Na ekranie zobaczyłam ciemnowłosego mężczyznę z wąsem, a potem kamera pokazała inny obraz, jakieś ogromne wnętrze z filarami i kandelabrami. Potem ukazała się młoda kobieta w niebieskiej spódnicy i zadała pytanie.
– Znowu go pokażą – powiedział Matthew.
– Kto to jest?
– Nie wiem. Dopiero włączyłem.
Kobieta na ekranie zadała kilka pytań dotyczących Jane Austen.
Znów pojawiła się twarz mężczyzny. Odpowiadał z pewnością siebie, cedził słowa tak, jakby był przyzwyczajony do wywiadów. W oku miał wesoły błysk, jakby cała ta sprawa wydawała mu się śmieszna.
– To on… z tymi wąsami – upierał się mój syn.
– Tysiące mężczyzn nosi takie wąsy.
– Wiem.
– To nie może być ten człowiek, kochanie.
– Dlaczego nie? To on.
– Dostrzegłeś go wśród wszystkich innych twarzy, które widujesz w telewizji? Ten program może być nadawany ze Szkocji. Skądkolwiek.
– Mamusiu, to kanał pierwszy, „Points West”. Jeśli przestaniesz gadać i zaczniesz słuchać, może poznamy jego nazwisko.
Mężczyzna na ekranie mówił:
„…w Perswazjach pisała o publicznych salach stanowiących tło dla tego, co opisała jako»elegancką głupotę prywatnych przyjęć«. Było w tym coś z kwaśnych winogron, jak sądzę. Te przyjęcia czy rauty, jak je nazywano, były jak na owe czasy zwariowanymi imprezami, wolnymi od zasad i konwencji rządzących w salach zgromadzeń. Liczba uczestników bali była niewielka. W jednym z listów Jane pisze, jak się uradowała, kiedy do sal przybyło kilka tuzinów ludzi więcej, po zakończeniu prywatnych przyjęć. Może pani ją sobie wyobrazić, jak siedzi i bębni palcami o poręcz fotela, czekając na rozwój wypadków?”
– Mówi o Bath – powiedziałam.
– A więc wzorce życia towarzyskiego ulegały zmianie? – zapytała dziennikarka. – Biedna Jane zmarnowała tutaj najlepsze lata.
– Tak, kiedy jej rodzina tu przybyła, Bath pod względem towarzyskim znajdowało się na równi pochyłej. Modnym miejscem stało się Brighton. Książę Walii wolał morski klimat, więc wszyscy, którzy się liczyli, zaczęli zjeżdżać do Brighton, a nie do Bath.
Dziennikarka odwróciła się do kamery.
– A sale zgromadzeń zaczęły być wykorzystywane w innych celach. Dziękuję panu, profesorze Jackman. Profesor Jackman organizuje tu we wrześniu wystawę Jane Austen w Bath. Powiedzmy teraz o salach w czasach nam bliższych…
Matthew ściszył telewizor.
– Widzisz? To on – powiedział radośnie. – Nazywa się Jackman.
– Ale ten człowiek jest profesorem.
– No to co? To on mnie wyciągnął z wody. Mamo musimy mu podziękować, jak należy.
– Wyjdziemy na idiotów, jeśli się pomyliłeś.
– Nie pomyliłem się.
– Mat, bardzo łatwo się pomylić. Ludzie inaczej wyglądają w telewizji.
– On nie. – Zacisnął wyzywająco usta. – Nie chcesz go odszukać? Zawahałam się. To mogło się stać powodem zadrażnień między nami.
Ale łatwo było temu zapobiec.
– Oczywiście, że chciałabym go odszukać, o ile to jest ten człowiek, ale musiałbyś mu się dobrze przyjrzeć, zanim do niego podejdziemy, nie tylko w telewizji. Ciekawe, czy jest w książce telefonicznej.
Matthew poszedł, żeby ją przynieść.
Moje wszystkie podejrzenia co do partii misiów rozproszyły się w sobotę rano. Pan Buckie poprosi mnie, żebym zawiozła misie do namiotu Instytutu Kobiet na terenach Longleat House, na piknik pluszowych misiów. Dzikie pomysły, które lęgły mi się po nocy w głowie, że niektóre misie wypchane są heroiną albo diamentami, wyglądały teraz idiotycznie. A szef wyglądał na zadowolonego z siebie.
Nie skończył jeszcze ze mną.
– Młoda damo, ciągle czytam o tobie w gazetach. Widziałaś wieczorny „Telegraph”? – Wręczył mi egzemplarz.
– Czwarta strona.
Otworzyłam gazetę i zobaczyłam zdjęcie, na którym obejmuję Matthew ramieniem. Tytuł brzmiał „Pomóżcie nam znaleźć bohatera”.
