– Geraldine? Pokiwała głową.
– Byłam pewna, że schowała je gdzieś w domu. – Powiedziała to nieco głośniej, oczy znów zaczęły spoglądać inteligentnie. – To oczywiste, że je zabrała.
– Skąd pani wiedziała, że zaginęły? – zapytał Wigfull.
– Wcześnie rano zadzwonił do mnie Greg, około wpół do ósmej. Myślał, że zabrał je doktor Junker. Pojechał za nim pociągiem do Londynu.
– Ale dlaczego miałby pani o tym mówić?
– Był pewien, że Geraldine zadzwoni do mnie, tylko po to, żeby zatriumfować. Nie chciał, żebym usłyszała to od niej.
Diamond uznał, że wyjaśnienie jest prawdopodobne. Zgadzało się z podejrzeniami, jakie Jackman żywił wobec żony.
– I Geraldine zadzwoniła?
– Nie. – Pochyliła się do przodu, ciemne oczy znów zrobiły się twarde. – Co jeszcze bardziej mnie przekonywało, że ma te listy. Greg się mylił, ja nie: ona je miała. – Powiedziała „ona” z nieskrywaną pogardą, z pełnej pasji nienawiścią, której nie wymazało zabójstwo. Nienawiść między tymi kobietami musiała przybrać większe, znacznie większe rozmiary niż usprawiedliwiałyby to opisane do tej pory fakty.
Diamond wiedział, że może zboczyć z głównej linii przesłuchania i tym razem trzymał się relacji z tego, co stało się w ów fatalny poniedziałek.
– Co pani postanowiła z tym zrobić?
– Z początku nic. Odczekałam kilka godzin, wreszcie dotarło do mnie, że jest łajdaczką. Byłam tak zdenerwowana, że zadzwoniłam do szefa i pod byle jakim pretekstem wzięłam sobie zwolnienie. Około wpół do dziewiątej zawiozłam Matthew do szkoły i zrobiłam zakupy w Bath. Wypiłam kawę w jednym z barów przy stacji autobusowej i zaczęłam myśleć. Kiedy tak siedziałam, przypomniałam sobie coś, co powiedziała Geraldine, kiedy wręczałam listy Gregowi. Ze to śmiecie. Stare, zbutwiałe szpargały bez literackiej wartości.
To zdanie, przypomniał sobie Diamond, usłyszeli w prawie tym samym brzmieniu od doktora Junkera. Dana Didrikson wcześniej o tym nie mówiła.
– Musicie zrozumieć, jaka przerażająca myśl powstała mi w głowie. – szukała na ich twarzach współczucia. – Bez zastanowienia zniszczyłaby te cenne listy. Przyłożyłaby do nich zapałkę, żeby tylko nie powiedzieć Gregowi, że je schowała ze złośliwości. Tylko ja mogłam ją powstrzymać. To, żeby ją powstrzymać było ważniejsze niż obawy przed ponowną scysją.
– I pojechała pani do Brydon House?
– Tak.
– O której godzinie?
– Kiedy tam dotarłam? Chyba około wpół do dwunastej. Może troszkę wcześniej. Zadzwoniłam do drzwi. Nikt nie odpowiadał, więc przyjęłam, że wyszła. Obeszłam dom, żeby zobaczyć, czy drzwi nie są otwarte. I były. Te od tyłu. – Przerwała i zapatrzyła się na grzbiet swojej lewej dłoni, jakby zbyt męczące wspomnienie nie pozwalało jej mówić dalej.
– Weszła pani? – nalegał Diamond.
– Tak.
– No i?
– Zawołałam. Zawołałam ją parę razy po nazwisku. Nie otrzymałam odpowiedzi. Postanowiłam szukać listów sama.
– Proszę mówić dalej.
– Zaczęłam od sypialni. Gdybym była na jej miejscu, tam bym je schowała. Weszłam na schody i jeszcze raz ją zawołałam, na wypadek gdyby wcześniej nie słyszała. Znalazłam ich sypialnię i zajrzałam do środka. Była tam.
– Co?
– W łóżku. Była w łóżku. Diamond nie spuszczał z niej wzroku.
Wyglądało to tak, jakby Dana Didrikson nie potrafiła wydusić z siebie, że Geraldine leżała martwa, ale widać to było po sposobie, w jaki to powiedziała. To właśnie chciała przekazać.
Diamond zareagował z początku tak, jakby była to kolejna próba przerwania przesłuchania. Nie uwierzył.
Najwyraźniej Wigfull też.
– Mówi pani poważnie?
– Mówię, co widziałam – odparła. Zdjęła dłonie ze stołu, ale pod blatem ścisnęła je tak mocno, że głowa i ramiona zadrżały.
– Muszę prosić – powiedział Diamond – żeby zeznała pani jasno do protokołu. Powiedziała pani, że leżała na łóżku.
– Tak.
– I…?
– Była martwa – wyszeptała.
– Jest pani pewna?
– Nie wymyśliłam sobie tego.
