Выбрать главу

– Wielkie rzeczy! – powiedział Mat. Ale udało nam się sporządzić listę byłych mieszkańców i gości. Na tej liście znaleźli się John Wood, Tobias Smollett, Josiah Wedgwood, Jane Austen i William Friese-Green. Matthew spisał te nazwiska i oświadczył, że o żadnym z nich nie słyszał.

– Musisz się czegoś o nich dowiedzieć. Taki jest cel tego ćwiczenia – tłumaczyłam, próbując wykrzesać z niego trochę entuzjazmu. – Pójdziemy teraz do księgozbioru podręcznego i pokażę ci, gdzie szukać.

Zostawiłam go, gdy robił notatki ze słownika biograficznego, i poszłam wykupić nowy bilet parkingowy. Obok samochodu czekała wielka znajoma, niezbyt mile widziana osoba.

Molly Abershaw oznajmiła, że to chłopaki z postoju zauważyły mój wóz. Mówili, że pewnie niedługo będę wracać. Tego dnia była w kolorowym poncho, które prawdopodobnie kupiła w sklepiku z wyrobami rzemiosła latynoamerykańskiego.

– Pomyślałam, że chciałaby pani dostać świeży egzemplarz. – Wręczyła mi „Evening Telegraph”.

Reportaż nosił tytuł „Profesor idzie na ratunek”. Przeczytałam go szybko. Było jasne, że razem z Matem moglibyśmy oszczędzić sobie kłopotów, gdybyśmy usiedli przy telefonie, zamiast zaglądać przez mur John Brydon House. Potwierdzono, że to profesor Jackman był bohaterem znad jazu Pulteney.

Molly Abershaw się rozpromieniła.

– Muszę przyznać, że jestem bardzo z tego zadowolona. Ten reportaż jest mój od samego początku. To naprawdę daje satysfakcję, kiedy można wszystko prześledzić krok po kroku.

– Rozmawiała pani osobiście z profesorem?

– Tak, Mat dał mi namiary. To inteligentny chłopak.

– Ma pani na myśli Mata?

Molly Abershaw zatrzęsła się ze śmiechu.

– Obu, ale mówiłam o Matcie. – Ze sposobu, w jaki się uśmiechała, jasno było widać, że chowa coś w zanadrzu.

– Pozwoli pani, że porozmawiam z Matem?

– A mam wyjście? – odparłam realistycznie. Nie chciałam się spierać. – Odbiera telefony pod moją nieobecność.

– I jest bardzo zdolny. Większość dzieci w jego wieku odpowiada monosylabami. Jestem pewna, że to zasługa szkoły.

– Być może. – Byłam czujna. Nie chciałam, żeby w gazecie znów wspomniano szkołę. Mat też by tego nie chciał.

– Muszę zapytać, czy chce pani spotkać się z profesorem Jackmanem, żeby mu podziękować osobiście?

I teraz Mat wypaplałby wszystko o incydencie przy John Brydon House. Ale dzięki panu Fortescue i pracy domowej z historii prasa nie dostała sensacyjnej historyjki.

– Z pewnością znajdziemy jakiś sposób, żeby wyrazić wdzięczność – odparłam, starannie dobierając słowa.

– Mogę zaaranżować spotkanie.

– To chyba nie będzie potrzebne – rzuciłam szybko.

– Nie chce się pani z nim spotkać?

– Chcę, ale… – zaczęłam mięknąć.

– Uścisnąć mu dłoń i w ogóle?

– Chyba tak.

– Jutro będzie w księgarni Waterstone’s. Ted Hughes podpisuje tam swoje wiersze, wszyscy miejscowi intelektualiści zostali zaproszeni.

– Prawdopodobnie mnie nie wpuszczą.

– Dlaczego? Spotkanie jest otwarte dla wszystkich. Na tym polegają takie imprezy. Chodzi o sprzedaż książek. Może pani z Matem podejść cicho do profesora i porozmawiać z nim spokojnie przy herbacie. To znacznie łatwiejsze niż telefonowanie do niego do domu czy wizyta na uniwersytecie.

Zawahałam się. Rzeczywiście, to wydawało się najmniej kłopotliwe.

– I Mat nie będzie musiał zwalniać się ze szkoły – dodała Molly Abershaw.

– W niedzielę śpiewa na mszy.

– Po południu?

Przyznałam, że nie znajdzie się chyba lepsza okazja, żeby wyrazić wdzięczność profesorowi. A że jestem próżną istotą, od razu zaczęłam się zastanawiać, w co się ubrać.

