Uczyłam się w zwyczajnym, wielkim ogólniaku i muszę przyznać, że metody szkoły prywatnej są dla mnie niezrozumiałe. Zadręczałam się myślami, czy mam prawo trzymać Matthew w takiej szkole. Ale trzy lata wcześniej, kiedy miał dziewięć lat, poprosiłam dyrektora, żeby go przyjął. To było wtedy, kiedy mój mąż Sverre mnie opuścił. Znalazłam się wtedy w życiowym dołku, myśl o samodzielnym wychowywaniu syna przerażała mnie. Przegrałam na całej linii w stosunkach z mężczyznami: z moim ożłopanym piwskiem ojcem, z braćmi, których uważałam i nadal uważam za rywali, z mężem, który rzucił mnie nie dla innej kobiety, ale dla szachów. Jakie więc miałam prawo, by wychować syna na mężczyznę?
Cóż, pomyślałam, że szkoła to męska instytucja i Matthew nauczy się żyć pośród innych mężczyzn, co pomoże mu pokonać trudności wieku dojrzewania. To jest uzasadnienie, a teraz on jest w chórze i w ogóle. Wątpię, czy go stamtąd ruszę. Pracowałam bardzo ciężko, żeby związać koniec z końcem i zapłacić czesne. Najpierwjako taksówkarz, a teraz jako kierowca w spółce.
Byłabym bardziej zadowolona, gdybym wierzyła w ten system. Uznaję Biblię, muzyka kościelna musi odgrywać istotną rolę w życiu szkoły z chórem, a i łacina też powinna być obowiązkowa. Ale dlaczego do wszystkiego innego podchodzą tak staromodnie? Na angielskim spędzają godziny na analizie gramatycznej zdań. Lista lektur kończy się na Dickensie. Pan od matematyki zakazuje używania kalkulatorów. Sport ogranicza się do prawidłowego trzymania kija od krykieta. Nie ma w tym radości. Nie trzeba być pedagogiem, żeby zauważyć, że za dużo tam wkuwania. A kary cielesne są okropne. Przynajmniej ja tak uważam.
O dziwo, Matthew nigdy nie prosił, żeby go przenieść do innej szkoły. Jedyna rzecz, która mu się nie podobała, to śpiewanie od czasu do czasu w soboty podczas ślubów w opactwie, bo traci część wolnego dnia. Poza tym prawie nie narzekał. Te wagary (w mojej szkole nazywano to prostacko zrywa i często to robiłam) to coś nowego, chyba że wcześniej sprytnie się maskował.
– Pan Fortescue był nieobecny, bo zasiadał w ławie przysięgłych, a naszą klasę wysłano do biblioteki. Postanowiliśmy we trzech pójść nad wodę. To wszystko – powiedział, nie odrywając wzroku od telewizora.
– Wybraliście sobie niebezpieczne miejsce na pływanie.
– Nie pływaliśmy. Włóczyliśmy się nad wodą.
– To też było niebezpieczne. Dlaczego właśnie ty wszedłeś na jaz? Dlaczego nie kto inny?
– Podpuścili mnie.
– Och, Mat!
Popatrzył na mnie, przejechał palcami po włosach i tonem, który zapowiadał coś ważnego, powiedział:
– Mamo…
– Tak? – Ostatnio przestałam być „mamusią”. Uznałam to za znak, że Mat chce wyglądać na bardziej dorosłego. W szpitalu zapomniał o tym, ale teraz znowu był młodym mężczyzną.
– Przepraszam, że sprawiłem kłopot. To się nie powtórzy.
Nie oczekiwałam przeprosin, chciałam po prostu nawiązać z nim kontakt.
– Nie ty jeden popełniasz głupstwa – odparłam. – Każdy to robi w pewnym okresie życia.
Gapił się na mnie zaskoczony.
– On też to powiedział.
– Kto?
– Ten fecet, który mnie wyciągnął. Powiedział prawie to samo, co ty. Użył słów „głupoty” czy „głupie rzeczy”. Że w pewnym okresie życia robimy głupie rzeczy. Czy coś podobnego.
Odparłam, że to pewnie miły człowiek. Szkoda, że nie wiemy, kto to jest, i nie możemy mu podziękować. A poza tym musiał zniszczyć sobie ubranie.
– To śmieszne, że mówisz to samo – powiedział Matthew.
– Pewnie tak.
– Powinniśmy się dowiedzieć, kim jest. Chciałbym się z nim spotkać jeszcze raz.
– Nie wiem, dokąd mógł pójść w mokrym ubraniu – mruknęłam. Może poszedł na postój taksówek przy opactwie. Jutro zapytam chłopaków, z którymi pracowałam.
