– Narkotyki? – wyszeptał Jackman.
Diamond poślinił palec zanurzył go w torebce i spróbował substancji. Gorzka. Wypłukał usta nad zlewem.
– Kokaina, szampański narkotyk. Nie wiedziałeś, że żona to brała? Wyraz twarzy Jackmana przeszedł błyskawicznie od niedowierzania do akceptacji. Diamond spodziewał się takiej reakcji.
– Rozumiem, te słomki.
– Nie tylko słomki – wyjaśniał Diamond. – Nie wiem, czy znany ci jest sposób zażywania kokainy. Towar musi być najpierw zmielony na drobny proszek. Narkomani używają żyletki i lusterka. Szkło to idealna powierzchnia. Formują sproszkowaną kokę w linię i wdychają ją nosem przez słomkę albo zwinięty banknot. Twojej żonie zostało niewiele banknotów.
– Chcesz powiedzieć, że wszystkie swoje pieniądze wydała na to?
– To nie jest tanie.
Jackman w roztargnieniu szczypał się w policzek.
– Jezu Chryste, jak mogłem tego nie zauważyć?
– Za bardzo byłeś pochłonięty pracą. Mówiłeś mi o swoim małżeństwie, że wasze światy ledwie na siebie zachodziły, chyba tak to ująłeś. Trudno ci było zorientować się, co właściwie tu się dzieje. Mnie samemu rozpracowanie tej zagadki zajęło mnóstwo czasu, a podobno jestem, a raczej byłem detektywem.
– Jej dziwne zachowanie całkowicie wynikało z zażywania kokainy?
– Nie wiem czy całkowicie. Myślę, że bezpiecznie będzie powiedzieć, że nie była szalona. O ile znam się na tym narkotyku, kiedy kończy się błogostan, narkoman, mówię o ciężkich uzależnieniach, pada ofiarą wszelkiego rodzaju strachów i niepokojów. Sądzi, że ludzie spiskują przeciwko niemu. Złudzenia paranoidalne prowadzące do agresywnych zachowań to dobrze znane objawy.
– Jestem zaskoczony, że ten jej cholerny lekarz się nie domyślił. A więc kiedy próbowała mnie zabić, musiała być na haju kokainowym.
– Prawdopodobnie niuchała ją na przyjęciu.
– Czy to się nazywa crack?
– Nie, crack to kokaina rozpuszczona w ciepłej wodzie i podgrzana z zasadami, takimi jak proszek do pieczenia. Zmienia się w płatki albo kryształki. Wystarczy spróbować i natychmiast wpada się w nałóg. Nałóg fizyczny. Ale to nie jest crack.
– Mimo to uzależnia?
– Tak, psychicznie. Na to potrzeba trochę czasu. Sądzę z rozmiarów zadłużenia na koncie twojej żony, że już ją wzięło.
Jackman milczał przez chwilę, szukając logiki w tym, co kiedyś wydawało mu się niezrozumiałe.
– Chciałbym znaleźć drania, który jej to dostarczał.
– Ja też – powiedział Diamond. – I to szybko.
– Myślisz, że to miało jakiś związek z jej śmiercią? Jasne, że tak myślisz. – Trzasnął dłonią w stół. – Mój Boże, to może wszystko zmienić!
Diamond wyprzedzał go myślami.
– Na podjeździe, tu przed domem, latem rozegrała się pewna scena, której świadkami byli pani Didrikson i jej syn. To było w sobotę rano. Ty chyba wyjechałeś. Byłeś bardzo zajęty swoją wystawą. Dana i Matthew stali na drodze z nadzieją, że cię zobaczą. Mat widział cię w telewizji i rozpoznał w tobie faceta, który uratował go z kipieli. Tymczasem zobaczyli, jak z domu wychodzi jakiś mężczyzna. Wygolony, mocno zbudowany, o jasnych włosach. Niebieska koszula, białe dżinsy i sportowe buty. Miał na szyi złoty łańcuszek. Znasz kogoś takiego?
– Nikt mi nie przychodzi na myśl.
– Jeździł brązowym volvo. Mówiła do niego Andy.
– Andy? Jedyny Andy, jakiego znam, to gruby sześćdziesięciolatek. Co się stało?
– Poszedł do samochodu, a twoja żona pobiegła za nim w podomce. Była boso, ale tak wzburzona, że nic nie miało dla niej znaczenia. Nie chciała, żeby odjechał. Prosiła, żeby wrócił do domu. Nazwała go Andy i powiedziała coś takiego: „Mam uklęknąć i błagać cię?” Usiłowała zatrzymać go siłą, aleją odepchnął i odjechał.
– Dana to wszystko widziała?
