– Archiwum Wiltshire to musi być w Trowbridge – wtrącił flegmatycznie Wigfull, według Diamonda tylko po to, żeby popisać się erudycją, ale przy okazji zepsuł nastrój.
Na szczęście pani Didrikson była zbyt podniecona wspomnieniami tamtych wydarzeń, żeby przerwać. Opowiedziała, jak przy pierwszej nadarzającej się okazji wybrała się do Trowbridge i złożyła zamówienie na te dokumenty.
– Szczerze mówiąc, przeżyłam rozczarowanie, kiedy je przede mną położono. List został napisany przez kogoś o nazwisku John Leigh Perrot i kiedy w końcu udało mi się odcyfrować jego pismo, nie znalazłam tam niczego interesującego. Protokoły z procesu były bardzo nudne. Porozmawiałam z pomocnikiem archiwalnym, czy aby nie ma czegoś o ciotce Jane. Przejrzał, ale nic nie znalazł. Już miałam dać za wygraną, kiedy wszedł ktoś wyżej postawiony, archiwistka, jak sądzę, i zapytała, kogo szukam. Sama przejrzała dokumenty, które zamówiłam. Powiedziała, że jeden z jej kolegów tym się zajmuje. Krótko mówiąc, zadzwoniła, a tamta osoba potwierdziła, że mniej więcej w latach sześćdziesiątych ktoś zaproponował archiwum sprzedaż sporej paczki listów rodziny Leigh Perrot. Zakupili tylko wybór. Sprzedawca nie miał pojęcia o tym, że listy mają związek z Jane Austen. Dysponują nazwiskiem człowieka, który zaoferował sprzedaż listów. To kapitan Crandley-Jones z Devizes.
– I pani go odszukała?
– Nie od razu. Zajęło mi to więcej czasu, niż się spodziewałam. Nie było go w książce telefonicznej.
– Profesor Jackman nie wiedział, że jest pani na tropie listów? Pokręciła głową.
– Nie powiedziałam mu ani słowa. Mogło z tego nic nie wyjść.
– Potem skontaktowała się pani z tym człowiekiem z Devizes?
– Z jego zięciem. Kapitan zmarł, ale podano mi adres wykonawcy jego testamentu, zięcia, który mieszkał na wyspie Wight. Napisałam do niego i przez dwa tygodnie czekałam na odpowiedź. Myślałam, że sprawa skończona, a do otwarcia wystawy zostało zaledwie kilka dni. Wreszcie pewnego wieczoru, w pierwszym tygodniu września, zatelefonował do mnie. Powiedział, że przeglądał papiery kapitana i znalazł kwit poświadczający sprzedaż zbioru sześćdziesięciu trzech listów rodziny Perrot. Sześćdziesięciu trzech! Nabywcą był filatelista z Crewkerne o nazwisku Middlemiss. Kupił całość w 1979 roku za sto pięćdziesiąt funtów. Pojechałam tam następnego dnia i tym razem miałam szczęście… więcej szczęścia, niż mogłam sobie wymarzyć. Pan Middlemiss nadal mieszkał pod tym samym adresem i nadal miał większość listów Perrotów. Kupił je, bo na niektórych były wczesne znaczki pocztowe, które, jak sądzę, sprzedał z niezłym zyskiem. Resztę włożył do pudła i od tamtego czasu ich nie ruszał. Wyciągnął pudło i pozwolił mi przejrzeć zawartość. – Pani Didrikson na chwilę zacisnęła powieki. – Nie umiem opowiedzieć, jak bardzo byłam podniecona, kiedy przeglądałam te pokryte kurzem, stare listy. Przechodziły przez wiele rąk i obejmowały chyba okres osiemdziesięciu lat. W niektórych wycięte były kwadraty, tam, gdzie naklejono znaczki pocztowe. Na szczęście te, które mnie interesowały, zostały napisane, zanim wprowadzono znaczki, a nie pamiętam, kiedy je wprowadzono.
Wigfull, jak prymus klasowy, podpowiedział datę: 1840. Ale Dana Didrikson zbyt pochłonięta była opowieścią, żeby to zauważyć.
– Wyobraźcie sobie, jak się czułam, kiedy znalazłam dwa krótkie listy z 1800 roku, zaadresowane do pani Jamesowej Leigh Perrot, w domu strażnika, wwiezieniu Ilchester, podpisane: „Twoja kochająca siostrzenica Jane”. Znalazłam żyłę złota.
– Czy Middlemiss zdawał sobie sprawę z ich znaczenia? – zapytał Diamond.
– Obawiam się, że mu nie powiedziałam.
– Nieładnie.