– Niech pani opisze, co pani zobaczyła. Głęboko zaczerpnęła powietrza.
– Leżała twarzą do góry. Oczy miała otwarte, jakby gapiła się na sufit. Wreszcie… wreszcie zobaczyłam, że są nieruchome. Jej twarz miała koszmarny kolor, jakby nałożyła maseczkę kosmetyczną. Wargi miała niebieskie.
Zsinienie, szczególnie warg i uszu, to znaki asfiksji.
– Dotykała jej pani, szukała pulsu, czy coś takiego?
– Nie. Była martwa. To oczywiste.
Zmusili ją do szczegółowego opisania tej sceny, jakby akceptowali każde jej słowo. Diamond ustalił podstawowe zasady: sprawdzą fakty, które im podała. Metoda polegała na tym, że nakłonią ją do mówienia i stłumią sceptycyzm do chwili, gdy nadarzy się okazja.
Ciało, powiedziała, leżało wzdłuż łóżka, przekrwiona, posiniała twarz i rozrzucone kasztanowe włosy z jednej strony, część pod poduszką, która leżała obok jej głowy, tam, gdzie powinna. Ramiona miała pod jasnozieloną kołdrą. Pani Didrikson nie podnosiła kołdry ani nie dotykała ciała, ale z odkrytej części ramion poznała, że Geraldine ma na sobie nocną koszulę bez rękawów. Nie zauważyła zadrapań na skórze.
W sypialni nie było widać wyraźnych śladów walki, nie licząc pustego, szklanego kubka, który leżał przewrócony na stoliku nocnym tuż obok trupa. Na drugim łóżku była taka sama kołdra, złożona na pół. Pani Didrikson przypominała sobie, że na poduszce leżały chyba spodnie od męskiej piżamy. Nie zajrzała do żadnej z ubieralni. Drzwi do sypialni były otwarte, a okno częściowo uniesione. Przez rozsunięte zasłony do pokoju wpadało światło.
– Co pani zrobiła?
– Myślałam, że zemdleję. Podeszłam do okna i kilka razy zaczerpnęłam świeżego powietrza. Potem uciekłam, nie patrząc już na nią. Chyba napiłam się wody z kranu w kuchni. Poruszałam się jak robot, jakbym nie była sobą.
Diamond nie mógł tego przepuścić.
– Proszę to wyjaśnić.
– Miałam wrażenie, że steruje mną autopilot.
– Nie odpowiadała pani za to, co robi? – zapytał Wigfull gorliwie. Zbyt gorliwie.
Popatrzyła na niego wściekle.
– Próbuje mnie pan przyłapać, tak?
– Próbujemy panią zrozumieć – pocieszył ją Diamond.
– Czy nigdy nie byliście wstrząśnięci do głębi? – zapytała. – Nie rozumiecie, że próbuję powiedzieć, że byłam w szoku? Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, co robię, jeśli o to chodzi. Byłam tylko oszołomiona tym, co zobaczyłam.
– A gdy już napiła się pani wody?
– Wyszłam.
– Tą samą drogą, którą pani weszła? Tylnymi drzwiami?
– Tak. Wróciłam do samochodu i pojechałam do domu.
– A potem?
– Wypiłam trochę brandy. Chyba.
– Która była godzina?
– Dokładnie nie pamiętam. Między dwunastą a pierwszą.
– Czy pani syn będzie to pamiętać?
– Nie. Je obiady w szkole.
– Co zrobiła pani potem?
– Siedziałam jakiś czas i myślałam. Potem włączyłam telewizor, żeby wymazać ten obraz, który utkwił mi w głowie.
– Nie zawiadomiła pani nikogo o tym, co pani zobaczyła?
– Nie.
– Ani wtedy, po południu, ani wieczorem, ani następnego dnia, ani w ogóle. Dlaczego? Dlaczego nas pani nie powiadomiła?
Milczenie.
– Czy w ogóle rozmawiała pani z kimś o tym? Pokręciła głową.
Diamond oparł ręce na stole i uniósł się w krześle.
– Rozumie pani, że nie najlepiej to wygląda. Nadal cisza.
– Niech pani popatrzy na to z naszego punktu widzenia – zaproponował Diamond. – Kiedy odwiedziliśmy panią dziś po południu, uciekła pani tylnymi drzwiami. Kiedy panią dogoniliśmy i poprosiliśmy, żeby nam pani pomogła, powiedziała nam pani trochę i chciała, żebyśmy uwierzyli, że to wszystko, co pani wie. Powiedziała pani, że wybrała się do Jackmanów ostatniego dnia, kiedy widziano panią Jackman żywą, tylko dlatego że powiedzieliśmy pani, iż widziano tam pani samochód. A teraz chce pani, żebyśmy uwierzyli, że znalazła ją pani martwą i z powodów, których nie chce pani wyjawić, nie powiedziała o tym nikomu. Niedobrze, droga pani. Prawdę mówiąc, to śmierdzi.