Emily umieściła wielki wyplatany kosz na swoim biurku i zajrzała do niego, stojąc z rękoma na biodrach. Z tego, co mogłam zobaczyć z podłogi w gabinecie Mirandy, było tam jakieś dwadzieścia pięć różnych spódnic w niewiarygodnym wyborze materiałów, kolorów i rozmiarów. Czy ona naprawdę zupełnie nie określiła, czego chce? Naprawdę nie zadała sobie trudu, żeby poinformować Emily, czy będzie potrzebowała czegoś odpowiedniego na elegancki obiad, mecz mieszanego debla albo może czegoś do włożenia na kostium kąpielowy? Chciała coś z dżinsu czy może lepiej nadałby się szyfon? Jak właściwie przewidzieć, co mogłoby ją zadowolić?
Za chwilę miałam się tego dowiedzieć. Emily zaniosła wyplatany kosz do gabinetu Mirandy i ostrożnie, z czcią, umieściła go na pluszowym dywanie obok mnie. Usiadła i zaczęła je wyjmować, jedną po drugiej, i układać w okręgu wokół nas. Była tam piękna szydełkowa chusta w szokującym kolorze fuksji od Celinę, perłowoszara kopertówka od Calvina Kleina i czarna zamszowa z czarnymi paciorkami u dołu od samego de la Renty. Spódnice czerwone, ecru i lawendowe, niektóre koronkowe, inne kaszmirowe. Kilka wystarczająco długich, żeby wdzięcznie spłynąć wokół kostek, inne tak krótkie, że wyglądały bardziej jak topy. Podniosłam sięgające do połowy łydki brązowe, jedwabne cudo i przyłożyłam sobie do pasa, ale materiał zakrywał mi tylko jedną nogę. Następna ze stosu zwojami tiulu i szyfonu sięgała do podłogi i wyglądała tak, że najbardziej na miejscu wydawałaby się na przyjęciu ogrodowym w Charlestonie. Jedna z dżinsowych spódnic, fabryczne sprana, miała dołączony gigantyczny brązowy, skórzany pas, już owinięty wokół niej, a inną uszyto z chrzęszczącego srebrnego materiału, nałożonego na wierzch nieco mniej prześwitującej srebrnej podszewki. O co tu, do licha, chodziło?
– Rany, wygląda na to, że Miranda ma słabość do spódnic, co? – zauważyłam, zwyczajnie dlatego, że nie miałam do powiedzenia niczego lepszego.
– Właściwie to nie. Miranda ma lekką obsesję na punkcie apaszek. – Emily nie nawiązała ze mną kontaktu wzrokowego, zupełnie jakby właśnie wyznała, że ona sama ma opryszczkę. – To po prostu jedno z tych jej uroczych dziwactw, o których powinnaś wiedzieć.
– Och, naprawdę? – zapytałam, starając się okazać zdumienie, a nie grozę. Obsesję na punkcie apaszek? Lubię ciuchy, torby i buty tak samo jak każda dziewczyna, ale nie nazwałabym którejś z tych rzeczy swoją „obsesją”. A coś w sposobie, w jaki Emily o tym powiedziała, sugerowało, że to nie taka zwykła sprawa.
– Tak, no cóż, na pewno potrzebuje spódnicy na jakąś szczególną okazję, ale tak naprawdę interesują ją apaszki. No wiesz, jak jej znak firmowy. – Spojrzała na mnie. Wyraz twarzy musiał zdradzić moją kompletną i całkowitą niewiedzę. – Pamiętasz spotkanie z nią podczas rozmowy wstępnej, prawda?
– Oczywiście – skłamałam pośpiesznie, wyczuwając, że prawdopodobnie nie byłoby najlepszym pomysłem dopuścić do tego, by ta dziewczyna się dowiedziała, że podczas rozmowy wstępnej nie pamiętałam nawet nazwiska Mirandy, a co dopiero tego, w co była ubrana. – Nie jestem pewna, czy zauważyłam apaszkę.
– Zawsze, zawsze, zawsze nosi przy sobie białą apaszkę od Hermesa. Przeważnie na szyi, ale czasami każe fryzjerce wpleść ją w kok albo od czasu do czasu używa jej jako paska. Wszyscy wiedzą, że choćby nie wiem co, Miranda Priestly nosi białą apaszkę od Hermesa. Odlotowe, prawda?
Dokładnie w tym momencie zauważyłam, że Emily miała apaszkę w kolorze groszkowym przeciągniętą przez szlufki dżinsów, wystającą spod białego podkoszulka.
– Czasami lubi zrobić trochę zamieszania i przypuszczam, że teraz mamy z tym do czynienia. Tak czy owak ci idioci z działu mody nigdy nie wiedzą, co się jej spodoba. Spójrz tylko na część tych spódnic, są szkaradne! – Podniosła absolutnie cudowną, lejącą się spódnicę, nieco bardziej szykowną niż reszta, z płateczkami złota połyskującymi z żółtobrązowego tła.
– Jasne – zgodziłam się po raz pierwszy z tysięcy, jeśli nie milionów razy, gdy zgadzałam się ze wszystkim, co powiedziała, tylko po to, żeby powstrzymać ją od mówienia. – Co za paskudztwo. – Spódnica była tak piękna, że z rozkoszą włożyłabym ją na własny ślub.