Wzięła to za poważną naganę.
– Nie byłabym w stanie pozwolić sobie na cenę, której by zażądał. A tak chciał za nie trzydzieści funtów, bo myślał, że prowadzę badania historii mojej rodziny. Zapłaciłam gotówką i wyszłam. Czy to nieuczciwe?
– Nie, to czysta gra – powiedział Diamond. – Pierwsza zasada wolnego rynku: przedmiot nie jest wart ani więcej, ani mniej, niż nabywca jest gotów zapłacić. Stawiał swoją wiedzę przeciwko pani wiedzy. Pani była dość mądra, żeby wiedzieć, że to jest coś warte, a on nie. Byłaby pani głupia, gdyby go pani oświeciła. Może pani spać spokojnie, tyle że mogła pani zbić cenę do dwudziestu pięciu funtów. Zwykle są gotowi się targować.
– Wiem, ale nie mogłam już wytrzymać napięcia.
– I szybko pani wyszła.
– I pojechałam do domu, wyobrażając sobie chwilę, kiedy wręczę je Gregowi.
– Nadal pozostała pani z nim w kontakcie?
Pani Didrikson zawahała się, chwyciła za brzeg stołu obiema rękami i odchyliła się do tyłu, jakby wyczuła w pytaniu pułapkę.
– Widziałam go kilka razy, kiedy zabierał mojego syna na pływalnię.
– I na krykieta, i na święto balonów – podpowiedział jej Wigfull z subtelnością młota kowalskiego.
To dało efekt.
– Wygląda na to, że wszystko już wiecie – powiedziała ozięble. Po nieprzyjemnej przerwie Wigfull spróbował naprawić szkodę.
– Chodzi mi o to, że profesor poświęcał swój czas, żeby być miły dla pani syna.
– No, tak – przyznała.
– Co dawało pani kolejny powód, żeby ofiarować mu listy Jane Austen.
– Kiedy je pani przekazała? – zapytał Diamond – Tego samego wieczoru?
Znów zrobiła przerwę przed udzieleniem odpowiedzi. Potok słów skończył się, a Diamond wiedział, kog o ma o to winie.
– Nie – odparła w końcu. – Kilka dni później.
– W przeddzień wystawy, jak słyszałem – powiedział Diamond. – Dlaczego tak późno?
W sposobie, w jaki odrzuciła ręką włosy, objawiło się jeszcze większe skrępowanie.
– Bo, hm… Kiedy wróciłam z Crewkerne, miałam… obrzydliwą scenę z Geraldine Jackman. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu zastałam ją u siebie w domu, siedziała w saloniku i piła kawę.
– Sama?
– Nie. Było tak: kiedy Mat pływał z Gregiem w Claverton, ktoś zadzwonił do domu Jackmanów z Chawton, to domek w Hampshire, w którym zorganizowano muzeum Jane Austen, i powiedział, że Greg uzyskał zezwolenie na wypożyczenie kilku dodatkowych eksponatów na wystawę. Aż się palił, żeby zaraz pojechać do Chawton i poprosił Geraldine, żeby podwiozła Matthew do domu swoim samochodem, co też uczyniła. Mat uznał, że byłoby uprzejmie zaprosić ją na kawę, a ona natychmiast się zgodziła. Tak ich zastałam. Nie jestem w stanie zrozumieć, skąd wziął się ten złośliwy i zupełnie niesprowokowany atak. Rzuciła się na mnie w chwili, kiedy weszłam do własnego saloniku.
Diamond błyskawicznie wymienił spojrzenia z Wigfullem, żeby przypadkiem znowu jej nie przerwał.
– Chodzi o atak fizyczny?
– Nie, nie uderzyła mnie, ale natarła tak mocno, że odczułam to prawie fizycznie. Właściwie wtedy spotkałyśmy się po raz pierwszy, rozumie pan. Kilka tygodni wcześniej rozmawiałyśmy telefonicznie, kiedy zapraszała mnie na swoje przyjęcie i wydawała się bardzo miłą osobą. Nie byłam w stanie uwierzyć, że to ta sama kobieta. Prawdę mówiąc, przez chwilę nie wiedziałam, z kim mam do czynienia. Po prostu obrzuciła mnie obelgami.
– Jakimi obelgami?
– Muszę to powtarzać?
– Bardzo proszę, wszystko, co pani sobie przypomni.
Dana Didrikson znów zaczęła bawić się włosami, spojrzała na kubek z kawą i powiedziała cicho.
– Zaczęła od tego, że zapytała, czy sądzę, że kogoś nabiorę, jeżdżąc sobie mercedesem, skoro i tak wiadomo, że jestem miejską rikszą.