Diamond pocieszał się, że najbardziej oczywistym powodem wizyty było spłynięcie oficjalnych egzemplarzy raportu ze sprawy Missendale’a i panu Tottowi kazano wręczyć mu jeden z nich osobiście. Jeśli tak, nie ma się co przejmować. Późne przybycie nie powinno sprawić problemu; mógł przedstawić sto powodów, dla których służbowo musiał wybrać się gdzie indziej. Ale nadal nie rozumiał, co ma do tego Wigfull. A fakt, że zastępca komendanta robił za chłopca na posyłki, był rzeczywiście dziwny.
Poszedł na ostatnie piętro, do wyłożonego dywanami pokoju narad, w którym podczas rzadkich wizyt instalował się Tott. Dziewczyna postawiona na czujce w przedpokoju poprosiła, żeby poczekał. Jeśli John Wigfull tłumaczył się za niego, to robił to bardzo długo. Minęło kolejne dziesięć minut, zanim otworzyły się drzwi i stanął w nich Wigfull. Na widok Diamonda rozłożył ręce i wzruszył ramionami na znak, że jest bezsilny wobec tego, co się dzieje. Diamond na migi zapytał, o co chodzi, ale w drzwiach pokazał się zastępca szefa policji i kiwnął na niego palcem.
– Zamknij za sobą drzwi.
O zgrozo, nie poproszono go, żeby usiadł. Tott, dziś w mundurze, cały w galonach i srebrnych guzikach, stanął po przeciwnej stronie owalnego stołu. Na blacie stała filiżanka z podstawką, talerzyk z dwoma herbatnikami, służbowa czapka Totta i jego białe rękawiczki, ale nie było egzemplarza raportu ze sprawy Missendale’a. Wyglądało na to, że Tott nie ma ochoty zabrać głosu. Stał nieruchomo, jak figura z wosku w muzealnym kostiumie, zastępca szefa policji z początku XX wieku. Diamond pomyślał mimochodem, że to chyba początki paranoi; miał wrażenie, że prześladują go mężczyźni ze śmiesznymi wąsami.
Pomyślał, że lepiej będzie przeprosić za późne przybycie.
Jego wypowiedź została zignorowana, ale wydobyła wreszcie głos z Totta.
– Dowiedziałem się od inspektora Wigfulla, że masz zamiar oskarżyć tę panią Didrikson o zamordowanie Jackman.
– To możliwe.
– Możliwe? Tylko tyle?
– Nic więcej, dopóki nie spłyną raporty z laboratorium.
– Ale przetrzymałeś ją przez noc?
– Tak, panie komisarzu.
– I nadal jest na dole?
– Tak sądzę.
To spotkanie było wyraźnie mniej przyjazne niż poprzednie. Tott z wyrazem zakłopotania wypuścił powietrze i zaczął przechadzać się po drugiej stronie pokoju.
– Lepiej szczegółowo opowiedz, jak przebiegało jej zatrzymanie. Rozumiesz, mam już raport Wigfulla.
– Czy coś jest na rzeczy? – zapytał Diamond z nadzieją, że dowie się czegoś, zanim zacznie mówić. Najwyraźniej coś było na rzeczy.
– Czekam, komisarzu.
Błąd w procedurze? Sam siebie o to pytał, przedstawiając tok wydarzeń. Jakieś błahe naruszenie Ustawy o policji i ewidencji kryminalnej? Kiedy skończył, Tott powiedział:
– Chłopiec.
– Matthew?
– Tak. Próbował powstrzymać was przed wejściem do domu?
– Chcieliśmy rozmawiać z jego matką, jak już mówiłem.
– A on stawił opór przy wejściu?
– Zrobił nawet więcej. Kopnął mnie.
– Dwunastolatek?
– Trafił tam, gdzie boli najbardziej.
– I zemściłeś się?
Diamond z paraliżującą jasnością zrozumiał, w którą stronę dryfuje to przepytywanie.
– Tak nie było. Chwycił mnie, a ja odepchnąłem go tak, jak to panu przedstawiłem.
– Zapomniałeś jednak dodać, że uderzył się o ścianę.
– To był bardzo wąski korytarz.
– Zaprzeczasz, że został rzucony o ścianę i uderzył w nią głową? Chociaż umysł pracował mu z wyprzedzeniem, obrazując złowieszcze możliwości, Diamond trzymał się jednak faktów.
– Nie mógł odnieść poważnych obrażeń, bo wstał i uciekł.
