistka wychyliła się do nas z formularzem w ręku i poprosiła, żebym go wypełniła. Powiedziała, że trzeba to zrobić i że nie zajmie to więcej niż minutę.

Chodziło o moje nazwisko, adres, datę urodzenia Matthew i nazwisko naszego lekarza domowego. Wypełniałam formularz i zaskoczyło mnie, że Matthew z kimś rozmawia. Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że stoi przy wózku z herbatą z tęgą dziewczyną o krótkich blond włosach, z wielkimi kolczykami. Nosiła niebieski, rozpięty lniany płaszczyk, czerwoną koszulę i białe dżinsy. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że prowadzi wózek z herbatą. Potem razem z Matthew odeszli od wózka i uświadomiłam sobie, że płaszczyk nie jest uniformem, tylko częścią jej ubrania.

Podeszłam do nich.

– Sądzę, że i pani by się napiła – powiedziała dziewczyna, a kiedy się uśmiechnęła, na policzkach pojawiły się dołeczki. – Usiądziemy na minutkę? Matthew, może tam dalej?

Przyszło mi do głowy, że może jest pracownikiem socjalnym w szpitalu. Wzięłam papierowy kubek.

– Dziękuję, my się chyba nie znamy.

– Być może słyszała pani moje nazwisko – podjęła. – Jestem Molly Abershaw.

Nie słyszałam. Nie znałam go i nigdy wcześniej jej nie spotkałam. Pomyślałam, że chyba trochę zadziera nosa.

– Wiem, że chcecie pojechać do domu – mówiła – i nie powinnam was zatrzymywać dłużej niż trzeba, żeby napić się herbaty Może chcesz herbatnika, Matthew? Zawsze zapominam o to zapytać. Sama muszę uważać na kalorie.

Powtarzam, co mniej więcej powiedziała, bo to dobrze charakteryzuje Molly Abershaw, a ona w wielkim stopniu wpłynęła na to, co się potem stało. Musieliście spotkać takich ludzi, tupeciarzy, którzy bezczelnie zaczepiają was, jakbyście byli ich starymi przyjaciółmi.

Matthew był wystarczająco rozsądny, żeby odmówić herbatnika.

– Cóż to za poruszająca historia – powiedziała Molly Abershaw. – Byłam w Bathford, kiedy do mnie zadzwoniono. Naprawdę dociskałam gaz do dechy na A4. Bałam się, żeby tego nie przepuścić. To takie ważne, zjawić się na miejscu pierwsza. Mój fotoreporter jest w drodze. Matthew, chcielibyśmy zrobić ci zdjęcie.

– Pani jest dziennikarką? – zapytałam i usłyszałam niechęć w swoim głosie.

– Nie mówiłam? Z „Evening Telegraph”. Nie ma mi pani tego za złe, prawda? Tak miło pisać o uratowanym życiu, kiedy ciągle ma się do czynienia z tragediami i nieszczęściami.

Powiedziałam jej szorstko, że nie chcemy trafić do gazet.

– Droga pani – zaprotestowała – to nieuchronne. Jeśli my tego nie opiszemy, zrobi to inna gazeta. To było wielkie wydarzenie. Nie przekłamiemy niczego, obiecuję. Po to rozmawiam z wami, żeby zweryfikować fakty. Proszę, odpowiedzcie na moje pytania.

– O co chodzi? – zapytałam, szukając miejsca, gdzie mogłabym odstawić herbatę. – Mnie tam nawet nie było. Wiem mniej niż pani.

Matthew przyszedł mi z pomocą.

– A ja niewiele pamiętam.

– Słuchajcie, nie chcę być natrętna, muszę tylko sprawdzić podstawowe fakty. Nie wiem nawet, czy pani nazwisko pisze się przez c.

– Nie – powiedziałam.

– To dziwne.

– Wolałabym o tym nie mówić.

Nie przyjęła tego za odmowę, włożyła rękę do torebki i wyjęła notatnik.

– No dobrze. Tylko podstawowe fakty. Ile masz lat, Matthew? Matthew spojrzał na mnie, czy ma odpowiedzieć, a ja kiwnęłam głową.

Głupio sobie tłumaczyłam, że w ten sposób się jej pozbędę, jak tylko zrobi parę notatek.

– Dwanaście.

– I bawiłeś się nad jazem Pulteney. Z kolegami?

– Tak.

– Ilu ich było?

– Dwóch.

– Jak się nazywają?

– Nie chcę, żeby mieli kłopoty.

– Dlaczego… popchnęli cię?

– Nie, sam wpadłem. Szedłem wzdłuż brzegu i przewróciłem się.

– O mało nie utonąłeś.

– Niewiele pamiętam. Wstałam.

