– To było w dniu, kiedy wróciłem do szkoły – odpowiedział Matthew.
– W poniedziałek, jedenastego września? – Rutynowe pytanie, rutynowa odpowiedź. Znacznie łatwiejsze niż pogaduszka.
– Aha.
– Matka cię podwiozła?
– Tak.
– Pamiętasz, czy dzwonił telefon, zanim wyszedłeś z domu?
– Tak, to był Greg, dzwonił do matki. Pan pewnie mówi do niego panie profesorze – dodał protekcjonalnie.
– Nie pamiętasz, o której dzwonił?
– Dość wcześnie. Przed ósmą. Mama była jeszcze w koszuli nocnej. Wkurzyła się.
– Czym?
– Tym telefonem. Dopiero co dała Gregowi jakieś naprawdę cenne listy, które jakaś naprawdę słynna autorka napisała kilkaset lat temu, a one zaginęły. Greg myślał, że ten Amerykanin je świsnął, i jechał, żeby go dogonić.
– A co o tym sądziła twoja matka? – zapytał Diamond.
– Była pewna, że zabrała je pani Jackman.
– Skąd wiesz?
– Powiedziała mi, kiedy odwoziła mnie do szkoły.
– Która była wtedy godzina?
– Wpół do ósmej. Musimy być w klasie za piętnaście. – Sięgnął po pilota i zmienił kanał.
– Nie lubisz szkoły?
– Tam jest kupa małych dzieciaków. Muszę poczekać do przyszłego roku, żeby zdać egzamin końcowy. Potem pójdę wyżej, do szkoły średniej.
– Jeśli zdasz.
– Nic ma problemu. Jestem w chórze. Diamond przeszedł do gimnazjum w wieku jedenastu lat i pomyślał, że coś jest nie tak z systemem, skoro zabrania tego chłopcom tak dużym i dojrzałym jak Matthew.
– Nie przeszkadza ci, że takiego dużego chłopaka matka odwozi do szkoły?
– To lepsze niż iść na piechotę.
– Możesz pojechać autobusem.
– Wolę mercedesem.
Ta uwaga potwierdziła, jak bardzo symbole statusu liczą się w szkole, w każdej szkole. Maniery chłopca irytowały Diamonda, ale przypomniał sobie, jaki sam był w okresie dojrzewania. Dobrze rozumiał, że za tym kryje się niepewność. Ale impuls, żeby dać dzieciakowi w ucho – choćby tylko przenośnie – był silny. Tyle tylko, że bójka miałaby katastrofalne skutki. Powściągnął uczucia, spuszczając ze smyczy ciekawość, i skupił się na wspomnieniach Matthew z dnia, kiedy została zamordowana Geraldine Jackman. Dowiedział się, że chórzyści spędzili nudny poranek w szatni opactwa, gdzie wydano im czyste togi, a po południu rozdano rozkłady i książki do ośmiu przedmiotów na egzamin końcowy.
– Czy twoja matka przyjechała pod koniec dnia, żeby cię odebrać?
– Nigdy nie przyjeżdża. Podrzucił mnie ojciec kolegi, aż do Lyncombe Hill. To tylko stary peugeot, ale on jest nauczycielem, to czego się spodziewać?
– Interesują cię samochody, Matthew?
– Jeśli chodzi panu o przyzwoite wozy, to tak.
– Próbowałeś kiedy samemu prowadzić?
– Gdyby nawet tak było, nie powiedziałbym tego glinie. – W ostatnim słowie było mnóstwo pogardy, gdyż wypowiedziane zostało z dobrym akcentem prywatnej szkoły.
Diamond kontynuował wątek, który zaczął. Założenie, że chłopiec zamordował Geraldine Jackman, potem przewiózł jej ciało do Chew Valley Lake i wrzucił je tam, graniczyło z absurdem, ale skoro już zaczął, szedł za ciosem.
– Niektóre dzieci w twoim wieku uczą się prowadzić wóz, nie wyjeżdżając na drogi publiczne. To nie jest zabronione. Słyszałem o szkołach, w których są lekcje jazdy na terenie szkolnym.
– My mamy tylko naukę gry na pianinie – powiedział Matthew, nie kryjąc niezadowolenia.
– Może twoja matka…
– Pan żartuje.
– Mogła cię przecież gdzieś po cichu zabrać, na pustą plażę albo stare lotnisko.
– Nie pozwoliłaby mi nawet przejechać się samochodzikiem w wesołym miasteczku.