Emily dalej plotła o fasonach, materiałach i potrzebach oraz pragnieniach Mirandy, od czasu do czasu wtrącając zjadliwą obelgę pod adresem jakiegoś współpracownika. Ostatecznie wybrała trzy kompletnie różne spódnice i odłożyła je na bok do wysłania Mirandzie, przez cały czas mówiąc, mówiąc, mówiąc. Usiłowałam słuchać, ale była prawie siódma i próbowałam ocenić, czy umieram z głodu, czy jest mi potwornie niedobrze, a może to zwykłe wyczerpanie. Myślę, że wszystko naraz. Nawet nie zauważyłam, kiedy najwyższy człowiek, jakiego w życiu widziałam, bez zapowiedzi wpadł do biura.
– TY! – usłyszałam gdzieś z tyłu. – WSTAŃ, ŻEBYM MÓGŁ RZUCIĆ NA CIEBIE OKIEM!
Odwróciłam się w samą porę, żeby zobaczyć mężczyznę wzrostu co najmniej dwóch metrów, o oliwkowej skórze i czarnych włosach, wskazującego wprost na mnie. Na tej niesamowicie wysokiej sylwetce prężyło się sto dwadzieścia pięć kilogramów mięśni, tak nabitych, że wyglądały, jakby miały po prostu rozerwać jego dżinsowy… kombinezon? O mój boże! Miał na sobie kombinezon. Tak, tak, dżinsowy kombinezon z obcisłymi nogawkami, paskiem i podwiniętymi rękawami. I pelerynę. Naprawdę miał na sobie futrzaną pelerynę wielkości koca, z wiązaniem dwukrotnie owiniętym wokół potężnej szyi, jego mamucie stopy zaś ozdabiały lśniące, czarne buty wojskowe rozmiaru rakiet tenisowych. Wyglądał na jakieś trzydzieści pięć lat, ale wszystkie te mięśnie i mocna opalenizna oraz wystające kości policzkowe mogły ukrywać dziesięć lat lub dodawać pięć. Machał na mnie rękoma i pokazywał, żebym wstała z podłogi. Stałam, nie będąc w stanie oderwać od niego oczu, a on natychmiast zaczął mnie krytycznie oglądać.
– NO, NO! KOGO MY TU MAMY? – ryknął, najlepiej jak się da to zrobić falsetem. – JESTEŚ ŁADNA, ALE ZA BARDZO PRZAŚNA. A TEN STRÓJ W NICZYM CI NIE POMAGA!
– Nazywam się Andrea. Jestem nową asystentką Mirandy.
Obejrzał moje ciało z góry na dół, badając wzrokiem każdy centymetr. Emily obserwowała ten spektakl z szyderczym uśmiechem. Panowała nieznośna cisza.
– KOZAKI DO KOLAN? ZE SPÓDNICĄ DO KOLAN? DZIECKO, NA WYPADEK, GDYBYŚ BYŁA TEGO NIEŚWIADOMA, GDYBYŚ PRZEOCZYŁA TEN WIELKI CZARNY ZNAK PRZY DRZWIACH, TO JEST MAGAZYN RUNWAY, NAJBARDZIEJ ZAJEBISTY MAGAZYN NA ZIEMI. NA ZIEMI! ALE NIC SIĘ NIE MARTW, KOCHANIE, NIGEL JUŻ NIEDŁUGO POZBĘDZIE SIĘ TEGO TWOJEGO WYGLĄDU SZCZURA Z CENTRUM HANDLOWEGO NA JERSEY.
Położył obie potężne ręce na moich biodrach i obrócił mnie dookoła. Czułam jego wzrok na nogach i pupie.
– JUŻ NIEDŁUGO, SŁODZIUTKA, OBIECUJĘ, BO STANOWISZ DOBRY, SUROWY MATERIAŁ. ŁADNE NOGI, WSPANIAŁE WŁOSY I NIETŁUSTA. Z NIETŁUSTĄ MOGĘ PRACOWAĆ. BARDZO NIEDŁUGO, SŁODZIUTKA.
Chciałam czuć się obrażona, wyrwać się z uścisku obejmującego dolne partie mojego ciała, żeby przez chwilę ochłonąć i przemyśleć fakt, że kompletnie nieznajomy – i ni mniej, ni więcej, tylko współpracownik – przeprowadził właśnie spontanicznie i z niezachwianą pewnością siebie ocenę mojego stroju oraz figury, ale nie czułam się obrażona. Podobały mi się jego miłe, zielone oczy, które wydawały się śmiać, a nie wyśmiewać, a, co więcej, cieszyłam się, że zdałam ten egzamin. To był Nigel – bez nazwiska jak Madonna albo Price – autorytet w sprawach mody, którego nawet ja rozpoznawałam z telewizji, czasopism, stron poświęconych wydarzeniom towarzyskim, zewsząd, i określił mnie jako wspaniałą. Powiedział, że mam ładne nogi! Pozwoliłam, żeby komentarz o szczurze z centrum handlowego przeszedł niezauważony. Spodobał mi się ten facet.