Выбрать главу

Zacisnęła mocno usta, aż zadrżały jej policzki.

Próbował powtórzyć wszystko, punkt po punkcie, domagając się wyjaśnień, ale odmówiła odpowiedzi. Wyczuwał, że siedzącego obok Wigfulla niecierpliwią te procedury. Ten człowiek aż palił się, żeby wypróbować teorię, którą nosił przez cały dzień.

Ostatnie dziesięć minut nie przyniosło niczego i w końcu Diamond skinął do niego głową.

– Spójrzmy prawdzie w oczy, proszę pani. Jesteście z Jackmanem kochankami, prawda? – powiedział Wigfull bez wstępów.

– Nie.

– Cóż w tym złego? Nie był szczęśliwy w małżeństwie. Pani jest rozwiedziona. Spotkaliście się przypadkiem, stwierdziliście, że się sobie podobacie, i zrobiliście to, co robią miliony ludzi.

– To nieprawda – powiedziała gwałtownie. – Niczego takiego nie było.

– Żadnego seksu?

– Żadnego.

– Dano, daj spokój, jesteśmy dorośli.

– Mylicie się. Nigdy niczego takiego nie robiliśmy. Nigdy. Nie było nawet jednego pocałunku.

Sposób, w jaki wymówiła ostatnie słowa, zdradził więcej, niż chciała. Wigfull zamilkł na chwilę, a potem rzucił z porozumiewawczym uśmiechem.

– Ale nie miałaby pani nic przeciwko pocałunkowi. Poczerwieniała.

– To niedopuszczalne.

– Ale prawdziwe?

– Już odpowiedziałam.

– Jasne, powiedziała pani, że z nim nie spała.

– To jest prawda.

– Mam nadzieję, że wszystko, co nam pani powiedziała jest prawdą. Pozwoli pani, że jej coś podsunę. Myślała pani, że listy Jane Austen sprawią mu przyjemność.

– Co w tym złego?

– Pokonała pani masę trudności, żeby je uzyskać. Czy tak w głębi duszy nie chciała mu tym pani zaimponować?

– Możliwe – przyznała.

– Listy nie były po prostu podziękowaniem za uratowanie życia syna. To była próba zdobycia jego uczucia.

– Nie dlatego to zrobiłam.

– Ale tego popołudnia, kiedy wracała pani do domu z Crewkerne z listami, musiała pani trochę fantazjować na temat swoich szans. Mam rację?

Na policzkach Dany znów pojawił się rumieniec.

– Ma pani prawo do prywatnych fantazji – naciskał Wigfull. – Nikt nie może pani za to winić.

– Nawet jeżeli tak jest, nie chodzi o to, co pan powiedział przed chwilą.

– Ale w szerokim rozumieniu to prawda?

– Nie powiedziałabym, że w szerokim.

– A więc marginalnie?

– Chyba tak.

Wigfull zdobył punkt i chciał więcej.

– A w domu zastała pani radosną Geraldine. Oskarżyła panią o – co to było za słowo? – pieprzenie się z jej mężem, co nie było prawdą, i o wciągnięcie w to pani syna, co panią rozwścieczyło. Co więcej, ucięła te pani romantyczne marzenia, choćby i nawet marginalne, i uniemożliwiła pani i Matthew widywanie się z profesorem. Miała pani wątpliwości, co zrobić z listami.

Im bardziej Wigfull się rozkręcał, tym lepiej Diamond widział, że rozwija swoją teorię, nie wspierając jej na ostatecznej liczbie faktów. Ze sposobu, w jaki Dana Didrikson zachowywała się do tej pory, wynikało, że nie załamie się i nie przyzna do winy. Jeśli trzeba, będzie stawiała opór przez całą noc. Potrzebne im były mocniejsze dowody. Z godną pochwały powściągliwością pozwolił asystentowi monologować do woli i wysłuchał stanowczych zaprzeczeń Dany. Potem, kiedy Wigfull łapał oddech, zapytał, czy pozwoli, żeby wzięto od niej odciski palców i czy rano podda się badaniu krwi.

Zgodziła się i Diamond zarządził zakończenie przesłuchania na ten dzień.

Po wyjściu Wigfull był na tyle wspaniałomyślny, że przyznał się do nadgorliwości i powiedział, że potrzebne będzie wsparcie kryminalistyczne.

– Musimy też sprawdzić, czy w jej samochodzie pozostały jakieś ślady.

– Tak, miałem zamiar poprosić ją rano o kluczyki.