To nie było kręcenie, lecz prawdziwy protest sfrustrowanego dziecka i koniec krótkotrwałych spekulacji Diamonda. Musiał odrzucić pomysł, że Matthew usiadł za kierownicą mercedesa albo innego wozu.
– Jak dorosnę, chcę mieć hondę mt5 – stwierdził Matthew.
– A więc wyobrażasz sobie siebie jako kierowcę?
– To rower, palancie.
– Uważaj, chłopcze. – Reprymenda narzuciła się sama, Diamond dodał więc bardziej żartobliwie: – Mógłbym wspomnieć siostrze o papierosach, jak będę wychodził. – Wytrwale podjął początkową linię przesłuchania. – Tego wieczoru, o którym mówiliśmy… właściwie nie powiedziałeś, że matka była w domu, kiedy wróciłeś ze szkoły.
Matthew zaciągnął się po raz ostatni i zdusił niedopałek.
– Była w domu.
– Jakie robiła wrażenie?
– O co panu chodzi?
– Ojej zachowanie. Czy było inne niż zazwyczaj? Matthew odwrócił się, żeby znowu popatrzeć na Diamonda.
– Pan myśli, że to ona ją zamordowała, prawda?
– Czy tego wieczoru gdzieś wyjeżdżała?
– Nie.
– Mam nadzieję, że mówisz prawdę.
– Oczywiście.
– Pozwól, Mat, że ci coś wyjaśnię – powiedział Diamond. – Może ci się wydawać, że to, co robisz, to najlepszy sposób, żeby pomóc matce i wyciągnąć ją z kłopotów, ale to może zadziałać odwrotnie.
Matthew przełączył telewizor na kanał testowy i podniósł wzrok.
– Jak to?
– Zacznijmy od tego, że jesteś w szpitalu. Nie wierzę, że tak mocno uderzyłeś głową w ścianę. Nie wierzę, że zemdlałeś. Z początku myślałem, że to na znak protestu, że musisz spędzić noc w szkole.
– Nieprawda – powiedział gwałtownie Matthew.
– Ale teraz myślę, że to nie był egoizm. Widzę, że zrobiłeś to dla matki. Sądziłeś, że przestaniemy ją przesłuchiwać, kiedy okaże się, że jesteś chory. Ze będziemy musieli przywieźć ją tutaj, żeby spotkała się z tobą.
Chłopiec zmarszczył brwi.
– A nie przywieźlibyście jej? – Znów wyszło z niego dziecko.
– To nie ode mnie zależy, synu.
Waga tego, co właśnie powiedział Diamond, wpadła jednym uchem, wypadła drugim.
– Moja mama nie zabiłaby nikogo.
– Jeśli naprawdę tak uważasz, przedstawienie, które urządziłeś wczoraj wieczorem, jej nie pomoże.
– Ale pan popchnął mnie na ścianę. To prawda.
– Tak – powiedział Diamond – a ty kopnąłeś mnie w jaja, a ja nie zrobiłem z tego sprawy.
Matthew się uśmiechnął.
Diamond pomyślał, że jeśli będzie miał czas, uzyska tu zrozumienie, jeśli nie coś więcej. Brawura była cieniutka jak papier. Za nią stał chłopczyk, usychający z żalu za ojcem.
Ale przerwała im siostra oddziałowa.
– Matthew, są wyniki twojego prześwietlenia. Nie znaleźliśmy niczego złego. Myślę, że możemy spokojnie odesłać cię do szkoły.
– Już, teraz?
Zrobiła oko do Diamonda.
– Chyba dopiero po czwartej.
Steph przyjęła wiadomość nieskończenie lepiej, niż się spodziewał.
– Kiedy przywieźli kuchenkę mikrofalową, wiedziałam, że musiało się stać coś koszmarnego. Miło mi, że o mnie pomyślałeś. Oczywiście trzeba być szurniętym, żeby robić mi prezent.
– Jestem głupi.
– Nie głupi. Nie, nie powiedziałabym tak. Postąpiłeś po wariacku, wybacz, ale zawsze wiedziałam, że jesteś wariatem. W każdym razie odkąd przyprowadziłeś te osły do obozu harcerek. – Uśmiechnęła się. – Nie wszyscy cię doceniają.
– Święta prawda. Nie miałem racji co do pracy. Byłem zmorą.
– Nie jesteś gwałtownikiem.
– Powiedz to Tottowi, Steph. Spójrzmy prawdzie w oczy, zarządzanie nie było moją najmocniejszą stroną. Dawałem sobie radę, bo zaharowywałem ludzi. Nikogo nie oszczędzałem.