Trwał niedzielny wieczór przed moim pierwszym dniem pracy i nie byłam w stanie robić nic innego, jak tylko dręczyć się tym, w co się nazajutrz ubrać. Kendra, milsza z moich dwóch współmieszkanek, co chwila wtykała głowę przez drzwi i cicho pytała, czy mogłaby w czymś pomóc. Biorąc pod uwagę, że obie codziennie nosiły do pracy ultrakonserwatywne kostiumy, odrzuciłam pomoc z zakresu stylizacji. Pochodziłam po salonie tyle, ile dałam radę w sytuacji, gdy długość pokoju wynosiła pięć kroków i usiadłam na futonie przed telewizorem. Co się nosi pierwszego dnia pracy dla najmodniejszego redaktora zajmującego się modą w najmodniejszym istniejącym magazynie poświęconym modzie? Słyszałam nazwę Prada (od kilku Japonek, które w Brown nosiły plecaki tej marki) i Louis Vuitton (ponieważ obie moje babcie chlubiły się sygnowanymi torbami, bez świadomości, jakie są odlotowe) i może nawet Gucci (bo kto nie słyszał o Guccim?). Ale z pewnością nie miałam ani jednego ich ciucha i nie wiedziałabym, co z nimi zrobić, nawet gdyby cała zawartość wszystkich tych trzech sklepów znajdowała się w mojej miniaturowej szafie. Wróciłam do swojego pokoju – albo raczej sięgającego od ściany do ściany łóżka, który nazywałam pokojem – i opadłam na to wielkie, piękne łoże, waląc kostką w zajmującą tyle miejsca ramę. Cholera. Co teraz?
Po strasznych udrękach i masie przerzucania ciuchów ostatecznie zdecydowałam się na jasnoniebieski kaszmirowy sweter i czarną spódnicę do kolan z czarnymi kozakami do kolan. Wiedziałam już, że teczka nie przejdzie, więc nie zostało mi nic innego, jak tylko użyć mojej czarnej płóciennej torebki. Pamiętam, że tamtej nocy próbowałam okrążyć masywne łóżko w kozakach na wysokich obcasach, spódnicy i bez bluzki i że usiadłam odpocząć, wyczerpana tym wysiłkiem.
Najwyraźniej zmógł mnie niepokój, ponieważ obudziłam się o szóstej rano wyłącznie dzięki przypływowi adrenaliny. Zerwałam się na równe nogi. Przez cały tydzień moje nerwy znosiły stan permanentnego przeciążenia i wydawało mi się, że głowa mi eksploduje. Miałam dokładnie półtorej godziny, żeby wziąć prysznic, ubrać się i z przypominającego akademik budynku na rogu Dziewięćdziesiątej Szóstej i Trzeciej dostać się do śródmieścia środkiem transportu publicznego, zadanie wciąż jeszcze groźne i onieśmielające. Oznaczało to, że muszę przeznaczyć godzinę na podróż i pół godziny, żeby zrobić się na bóstwo.
Prysznic był potworny. Wydobywał z siebie wysoki, piskliwy głos jak jeden z tych gwizdków do tresury psów, wytrwale lejąc letnią wodę aż do chwili, gdy właśnie miałam spod niego wyjść i stanąć w lodowato zimnej łazience, w którym to momencie woda zmieniła się we wrzątek. Wystarczyły trzy dni, żebym zaczęła sprintem opuszczać łóżko, odkręcać prysznic z piętnastominutowym wyprzedzeniem i zmierzać z powrotem pod kołdrę. Kiedy po pstryknięciu budzika trzy kolejne razy udawałam się do łazienki, żeby zacząć drugą rundę, lustra były całe zaparowane od cudownie gorącej – choć sączącej się z trudem – wody.
Wbiłam się w swój ciasny, niewygodny strój i stałam w drzwiach w dwadzieścia pięć minut – rekord. Odnalezienie najbliższej stacji metra trwało tylko dziesięć minut – coś, co powinnam była zrobić poprzedniego wieczoru, ale byłam zbyt zajęta wyszydzaniem sugestii mojej matki na temat zrobienia „rekonesansu”, żebym się nie zgubiła. Kiedy tydzień wcześniej pojechałam na rozmowę w sprawie pracy, wzięłam taksówkę, i zdążyłam już nabrać przekonania, że ten eksperyment z metrem okaże się koszmarny. Jednak w budce siedziała, co godne uwagi, pracownica mówiąca po angielsku, która poinstruowała mnie, żebym szóstką pojechała na Pięćdziesiątą Dziewiątą Ulicę. Powiedziała, że wyjdę prosto na Pięćdziesiątą Dziewiątą i będę musiała przejść dwa kwartały na zachód do Madison. Łatwizna. Jechałam zimnym pociągiem w milczeniu; jedna z osób dość szalonych, żeby być na nogach i przemieszczać się o tak żałosnej porze w środku listopada. Jak na razie bez problemów – żadnych potknięć do chwili, gdy nadeszła pora, żeby przenieść się na poziom ulicy.
