Выбрать главу

– To nie jest złe zarządzanie. W końcu nie kierowałeś przedszkolem.

Musiał się uśmiechnąć.

– W twojej pracy lepiej nie starać się o popularność – zauważyła.

– Nie, ale musiałem zasłużyć na szacunek i nie jestem pewien, czy jeszcze go miałem. Powinienem być na bieżąco z techniką. Byłem jedynym policjantem w wydziale, który nie miał kieszonkowego kalkulatora. Nadal robię obliczenia w pamięci.

– Nigdy nie sądziłam, że staniesz w miejscu.

– To nie miejsce, to frustracja. Szefowie dają ci wszystkie te urządzenia pomocnicze i spodziewają się, że będziesz wydajny ale jak dochodzi co do czego, po prostu przesłuchuje się ludzi; upartych, niebezpiecznych, przerażających ludzi. A dranie są bardziej wyrafinowani, niż byli dwadzieścia lat temu. Trzeba z nimi rozmawiać, wejść w ich umysł i wyciągnąć prawdę. Po to wstąpiłem do wydziału zabójstw. W dzisiejszych czasach mamy do czynienia z polityką kryminalną suwaka algorytmicznego. Trzeba uzasadnić przydatność całego tego cholernego oprzyrządowania. Podobno mamy niezawodne wsparcie medycyny sądowej, ale oni mają za mało ludzi i na wyniki trzeba czekać tygodniami, miesiącami. Co zrobić tymczasem z podejrzanym? Prawo zabrania trzymać go w nieskończoność. Czy to dziwne, że chcemy wyciągnąć przyznanie się do winy? Wszystkie te przypadki oświadczeń złożonych pod naciskiem, o których słyszysz, to wynik ciśnienia w systemie, który nie działa jak trzeba. – Westchnął i wzruszył ramionami. – Przepraszam, kochanie. Nie chciałem tego wszystkiego wylewać na ciebie.

– Lepiej to wyrzucić niż trzymać w sobie – zauważyła Stephanie. – Ale jeśli jesteś w stanie temu podołać, może pomógłbyś mi z tym nowym urządzeniem. Sprawdźmy, czy potrafimy obsługiwać mikrofalę.

Razem przyrządzili znośny posiłek z duszonej fladry i warzyw w rewelacyjnie krótkim czasie. Otworzyli z trzaskiem butelkę chablis i doszli do wniosku, że nie musi już następnego dnia rano iść do pośredniaka. Zrobi sobie tydzień wolnego, odmaluje kuchnię (która teraz wyglądała zbyt niechlujnie jak na nowiuteńką mikrofalę) i pomyśli o przyszłości.

Rano napisał formalną dymisję.

Rozdział 5

W następny poniedziałek główny tytuł w „Bath Evening Chronicle” głosił: „Zabójstwo Geny Snoo. Zatrzymana mieszkanka Bath”. Istotnych faktów było niewiele. Dana Didrikson, trzydziestoletnia kobieta pracująca w spółce jako kierowca, stanęła przed sądem niższej instancji pod zarzutem dokonania jedenastego września, albo w okolicach tej daty, zabójstwa na osobie aktorki telewizyjnej, Geraldine Jackman. Została zatrzymana w areszcie. Rozprawa trwała tylko kilka minut.

Przynaglony nowymi okolicznościami Diamond zaczął przeglądać rubrykę „Praca”. Powtarzał sobie, że musi odpocząć. Ale odpoczynek został na krótko zakłócony wyobrażeniem Johna Wigfulla, jak rozradowany rozsiada się w gabinecie szefa na komisariacie Manver Street. Do diabła z tym, pomyślał Diamond, nie mam już z tym nic wspólnego.

Zwykle byli policjanci szukali pracy w prywatnych firmach ochrony. Przez całe rano przeglądał książkę telefoniczną, próbując szczęścia z firmami, które zawsze uważał za czystą fantazję. Aż go skręcało, gdy wymawiał niektóre z nazw.

– Czy to Bezpieczny Sen?, Gwardia Somerset?

Jedynym wynikiem tych telefonów, poza wyższym rachunkiem, było odkrycie, że jego wysługa lat nie robi wrażenia, na które liczył. Była to raczej przeszkoda; ludzie, z którymi rozmawiał, nie wyobrażali sobie nadkomisarza prowadzącego furgonetkę albo patrolującego na piechotę supermarket, a nie mieli ochoty zatrudniać go na stanowisku kierowniczym. Jego doświadczenie w wydziale zabójstw nie stanowiło rekomendacji w pracy z klientelą biznesową.