– Tak i dość rozsądnie założyła, że to sprzeczka kochanków. Z pewnym zażenowaniem odciągnęła Mata. Teraz, kiedy wiemy o kokainie, kusi mnie, żeby spojrzeć na ten incydent pod innym kątem.
– Ten Andy był jej dostawcą? Diamond skinął głową.
– Tak przypuszczam. Prawdopodobnie wstrzymywał dostawę, żeby osiągnąć wyższą cenę. Więcej, niż twoja żona mogła wtedy zapłacić.
– Musimy go znaleźć.
– To nie takie proste. Gdybym nadal pracował w policji, wciągnąłbym do tego wydział antynarkotykowy. Oni wiedzą więcej, żeby go odszukać. W każdym razie powinniśmy to zgłosić.
Pewna niechęć w głosie Diamonda mogła przemknąć niezauważona, bo Jackman natychmiast powiedział.
– Rozgrywamy inny mecz. Tu nie chodzi o obywatelski obowiązek. Danie grozi dożywocie, a reputacja inspektora Wigfulla zostałaby naruszona. Przekazał oskarżeniu ładną sprawę o zabójstwo z wiecznym motywem trójkąta małżeńskiego i dowodami, które to wspierają. Nie będzie tego chciał komplikować narkotykami.
– Ale nie będzie mógł tego zataić.
– Tak. Tylko zbagatelizuje. Myślę, że powinniśmy to zbadać sami. To pierwszy promyk nadziei dla obrony. Nie psujmy tego, przekazując sprawę przeciwnikowi.
Diamond poczuł się nieswojo. Jako policjant ze stażem ostro zabrałby się do każdego, kto nie powiadomiłby o znalezieniu narkotyków, choćby w małej ilości. Ale jako policjant ze stażem wiedział także, jak toczy się śledztwo w sprawie o morderstwo. Nowe dowody nie są mile widziane, kiedy sprawa została już przekazana do prokuratury. Uwaga Jackmana o bagatelizowaniu była trafna. I nadal dręczyła go wcześniejsza wpadka z książką kierowcy. Zwracając uwagę na jej zniknięcie, bez wątpienia wręczyli oskarżeniu kartę atutową. Dlaczego nie zachować tej, żeby nią zagrać, kiedy przyjdzie czas?
Osobiste zbadanie tego wątku, co proponował Jackman, najeżone byłoby trudnościami, ale dzięki dobrze wyćwiczonej pamięci Diamond znalazł jeden możliwy trop.
– Cofnij się pamięcią o kilka miesięcy. Pamiętasz, jak razem przeglądaliśmy książkę adresową twojej żony? Jestem całkiem pewien, że jedno z imion, których nie namierzyliśmy, brzmiało Andy.
– Masz rację! Nic mi nie mówiło.
– Nie było adresu, tylko numer telefonu. Gdyby udało nam się zdobyć ten numer…
– Słusznie! – Ale Jackman zaraz spuścił z tonu. – Książkę adresową nadal ma policja.
– Adwokat może poprosić o dostęp do niej. Nie mają prawa odmówić. To zrozumiała prośba i nie musi mówić, czego szuka.
– Natychmiast dzwonię do Siddonsa.
Poszło łatwo, zbyt łatwo, dla cynicznego umysłu Diamonda, który ostrzegał go, że nic, czego się naprawdę pragnie, nie osiąga się bez trudu. Adwokat Siddons poszedł prosto na policję w Bath i spotkał się z Johnem Wigfullem. Wydano mu książkę adresową. Po godzinie od chwili, gdy o to poprosił, Jackman otrzymał numer Andy’ego.
Problemy zaczęły się, kiedy zadzwonili. Odezwał się głos z azjatyckim akcentem. Pod bristolskim numerem znajdowała się indyjska restauracja w dzielnicy St Paul’s. Nie znali żadnego Andy’ego. Okazało się, że restauracja otwarta w styczniu przejęła puste pomieszczenia, które przez kilka miesięcy stałe zabite deskami. Przedtem mieścił się tam fryzjer męski.
Diamondowi udało się skontaktować z pośrednikiem handlu nieruchomościami, obsługującym przeniesienie własności lokalu. Niezbyt spodobało mu się, że pytają go o Andy’ego. Ciągle do niego dzwoniono z tym pytaniem. Fryzjer nie miał na imię Andy. Nazywał się Mario i zmarł podczas epidemii grypy tuż przed Bożym Narodzeniem. Agent domyślał się, że fryzjer Mario dorabiał sobie na boku, przyjmując informacje od dziesiątków wątpliwej konduity ludzi, którzy dzwonili czasami do zakładu.
Diamond odłożył słuchawkę.
– To ślepa uliczka – powiedział do Jackmana.