Skorzystałam z najbliższych schodów i wyszłam prosto w lodowaty dzień, jedyne widoczne światło dochodziło z całodobowego monopolowego. Za plecami miałam Bloomingdale'a, ale nic poza tym nie wyglądało znajomo. Elias – Clark, Elias – - Clark, Elias – Clark. Gdzie był ten budynek? Obróciłam się w miejscu o sto osiemdziesiąt stopni, aż zobaczyłam znak z nazwą: Sześćdziesiąta Ulica i Lexington. Cóż, Pięćdziesiąta Dziewiąta nie może być daleko od Sześćdziesiątej, ale którędy powinnam pójść, żeby ulice prowadziły na zachód? I gdzie było Madison w stosunku do Lexington? Nic mi się nie przypomniało z wizyty w budynku tydzień wcześniej, bo zostałam wysadzona tuż przed frontem. Przeszłam się, szczęśliwa, że zostawiłam trochę czasu na zgubienie się do tego stopnia, do jakiego się zgubiłam, i w końcu zanurkowałam do delikatesów na filiżankę kawy.
– Dzień dobry panu. Wygląda na to, że nie mogę dojść do budynku Elias – Clark. Czy mógłby pan skierować mnie we właściwą stronę? – zapytałam stojącego za kasą mężczyznę o nerwowym wyglądzie. Starałam się nie uśmiechać słodko, pamiętając o tym, co wszyscy mi mówili; nie jestem już w Avon, a ludzie tutaj niezbyt pozytywnie reagują na dobre maniery. Popatrzył na mnie spode łba i poczułam niepokój, że uznał mnie za niegrzeczną. Uśmiechnęłam się słodko.
– Jeden dolah – powiedział, wyciągając rękę.
– Kasuje mnie pan za wskazanie drogi?
– Jeden dolah, chude mleko albo czahna, ty wybiehasz.
Gapiłam się na niego przez chwilę, zanim zdałam sobie sprawę, że znał angielski w zakresie wystarczającym wyłącznie do rozmowy o kawie.
– Och, chude mleko będzie idealne. Bardzo dziękuję. – Wręczyłam dolara i wyszłam, zagubiona bardziej niż kiedykolwiek. Pytałam ludzi, którzy pracowali w budce z gazetami, jako zamiatacze ulic, nawet człowieka, który siedział skulony w jednym z tych ruchomych stoisk ze śniadaniami. Ani jedna osoba nie rozumiała mnie dość dobrze, żeby chociaż wskazać w kierunku Pięćdziesiątej Dziewiątej i Madison, i nawiedziła mnie przelotna wizja Delhi, depresji, dyzenterii. Nie! Znajdę go.
Kilka kolejnych minut błąkania się bez celu po budzącym się śródmieściu rzeczywiście zaprowadziło mnie do frontowych drzwi budynku Elias – Clark. W ciemności wczesnego poranka hol jaśniał za szklanymi drzwiami i w pierwszej chwili wyglądał na ciepłe, przyjazne miejsce. Kiedy jednak pchnęłam obrotowe drzwi, żeby wejść, stawiły opór. Pchałam mocniej i mocniej, aż w końcu napierałam na nie całym ciężarem, twarz miałam prawie przyciśniętą do szyby i dopiero wtedy drgnęły. Gdy zaczęły się poruszać, z początku przesuwały się wolno, skłaniając mnie do jeszcze mocniejszego pchania, ale kiedy tylko nabrały nieco rozpędu, szklany potwór odwrócił się nagle, uderzając mnie z tyłu i zmuszając do wyraźnie widocznego drobienia nogami i ślizgania się, żeby zachować pozycję stojącą. Mężczyzna za biurkiem ochrony roześmiał się.
– Niezłe, co? Nie pierwszy raz to widzę i pewnie nie ostatni. – Tłuste policzki trzęsły mu się ze śmiechu. – Bywają tu niezłe numery.