Выбрать главу

Własne dowcipy wydały im się tak zabawne, że odpowiedź Diamonda dotarła do nich z opóźnieniem.

– Kupiłem swoje buciory za chłopców z chóru, których sprzedałem wychowawcy.

Radość natychmiast ustąpiła panice.

– On nas zna! – Dwóch uciekło. Został tylko Matthew. Popatrzył na Diamonda czarnymi oczami i powiedział:

– Znam ten głos, a to przebranie jest do chrzanu. – Tym razem była to poważna krytyka.

Wyjaśnił chłopcu, że nie pracuje już w policji i że to jego nowy zawód.

Matthew dorównał mu szczerością; przyznał, że razem z kolegami wymknął się ze szkoły na godzinę. Mieli ćwiczyć kolędy w opactwie o czwartej i wcześniej nikogo nie obchodzi, gdzie się włóczą.

Diamond skorzystał z okazji, żeby zapytać o coś, co zaprzątało mu myśli, odkąd przeczytał, że Dana Didrikson siedzi w areszcie policyjnym oskarżona o zabójstwo.

– Gdzie masz zamiar spędzić Boże Narodzenie?

– Z Nelsonem, jednym z kolegów. I jego rodzicami. Spędzam tam całe ferie.

– To ładnie z ich strony.

– Nelson jest mi coś winien.

Diamond przypomniał sobie, co słyszał o wypadku w jazie Pulteney. Chłopak, który rzucił patyk – a wtedy Matthew poślizgnął się – miał na imię Nelson. Trzytygodniowa gościna to nie byle jaka rekompensata za zwariowaną psotę.

Zanim usłyszał o tym zaproszeniu, Diamond zakładał, że szkoła umieści gdzieś chłopca na ferie, może u jednego z nauczycieli. Ciężka próba dla każdego dziecka. Od rozmowy w szpitalu niechęć Diamonda do Matthew zmalała. Rozumiał przyczyny jego arogancji. Prawdę mówiąc, również we własnej psychice widział silną skłonność do alienacji. Jego uczucia uległy takiej zmianie, że zastanawiał się, czy zaprosić chłopca do siebie na jeden dzień. Rozmawiał o tym ze Stephanie, a ona się zgodziła. Zawsze lubiła dzieci. Teraz okazało się, że propozycja jest nieaktualna. Matthew lepiej będzie się czuł w towarzystwie rówieśnika.

Chłopak chyba wyczuł odwilż. Tonem, którego nie użyłby w obecności innych chłopców, zapytał:

– Jak długo będzie musiała czekać na proces?

– Twoja matka? Obawiam się, że kilka miesięcy.

– Wyjdzie?

Diamond zawahał się rozdarty między uczciwą odpowiedzią a uspakajającym kłamstwem.

– To zależy od dowodów. Słuchaj, lepiej znajdź kolegów i wróćcie razem na próbę chóru. Twoja matka ma dość zmartwień i bez twojego wagarowania. Wesołych świąt, synu.

***

Wieczorna praca w barze wyczerpywała go po całym dniu chodzenia po galerii handlowej. Na szczęście były przerwy, kiedy mógł siąść na stołku. Klientela była głównie nastoletnia – wpadali na chwilę z dyskoteki po drugiej stronie ulicy – z reguły rozsądna, ale niezbyt ciekawa i nieoszałamiająca klasą. Stanowiła przeciwwagę dla małych klientów Świętego Mikołaja z wcześniejszych godzin. Nawet najbardziej urocze dzieciaki wyrastają na nastolatków.

Mijały tygodnie, a z nimi praca w roli Świętego Mikołaja. Razem ze Steph spędzili spokojnie Boże Narodzenie. Od chłopaków z wydziału zabójstw przyszła kartka z posępną sceną przestawiająca zniedołężniałego starca ciągnącego sanie po zaśnieżonej drodze. Pewnie tak wyobrażali go sobie w nowym życiu. Podpisali się wszyscy, włączając Wigfulla. Kiedy popatrzył na nazwiska – Keith Halliwell, Pady Croxley i Mick Dalton – wydały mu się obce. Była to wskazówka, że i tak musiałby odejść.

Pewnego wieczoru, w połowie stycznia, musiał mocno się zastanowić, zanim przypomniał sobie nazwisko człowieka w czarnej, watowanej kurtce, który wszedł do Starej Lektyki i zagadnął:

– Jak się masz? Powiedziano mi, że mogę cię tutaj znaleźć. – Głos z akcentem raczej z Yorkshire niż z West Country. Przenikliwe spojrzenie, szeroka twarz i czarny wąsik profesora Gregory’ego Jackmana.

Diamond skinął głową, jak przystało na barmana.