– Dobre! – powiedziałam i nie czytałam dalej.
– Mam nadzieję, że ten facet wkrótce się odnajdzie – zauważył pan Buckie.
– Dziękuję.
– Jeśli nie odnajdzie się, powiedzmy, do początku przyszłego tygodnia, zaproponuję nagrodę w wysokości stu funtów każdemu, kto potrafi go wskazać.
Z trudem przełknęłam ślinę. Pomysł nie podobał mi się ani trochę. Być może szef w ten sposób chciał mi zrekompensować kłopoty z policją i misiami.
– To bardzo szlachetne – powiedziałam tak, żeby pokazać, że doceniam pomysł, ale nie podchodzę do niego zbyt entuzjastycznie.
Takie subtelności w ogóle do niego nie dotarły.
– Ale gdzież tam – żachnął się. – Tego rodzaju gest nie odbije się ujemnie na finansach firmy.
– Nie wiem tylko, czy taka nagroda jest na miejscu. Nagrody daje się za informacje o napadach na banki i włamaniach.
– A także zaginionych pieskach i kotkach. Nie widzę problemu.
Nie kwestionowałam jego sposobu myślenia. Powiedziałam coś innego.
– Proszę nie myśleć, że nie jestem panu wdzięczna. Po prostu nie chcę, żeby ten człowiek poczuł się zaszczuty. Może chciał pozostać anonimowy. Ma prawo do prywatności.
– Słusznie – przyznał. – Kto wie, może miał powód, żeby tamtego dnia nic być w Bath.
– Właśnie.
– Od czasu do czasu wszyscy mamy ochotę urwać się ze smyczy, zgodzisz się, Dano?
– W moim wypadku to nie wchodzi w grę. Ale doceniam pańską ofertę. Mam na myśli nagrodę. – I wyszłam zrobić, co do mnie należało.
Kiedy odbierałam cztery pudła z magazynu, sprawdziłam, czy nikt przy nich nie gmerał, odkąd je tam zostawiłam. Żeby zyskać całkowitą pewność, zajrzałam, czy wszystkie osiemset misiów jest na miejscu. Potem pojechałam do Longleat i przekazałam je Instytutowi Kobiet, żeby rozdano je dzieciom. Skończyłam przed wpół do jedenastej.
Skoro udało mi się osiągnąć tak dobry czas, uznałam, że mogę sobie pozwolić na urwanie się ze smyczy – chociaż niezupełnie tak, jak to sobie wyobrażał Stanley Buckie – i dotrzymać obietnicy, którą dałam Matthew. Zabrałam go z domu i pojechaliśmy do Bathwick Hill w poszukiwaniu John Brydon House. Właścicielem, według książki telefonicznej, był jedyny G. Jackman mieszkający w Bath. Mgliście przypominałam sobie, że przejeżdżałam obok tego domu kilka razy, ale nie chciałam się teraz zdawać wyłącznie na swoją pamięć.
– Niczego nie obiecuję – powiedziałam do Matthew. – Znajdziemy dom, zaparkujemy gdzieś w pobliżu i zobaczymy, czy on tam jest.
– A jeśli nie wyjdzie?
– Będziemy musieli wymyślić coś innego.
– Na przykład zapukać do drzwi?
– Mat, przestań. Powiedziałam ci, że niczego nie obiecuję.
Ale istotnie, miał rację. Należało wejść do domu. Siedzenie tego człowieka bez jego wiedzy było podstępne, ale miałam świadomość tego, że nie bardzo można polegać na moim synu. Fantazjował. Odkąd zaczął wypowiadać dłuższe zdania, zaludnił ulice Bath chochlikami, kosmitami, gwiazdami popu i postaciami z seriali. Chociaż ostatnio był bardziej powściągliwy z tymi zwidami, i tak uważałam, że oszczędzimy sobie wstydu, jeśli obejrzy profesora Jackmana z bezpiecznej odległości, zanim spróbujemy mu się przedstawić. Byłam przekonana, że Mat będzie musiał przyznać się do pomyłki.
Skręciliśmy w lewo i jechaliśmy powoli przez kilka minut, wypatrując nazw domów. Wkrótce ulica nabrała wiejskiego wyglądu, bo zwiększyły się odległości między parcelami. John Brydon House stał po prawej. Matthew zauważył nazwę na słupku chwilę przede mną.
Przejechałam mercedesem jakieś pięćdziesiąt metrów dalej i zatrzymałam się w miejscu, z którego nie było widać cofniętego od drogi domu. Szare ściany były ciemniejsze niż miejscowy wapień i mocno obrośnięte bluszczem. Nie był ani w stylu georgiańskim, ani nowoczesnym; domyślałam się, że to styl wiktoriański albo edwardiański. Brązowe volvo stało na szerokim, półkolistym podjeździe.