Tott nielitościwie pozostawił te słowa bez komentarza i poczekał, aż Diamond je poprawi.
– Nie doznał obrażeń… prawda?
Głosem suchym jak stara tapeta Tott oznajmił:
– Wczoraj wieczorem zawieziono go do szpitala, na izbę przyjęć.
– Do szpitala? Po co?
– Stracił przytomność. Szkoła słusznie wezwała pogotowie. Zdaje się, że zdiagnozowano wstrząs. – Tott przedstawiał informację rutynowo, jakby był rzecznikiem prasowym szpitala. Rutynowo i bezlitośnie.
– Miał się dobrze, kiedy widziałem go ostatnim razem – powiedział Diamond świadom, jak mizernie to zabrzmiało. – Rozmawiał normalnie, był odprężony.
– Skutki nie zawsze są natychmiastowe – stwierdził Tott i wrócił do wygłaszania informacji dla prasy. – Prześwietlono go, żeby sprawdzić, czy nie ma pękniętej czaszki. Jest za wcześnie, żeby stwierdzić, czy uraz jest trwały.
Ta sprawa była tak niewiarygodna, że Diamond chciał zapytać, czy wzięto pod uwagę, że chłopak może udawać, ale powstrzymał się. Taka sugestia zapewne nie poprawiłaby jego żałosnego położenia. Pan Tott podchodził do tego poważnie, a Tott nie lubił, jak się go nabiera.
Ograniczył się zatem do obrony własnego postępowania.
– Dzieciak uderzył głową w ścianę przypadkiem. Najpierw kopnął mnie w przyrodzenie, a potem zanurkował, żeby złapać mnie za nogę. Ja go tylko odepchnąłem. John Wigfull to widział. Stał tuż za mną.
Tott pokręcił głową.
– I tutaj się mylisz. Inspektor Wigfull nie widział tego. Uwagę miał zwróconą na panią Didrikson. Właśnie zobaczył, jak ucieka tylnymi drzwiami. Nie patrzył ani na ciebie, ani na chłopca.
Wielkie dzięki, John, pomyślał z goryczą Diamond. Każdy funkcjonariusz, który miał szczyptę lojalności, wsparłby mnie choć trochę. Wigfull wiedział przecież, że to nie było zamierzone.
– Bez względu na to, kto mówi prawdę – Tott powiedział to zimnym, rzeczowym tonem – muszę brać pod uwagę, jak przyjmą to inni. Chodzi o szkołę i matkę. Dziś rano odbyłem dość burzliwą rozmowę telefoniczną z wychowawcą chłopca.
– Nie!
– Szkoły nie poinformowano, że chłopiec otrzymał cios w głowę.
– To nie był cios. Nikt go nie uderzył.
– Nie jestem tutaj po to, żeby sprzeczać się co do terminów, Diamond. To zbyt poważna sprawa. Wychowawca zgłosił skargę i niebezpodstawnie zakłada, że pani Didrikson zrobi to samo. – Odchylił z lekka głowę do tyłu, sygnalizując, że ma do powiedzenia coś istotnego. – W tych okolicznościach poprosiłem Wigfulla, żeby przejął śledztwo w sprawie śmierci Geraldine Jackman. Jako pełniący obowiązki komisarza.
– Co? – Diamond poczuł, że skóra go swędzi, a głowa pulsuje.
– Odbieram ci dowodzenie akcją, czeka cię być może śledztwo w związku z twoim postępowaniem. Nie mam wyboru. To, co się stało, może uniemożliwić nasze śledztwo przeciwko tej kobiecie.
Wszelki szacunek diabli wzięli.
– To jakaś Pipidówka. Cholerna Pipidówka. Nie wierzę w to.
– Nadkomisarzu, niech pan baczy na słowa.
Ale Peter Diamond nie był w nastroju, żeby z czymkolwiek się liczyć.
– Za późno na to, Tott. Przejrzałem pana. Wiem, o co chodzi. To była wspaniała okazja. Przeraził pana mój przebieg służby. Najpierw te bzdury, że nic do mnie nie przylgnęło po śledztwie w sprawie Missendale’a, a potem uruchamia pan alarm na pierwsze piśniecie przeciwko mnie. Świetnie to do pana pasuje. Pański sługus już tu był, czekał, aż coś sknocę, i teraz przejmuje sprawy. Cholernie do siebie pasujecie. A jeśli chodzi o mnie, zaoszczędzę panu problemów ze śledztwem. Kończę z tym. Ma pan moją rezygnację.