– Co ci mogę podać, profesorze?

– Koniak. Wypij ze mną jednego.

Uprzejmie odmówił, dając jasno do zrozumienia, że drinki go nie skuszą. Niezależnie od tego, czy wizyta wynikała z ciekawości, czy miała jakiś wyższy cel, dostojna wyniosłość wydawała się wskazana.

– Powiedziano mi, że wystąpiłeś z policji – podjął Jackman, upiwszy łyk koniaku. Wybrał wieczór, kiedy dyskoteka była zamknięta i w pubie znajdowała się zaledwie garstka pijących przy stołach, w pewnej odległości od baru.

Diamond zakrzątnął się przy zmywaniu szklanek, a Jackman sam skomentował to, co stało się, odkąd widzieli się ostatnim razem.

– To drań.

Nie podnosząc wzroku, Diamond powiedział.

– Daję sobie radę.

– Chodzi mi o to, że rzuciłeś to w diabły. To naprawdę pogrążyło Dane.

– Daj spokój, dobrze? – powiedział Diamond. – Dla mnie to zamknięty rozdział.

– Dla Dany nie. Oskarżono ją o przestępstwo, którego nie popełniła. Jeśli niczego się nie zrobi, zostanie skazana na dożywocie.

– Spodziewasz się, że coś z tym zrobię?

– Ona potrzebuje pomocy.

Diamond odwrócił się tyłem i sięgnął po kolejne puste szklanki.

– To robota dla adwokatów.

– Rozmawiałem z jej obrońcą. Nie wie, jak zareagować na stanowisk prokuratury.

Diamond włożył szklanki do wody.

– A więc już to zrobiła. – Jeśli nawet jego obojętność na dolę pani Didrikson wyglądała na bezduszność, nie miał przecież obowiązku oszczędzać uczuć Jackmana.

Jacyś nowi goście, grupka pięciorga Amerykanów, weszli do pubu i stanęli obok baru, ustalając, kto powinien postawić kolejkę i co wezmą do picia. Jackman zamilkł. Poczekał, aż dostaną drinki i zabiorą je do stołu.

– Przecież nie wierzysz, że jest zabójczynią? – powiedział.

– To, w co wierzę czy nie wierzę, ma teraz takie samo znaczenie, jak moje zdanie na temat tunelu pod kanałem czy kapłaństwa kobiet – powiedział Diamond. – Wolałbym nie przedłużać tej rozmowy, profesorze.

– Greg. Mówiłeś do mnie Greg, kiedy mnie przesłuchiwałeś. Diamond westchnął, nieskłonny uwierzyć, że inteligentny człowiek tak się wziął na sztuczkę śledczego.

– Jak mam do ciebie dotrzeć? – zapytał Jackman.

– To nie jest pytanie – powiedział Diamond. – Pytanie brzmi, czego ode mnie chcesz? A odpowiedź brzmi, że nie mam nic do zaoferowania poza drinkami.

– Żyłeś tą sprawą tygodniami. Zrobiłeś podstawową pracę. Musiałeś wpaść na inne teorie, nawet jeśli później zostały odłożone na bok. Oto, jak możesz pomóc, proponując ścieżki, których nie wzięliśmy pod uwagę.

– My?

– Jej obrona. Mówiłem ci, że jestem w kontakcie z jej adwokatką.

– Czy to rozsądne? – zapytał Diamond zaintrygowany, choć postanowił nie dać się w to wplątać. – Prokuratura z pewnością będzie chciała ustalić, jakie były stosunki między tobą a Daną Didrikson. Zajmując się jej sprawą, możesz im dać kartę atutową.

Jackman przejechał ręką po włosach i karku i tam ją zatrzymał.

– Wiem. Oto dylemat. Ale jestem w to zaangażowany. Zaangażowany całym sercem. Mogę być z tobą szczery? Między Daną a mną nie ma związku takiego, jak to się najczęściej rozumie. Nie poszliśmy do łóżka. Nigdy nawet nie rozmawialiśmy o tym. Ale przez te trudne tygodnie zacząłem uważać ją za kogoś… Spójrzmy prawdzie w oczy. Obchodzi mnie to, co się z nią stanie. Chcę ją wyciągnąć z tego bagna. A ty masz rację. Moje zaangażowanie może jej teraz tylko zaszkodzić. Boże, mówię jak postać z trzeciorzędnej powieści.

Diamond poczuł stopniowo narastające skrępowanie, które czuje się, gdy ktoś obnaża przed tobą swoją duszę. Do tej pory uważał Jackmana za twardego naukowca, wytwornego i opanowanego.

Ale obnażanie duszy jeszcze się nie skończyło.