W informatorze była także lista agencji detektywistycznych, oferujących szeroki zakres usług. Po sprawdzeniu okazało się, że to jednoosobowe firmy prowadzone przez emerytowanych sierżantów policji niezainteresowanych spółką z byłym nadkomisarzem.

W ciągu kolejnych dwóch tygodni poszerzył zakres poszukiwań. Interesowała go praca biurowa każdego rodzaju. Znów otrzymał serię odmów. Zbyt wielu mężczyzn w średnim wieku szuka pracy umysłowej, powiedziano mu nieuprzejmie. I czy pomyślał o pracy fizycznej? Ponieważ zwykle wiąże się to ze wspinaniem się po drabinach albo prowadzeniem taczek po pomostach z desek, co nie pasuje do grubego mężczyzny, nie przyjął ciepło tej sugestii.

Szczęście wróciło w ostatnim tygodniu listopada.

– Zaproponowano mi pracę w dwóch miejscach – powiedział Stephanie w piątkowy wieczór. – Dwa zajęcia, do których mam przygotowanie.

– Dwa? To cudownie – ucieszyła się. – Czy to bezpieczne?

– Bezpieczne? Jasne, że tak! Znasz te nowe sklepy pod kolumnadą tuż przy Stall Street? Potrzebny im Święty Mikołaj, żeby kręcił się po okolicy i rozmawiał z dziećmi. Pio, ho, ho! Wybrano mnie ze względu na obwód w pasie. Zaczynam jutro. Praca sezonowa.

– Boże, Peter. – Twarz Stephanie ściągnęła się z przerażenia.

– Co to ma znaczyć: „Boże, Peter?”

– Wiem, że z pracą jest marnie, ale…

– Ale co?

– Nadkomisarz przebrany za Dziadka Mroza?

– Już nie nadkomisarz – przypomniał.

– To upokorzenie.

– Wcale nie. Święty Mikołaj jest ważną osobistością w ocenie dwudziestu procent ludności. Reszta mnie nie zna.

Westchnęła.

– A ta druga praca?

– Barman i wykidajło w Starej Lektyce. Tylko wieczory.

– Co to jest, na litość boską?

– Nowy pub na drodze za teatrem.

– Czy tam nie przychodzi mnóstwo chuliganów z klubu disco?

– Właśnie dlatego potrzebują wykidajły, kochanie.

***

Pewnego wieczoru przeczytał w gazecie, że Dana Didrikson została poddana postępowaniu rozpoznawczemu w sądzie niższej instancji i przesłano ją na proces do Bristolu, do sądu koronnego z zarzutem popełnienia zabójstwa. Przeszedł do działu sportowego i próbował zagłębić się w reportażu o kondycji pierwszoligowej drużyny Bath w rugby.

***

Okazał się popularnym Świętym Mikołajem, mimo że nie miał nic do rozdania poza balonami ostemplowanymi logo Kolumnady. Rola spodobała mu się i grał ją z entuzjazmem i rozmachem, których nigdy nie przejawiał w pracy policyjnej. Oczarowały go zachwycone twarzyczki dzieci, ich oczy błyszczące z niecierpliwości. Jako człowiek bezdzietny bez trudu potrafił sobie wmówić, że dzieci, podobnie jak psy, są głównie źródłem kłopotów. Teraz, ukryty za nylonowymi wąsami, bezwstydnie zgrywał się na tatusia.

Pewnego popołudnia, na piętrze Kolumnady zobaczył Matthew Didriksona w towarzystwie kilku kolegów, jak zabawiali się, jeżdżąc szklaną windą, która obsługiwała trzy poziomy pasażu handlowego. Właściciel sklepu, który przeprowadzał rozmowy z kandydatami na świętych, był pod takim wrażeniem policyjnej przeszłości Diamonda, że powiedział mu o kłopotach, jakie sprawiają biegający po sklepie chłopcy, ale jak zwrócił mu uwagę Diamond, Święty Mikołaj nie najlepiej nadaje się do karcenia małych chuliganów. Matthew z koleżkami kopali puste puszki po coli i wpadali na starsze panie. Najgorsze, że zmonopolizowali windę. Ponieważ było wczesne popołudnie, godziny małego ruchu, postanowił zostawić ich w spokoju.

Wkrótce potem musieli się zmęczyć zabawą, bo podbiegli, żeby ponabijać się ze Świętego Mikołaja. W pobliżu nie było małych dzieci, nie groziło niebezpieczeństwo, że iluzja legnie w gruzach, więc pozwolił na parodiowanie go, i to nieprzyzwoite, jak można się było spodziewać po chłopakach w ich wieku. Pytali, czy czarne kalosze to fetysz… czy boi się pończoszek… i (wskazując na balony) czy nie wie, co się robi z kondomami.