– Wystarczy. Tyle mogliśmy pani pomóc. A teraz, jeśli pani pozwoli, pójdziemy już. Chcę zawieźć syna do domu.

– Ale nie zebrałam jeszcze materiału o akcji ratunkowej.

– Słyszała pani, co powiedział. Nic nie pamięta.

– Musisz pamiętać człowieka, który cię uratował, Matthew. Zobaczyłeś go, kiedy otworzyłeś oczy.

– Tak.

– Dowiedziałeś się, jak się nazywa?

– Nie. Miał ciemne włosy i wąsy.

– Jakie wąsy?

Matthew przytknął obie dłonie do twarzy i przejechał palcami spod nosa do kącików ust.

– Takie.

– Meksykańskie? Pokiwał głową.

– Nosił koszulę w paski i krawat.

– Czyli elegancko ubrany. Młody?

– Nie bardzo.

– W średnim wieku? Powyżej czterdziestki?

– Aż taki stary nie.

– Coś ci powiedział?

– Rozmawiał głównie z Piersem.

– Twoim kolegą ze szkoły? Matthew westchnął ciężko.

– Proszę nie podawać jego imienia. Powinniśmy wtedy być w szkole.

– A zatem byliście na wagarach? Musiałam się wtrącić.

– Nie sądzę, żeby to był temat dla gazety – powiedziałam. – Niech szkoła się tym zajmie, a jestem pewna, że się zajmie. Chodź, Mat. – Zrobiłam krok w kierunku drzwi.

– Szkoda, że nasz fotoreporter tu nie dotarł – powiedziała Molly Abershaw. – Nie mogę kazać państwu czekać.

– I nie będziemy czekać.

Wyszła z nami z izby przyjęć i zaproponowała, że nas podwiezie. Powiedziałam, że mamy własny transport.

Spojrzałam na szeregi wozów lśniących w słońcu, próbując sobie przypomnieć, gdzie zostawiłam czarnego, firmowego mercedesa. Taka byłam rozkojarzona, kiedy przyjechałam.

– Tam. – Matthew pokazał wóz palcem. Pani Abershaw nadal stała przy nas.

– Jeździ pani mercedesem?

– Moja mama jest kierowcą – powiedział Matthew.

– Tak – odparłam gorzkim tonem – niech pani to zapisze. Chce pani poznać przebieg?

– Wszyscy musimy zarabiać na życie. – Zabrzmiało to niemal jak przeprosiny.

Zawahałam się, kiedy zaczęła szukać kluczyków. Widzicie, ta uwaga mnie zmiękczyła. Uporczywość dziewczyny zirytowała mnie, ale głos wewnętrzny mówił mi, że to trudny zawód. Redakcja ją wysłała, żeby zebrała materiał do artykułu. Niewiele to się różniło od mojej pracy. Mój szef, Stanley Buckie, wysyłał mnie na spotkania z ważnymi klientami w Bath albo na stacjach kolejowych w Bristolu. Niektórzy z tych ważniaków byli bardzo nieprzyjemni.

– Przepraszam, to był straszny dzień.

– Czy Maxim, nasz fotoreporter, może przyjść jutro do państwa do domu, zrobić zdjęcie?

Wsiadłam do samochodu, wyjęłam wizytówkę i nabazgrałam na odwrocie nasz adres.

– Dziękuję pani – powiedziała. – Naprawdę dziękuję. Czy mąż będzie w domu?

– Jestem rozwiedziona.

– Tatuś gra w szachy w barwach Norwegii – oznajmił Matthew. Zamknęłam drzwi i zapaliłam silnik.

– Nie musiałeś nic mówić o swoim ojcu – powiedziałam, kiedy wyjechaliśmy poza teren szpitala.

– Ale to prawda. Jestem z niego dumny. Nie odezwałam się więcej.

Rozdział 3

Matthew nie poszedł do szkoły następnego dnia, nie dlatego że był chory. Pomyślałam, że należy mu się dzień odroczenia, zanim będzie się musiał stawić w gabinecie dyrektora. W dodatku był prawie koniec semestru. Znacie, oczywiście, Abbey Choir School. Jest tam prywatna szkoła podstawowa, do której uczęszcza Mat, i szkoła średnia dla chłopców powyżej trzynastego roku. Na trzynaste urodziny zdają egzamin. To będzie w lutym. Prymusi idą do najlepszych szkół prywatnych w kraju, ale większość po prostu zdaje do szkoły średniej. W broszurze podkreślane są tradycyjne wartości. Rodzice muszą podpisać zgodę na karcenie za złe zachowanie. Uważa się to za dobry sposób na wzbudzanie szacunku i lojalności i większość rodziców też chyba tak myśli. Wagary prowadzą nieuchronnie do cięgów.