Podkręciłam głośność w telewizorze. Wysiłek związany z rozmową o wypadku był za duży dla nas obojga.
Następnego dnia rano przywitano mnie serdecznie na postoju przy opactwie. Nie obyło się bez wyśmiewania mojego wypasionego mercedesa. Przy pierwszej okazji zapytałam o wczorajszy wypadek. Nikt nie pamiętał klienta w mokrym ubraniu, ale kilku kolegów miało poranne wydanie wieczornej gazety. Wręczono mi „Telegraph”. Na pierwszej stronie wyróżniało się zdjęcie Matthew i tytuł: „Skromny bohater ratuje chłopca”.
Przeczytałam reportaż Molly Abershaw i musiałam przyznać, że w ogólnych zarysach historia była opisana zgodnie z prawdą. Nie pamiętałam z lekka świętoszkowatych wypowiedzi, które mi przypisano, ale istota sprawy odpowiadała prawdzie. Razem z Matthew rzeczywiście chcielibyśmy znaleźć człowieka, który przyszedł z pomocą, i osobiście mu podziękować.
Oddałam gazetę i poprosiłam taksówkarzy, żeby dali mi znać, jeśli coś usłyszą.
Wizyta na postoju sprawiła, że spóźniłam się do pracy prawie czterdzieści minut. Na parkingu nadepnęłam mocno na hamulce na widok innego czarnego mercedesa, stojącego na miejscu przeznaczonym dla prezesa. Spółka miała dwa takie wozy, jeden ja prowadziłam, drugim jeździł wyłącznie pan Buckie. Coś podobnego! Szef rzadko pojawiał się w Bathford, a tak wcześnie nigdy tu nie bywał. Zanim jeszcze porozmawiałam z Simonem, szefem biura, wiedziałam, że pan Buckie zostawił wiadomość: chce się ze mną widzieć, gdy tylko zgłoszę się do pracy.
Stanley Buckie kupił kontrolny pakiet akcji Rcalbrew w 1988 roku, kiedy browar, po latach nieudolnego zarządzania, znajdował się na skraju bankructwa. Zainwestował mnóstwo pieniędzy w nowe hale i sprowadził nową ekipę menedżerów. Wyglądało na to, że udało mi się zapobiec upadkowi firmy.
Kiedy zaczęłam tam pracę, dowiedziałam się, że pan Stanley Buckie nie każdemu kojarzy się ze Świętym Mikołajem. Zwolnił połowę załogi, kiedy przejął firmę, a kilku ludzi odeszło w związku z różnymi kłopotami. Wezwanie do jego biura nie było dobrym sposobem na rozpoczęcie dnia.
Zapukałam do drzwi i weszłam, przygotowana na to, że będę okazywać skruchę. Jeśli trzeba, poproszę o litość, włożę wór pokutny, posypię głowę popiołem, wszystko… Ta praca była mi potrzebna. Nie mogłam sobie pozwolić na powrót do taksówki. Sprzedałam ją i wydałam pieniądze na kilkanaście niezbędnych rzeczy.
Bardzo mnie więc podniosło na duchu, kiedy pan Buckie uśmiechnął się, patrząc na mnie sponad okularów do czytania. Ubrany jak zwykle w garnitur w prążki, na pewno włoski i szalenie drogi, z czerwonym pączkiem róży w butonierce, jasno dawał do zrozumienia, kto tu rządzi. Obszedł biurko i wyglądało, jakby chciał mnie objąć.
Przemknęła mi przez głowę myśl, że to cena za spóźnienie. Będę się musiała z tym pogodzić. Z punktu widzenia powierzchowności nie był to kochanek moich marzeń: łysy i z zaczątkami brzuszka, umiejętnie skrywanymi sztuką krawiecką, ale sprawa nie musiała wyjść poza symboliczne przytulanki. Sięgnął ręką, złapał mnie za ramię i mocno przyciągnął do siebie. Potem, niespodziewanie, ścisnął gorącą ręką moją dłoń i potrząsnął nią.
– Gratulacje!
Moje zmieszanie musiało być aż nadto oczywiste.
– …z powodu szczęśliwego ocalenia twojego syna! – wyjaśnił. – Czytałem w gazecie. Cudowne! Zwróciłem uwagę na nazwisko, a to niepospolite nazwisko. Ale nie byłem całkiem pewien, dopóki nie znalazłem wzmianki o Realbrew.
A więc to mu się spodobało: darmowa reklama w miejscowych gazetach. Uratowana przez potęgę prasy!