– Pewnie się tam spotkamy – dodała Molly Abershaw.

Rozdział 5

W niedzielę w porze lunchu w księgarni Waterstone’s kłębiło się od ludzi, którzy chcieli zobaczyć poetę albo dostać jego autograf. Razem z Matem staliśmy z boku, na względnie spokojnej przestrzeni między fantastyką a powieściami detektywistycznymi. Wypatrywaliśmy innego ważnego człowieka.

Mat, mimo protestów, włożył szkolną marynarkę w czerwone i białe paski, szare spodnie, białą koszulę i krawat. Powiedziałam mu, że przy takiej okazji nie może się pojawić w swoim zwyczajnym, niedzielnym stroju – podkoszulce i dżinsach, które chórzyści noszą pod sutannami podczas mszy w opactwie. Gderał, że gdyby zobaczyli go koledzy z klasy, jak idzie Milsom Street w mundurku szkolnym, przy najbliższym spotkaniu zamieniliby mu życie w piekło. Powiedziałam mu, że moi koledzy taksówkarze też by mnie skrytykowali, gdyby zobaczyli mnie w spódnicy.

– To on! – powiedział nagle Matthew.

– Gdzie?

– W tej grupce, z tyłu, przy książkach.

– Książki są wszędzie wokół nas.

– Pod ścianą, pod napisem „Beletrystyka”, przed kobietą w zielonym kapeluszu. Stoi z wysokim czarnym i łysym z muszką.

– Czy to on? – zapytałam. – Wydawało mi się, że jest wyższy, kiedy widziałam go w telewizji.

– To na pewno on – upierał się Matthew. – I jest wysoki.

– No tak, jest. Rzeczywiście, podobny. Masz rację.

Profesor Jackman z ożywieniem rozmawiał z ludźmi, którzy przy nim stali. Z czarnym wąsikiem, rozbieganymi oczami i gestykulacją, podkreślającą to, co mówił, wyglądał raczej na gondoliera targującego się o zapłatę niż na naukowca. Najwyraźniej był człowiekiem komunikatywnym. Bez wątpienia warto chodzić na jego wykłady. Złapałam się na tym, że chcę podejść bliżej, żeby usłyszeć, co mówi. Ale paraliżowała mnie perspektywa przerwania mu, żeby przedstawić syna. Nie byłam w stanie przewidzieć jego reakcji.

Matthew też wzdragał się przed wykorzystaniem okazji, kiedy wreszcie się nadarzyła.

– Włosy mu teraz bardziej sterczą niż wtedy, kiedy go widziałem – powiedział. Najwyraźniej chciał zyskać na czasie. – Ale wtedy były mokre. I nie nosił marynarki.

– Jest szyta na miarę, tak myślę – mruknęłam. – Musi mu być gorąco.

– Mnie też.

– Tam stoi pani, która rozlewa sok pomarańczowy – powiedziałam. – Może sprawdzimy, czy każdy może się napić?

Ledwie zrobiliśmy kilka kroków, poczułam, jak ktoś łapie mnie za ramię. Zrobiło się cieplej, gdy usłyszałam brzęk biżuterii. Molly Abershaw znalazła nas.

– Idziecie w złym kierunku, kochani. On jest tam. Ależ ty elegancko wyglądasz, Mat. Chodźcie, przedstawię was.

Przepchnęła się przez salę. Szliśmy za nią z Matem jak piechota za czołgiem. Grupka skupiona wokół profesora nadal z uwagą słuchała jego słów.

– Profesor Jackman?

– Tak? – Odwrócił się z uniesionymi brwiami, bo przerwano mu w pół słowa.

– Nazywam się Molly Abershaw. Wczoraj rano rozmawialiśmy przez telefon. Jestem z „Evening Telegraph”.

Zacisnął szczęki.

– Wydawało mi się, że ustaliliśmy, proszę pani, iż nie mam prasie nic więcej do powiedzenia.

Czołg zatrzymał się dosłownie, ale w przenośni brnął dalej.

– Spokojnie, panie profesorze. Nie proszę o wypowiedź. Chcę tylko panu kogoś przedstawić. To raczej spotkanie starych znajomych niż przedstawianie obcych ludzi. Pamięta pan małego Matthew? – Położyła rękę na ramieniu Mata, jakby mogły być jakieś trudności z rozpoznaniem go.

– Mat, powiedz to, co masz do powiedzenia.

Zanim Matthew zdążył otworzyć usta, profesor Jackman rzucił lakonicznie.