– Nie ma potrzeby. – Wigfull pogmerał w kieszeni i zamachał kółkiem z kluczykami przed nosem Diamonda. – Ostatnio ja nim jechałem, pamiętasz?

Przemądrzały dupek, pomyślał Diamond.

Rozdział 3

Następnego dnia wylegiwał się do ósmej, potem zjadł przyzwoite śniadanie. Właściwie dlaczego nie? Nie musi być w Bath od rana. Zebranie odcisków palców i pobranie krwi wyznaczono na wpół do dziewiątej, w mniej więcej tym samym czasie będzie badany samochód. Niech Wigfull przez tę godzinę pobawi się w szefa grupy dochodzeniowej.

Pokrzepiony śniadaniem Peter Diamond pojechał do śródmieścia dopiero wtedy, gdy słońce stało już na tyle wysoko, że z położonej na zboczu Wells Road widać było szeregi georgiańskich domów. Znajomy, niemniej imponujący widok: lśniące tarasy z wapienia pokryte dachami z łupku niebieskoszarego jak niebo w Lansdown. Na pierwszym planie neogotycki wiadukt kolejowy na ostrych łukach wtapiał się w krajobraz. Z tej perspektywy górowały nad nim sterczyny wieży opactwa, a całość łagodziły plamy złotych i miedzianych liści. W taki dzień Diamond prawie chciał zapomnieć, że za większością tych eleganckich ulic i zakoli kryły się poczerniałe paskudztwa budowlane, wydane od dwustu lat na żer pogody, murarzy i hydraulików. Prawie, ale nie zupełnie. Policjant, który w nim tkwił, nie był w stanie przeoczyć tej ukrytej strony tak, jak nie oceniał obywateli Bath wyłącznie z pozorów.

Miał nadzieję, że cynizm nie zatruł na stałe jego charakteru. Wolał myśleć o tym raczej jako o doświadczeniu zawodowym. Stając przed wzorcem niewinności, takim jak biskup czy florystka, trzeba być bardzo czujnym, żeby uniknąć niedbałości w myśleniu. Sprawa pani Jackman dosadnie ilustrowała tę zasadę. Czy jakikolwiek zahartowany w bojach policjant byłby skłonny uwierzyć, że profesor uniwersytetu został nafaszerowany środkami nasennymi i niemal spalony przez paranoiczną żonę i że godna szacunku pracująca matka udusiła tę wstrętną kobietę i wrzuciła jej ciało do jeziora? Ale gdyby go naciskano, żeby oskarżyć panią Didrikson na podstawie do tej pory zebranego materiału dowodowego, wzbraniałby się. Z pewnością unikała odpowiedzi, była oporna, ale nie był tak pewien jej winy jak Wigfull. Uniki zdyskredytowały ją, ale potrzeba było jeszcze dowodów. Spodziewał się, że nadejdą pod koniec dnia z laboratorium kryminalistycznego. I pod koniec dnia będzie mu przykro; w głębi ducha żywił szacunek do kobiet. Być może po bliższej analizie znalazłoby się w nim nawet iskierkę romantyzmu.

Potem duch jak zwykle w nim upadł na widok kwadratowego, typowo urzędowego budynku wciśniętego między kościół baptystów a państwowy parking. Najlepsze, co można powiedzieć o komisariacie przy Manvers Street, było to, że mieścił się w jednym z nielicznych budynków w Bath, które z tyłu wyglądały nie gorzej niż z przodu. W środku królowała typowa, skąpa architektura powojenna. Szare, funkcjonalne, obudowane tanią boazerią, oświetlone świetlówkami miejsce pracy sprawiało, że trzeba się było wysilać, by radośnie rozpocząć dzień. Jego: „Piękny dziś dzień, co?”, nie wywołało reakcji, co było zrozumiałe, chociaż niepokojące. Nie był przyzwyczajony, żeby go ignorowano, i przyszło mu na myśl, że wszyscy wiedzą coś, co go dyskredytuje i nie chcą podzielić się z nim złą nowiną. Sierżant w dyżurce nagle zaczął wertować książkę telefoniczną, a operatorzy komputerów w centrum koordynacyjnym jak zahipnotyzowani wpatrywali się w monitory. Wyglądało to groźnie, jak u Kafki. Wreszcie przyciągnął uwagę Croxleya i zapytał go, co się dzieje z Wigfullem. Ku swemu osłupieniu dowiedział się, że jego asystent rozmawia z zastępcą szefa policji. Tort pojawił się bez ostrzeżenia o dziewiątej i chciał się widzieć z Diamondem. Wkrótce potem Wigfull został wezwany na górę. Była dziewiąta czterdzieści osiem.