Usłyszałam Emily, która gdzieś w tle mówiła mu, żeby zostawił mnie w spokoju, ale nie chciałam, by wychodził. Za późno, już zmierzał do drzwi, futrzana peleryna unosiła się za nim z łopotem. Chciałam zawołać, powiedzieć, że miło mi było go poznać, że nie czuję się obrażona tym, a myśl o tym, że chce mnie wystylizować, jest podniecająca. Ale zanim zdążyłam wydusić choćby słowo, Nigel okręcił się w miejscu i pokonał przestrzeń między nami w dwóch wielkich krokach, każdy długości niezłego skoku. Ustawił się dokładnie naprzeciw, otoczył całe moje ciało potężnymi, muskularnymi ramionami, i przycisnął mnie do siebie. Moja głowa oparła się dokładnie poniżej jego klatki piersiowej i poczułam łatwy do rozpoznania zapach balsamu Johnson's Baby. I dokładnie wtedy, gdy odzyskałam przytomność umysłu na tyle, żeby oddać mu uścisk, odepchnął mnie w tył, otoczył moje ręce swoimi dłońmi i skrzeknął:
– WITAJ W NASZYM DOMKU DLA LALEK, MAŁA!
5
– Co powiedział? – zapytała Lily, zlizując z łyżeczki porcję lodów o smaku zielonej herbaty. Spotkałyśmy się w Susi Samba o dziewiątej, żebym mogła uaktualnić wiadomości na temat mojego pierwszego dnia. Rodzice niechętnie zgodzili się potrząsnąć kieszenią i odzyskałam kartę kredytową przeznaczoną na „sytuacje awaryjne” do chwili, gdy dostanę pierwszy czek z wypłatą. Pikantne roladki z tuńczyka i sałatka z wodorostów na pewno zaliczały się do sytuacji awaryjnych, więc w duchu podziękowałam mamie i tacie za tak hojny poczęstunek dla Lily i dla mnie.
– Powiedział: „Witaj w naszym domku dla lalek, mała”. Przysięgam. Odlotowe, prawda?
Spojrzała na mnie, usta otwarte, łyżeczka zawieszona w pół drogi.
– Masz najbardziej odlotową, paranoiczną pracę, o jakiej w życiu słyszałam – stwierdziła Lily, która zawsze powtarzała, że powinna była popracować rok przed powrotem do szkoły.
– Wydaje się rzeczywiście niezła, prawda? Na pewno dziwna, ale też odlotowa. W każdym razie – oznajmiłam, z apetytem zabierając się za ociekające czekoladą ciastko – wolałabym być znów studentką, niż robić to wszystko.
– Jasne, na pewno z rozkoszą pracowałabyś w niepełnym wymiarze, żeby sfinansować swój nieprzyzwoicie kosztowny i kompletnie bezużyteczny doktorat. Prawda? Zazdrościsz mi, że jestem barmanką w pubie dla studentów, że co wieczór do czwartej nad ranem podrywają mnie pryszczaci pierwszoroczni, a potem idę na zajęcia od ósmej do szóstej, prawda? A wszystko to wiedząc, że jeśli – a to wielkie, tłuste jeśli – w którymś momencie w ciągu następnych siedemnastu lat zdołasz to skończyć, w życiu nie znajdziesz pracy. Nigdzie. – Przywołała na twarz szeroki, nieszczery uśmiech i pociągnęła łyk swojego sapporo. Lily pracowała nad doktoratem z literatury rosyjskiej na Columbii i każdą sekundę, w której nie studiowała, poświęcała na wykonywanie różnych dziwnych prac. Jej babcia miała ledwie tyle pieniędzy, żeby się utrzymać, a Lily nie kwalifikowała się do uzyskania grantu przed zrobieniem magisterki, więc sam fakt, że w ogóle wyszła ze mną tego wieczoru, był znaczący.
Połknęłam haczyk, zawsze się na to łapałam, kiedy zaczynała psioczyć na swoje życie.
– Więc czemu to robisz, Lii? – zapytałam, mimo że milion razy słyszałam odpowiedź.
Lily prychnęła i przewróciła oczyma.
– Bo to uwielbiam! – zanuciła sarkastycznie. I chociaż nigdy się do tego nie przyznała, bo znacznie zabawniej było narzekać, naprawdę to uwielbiała. Zasmakowała w rosyjskiej kulturze, kiedy nauczyciel w ósmej klasie stwierdził, że ze swoją okrągłą buzią i czarnymi kręconymi lokami wygląda tak, jak zawsze wyobrażał sobie Lolitę. Poszła prosto do domu i przeczytała lubieżne arcydzieło Nabokova, ani przez chwilę nie przejmując się nauczycielskim skojarzeniem z Lolitą, a potem przeczytała wszystko inne, co napisał. I Tołstoja. I Gogola. I Czechowa. Kiedy przyszedł czas na college, złożyła papiery do Brown, żeby pracować z jakimś konkretnym profesorem od literatury rosyjskiej, który, po rozmowie wstępnej z siedemnastoletnią Lily, ogłosił ją najbardziej oczytaną i zapaloną studentką literatury rosyjskiej, jaką kiedykolwiek spotkał wśród ludzi przed dyplomem, po dyplomie i wszystkich innych. Nadal to uwielbiała, nadal studiowała rosyjską gramatykę i potrafiła przeczytać wszystko w oryginale, ale jeszcze bardziej bawiło ją narzekanie na ten temat.
– No jasne, zdecydowanie się zgadzam, że mam najlepszą fuchę w okolicy. Bo rozumiesz, Tommy Hilfiger? Chanel? Apartament Oscara de la Renty? Niezły pierwszy dzień. Muszę przyznać, że nie do końca jestem pewna, w jaki sposób to wszystko ma mnie przybliżyć do New Yorkera, ale może po prostu jest za wcześnie, żeby coś powiedzieć. To wszystko nie wydaje się zbyt realne, wiesz?
– No cóż, ilekroć byś potrzebowała odzyskać kontakt z rzeczywistością, wiesz, gdzie mnie szukać – stwierdziła Lily, wyjmując z portmonetki kartę MetroCard. – Jeżeli zatęsknisz za odrobiną getta, jeżeli będziesz zdychać, żeby zasmakować rzeczywistości Harlemu, to cóż, moje luksusowe studio o powierzchni siedmiuset metrów kwadratowych jest do twojej dyspozycji.
Zapłaciłam rachunek i uściskałyśmy się na do widzenia, a ona usiłowała podać mi szczegółowe instrukcje, jak z Siódmej Alei i Christopher Street dostać się do mojego własnego sublokatorskiego pokoju. Przysięgłam na wszystkie świętości, że dokładnie zrozumiałam, jak znaleźć linię L, a potem numer sześć i z przystanku przy Dziewięćdziesiątej Szóstej Ulicy dojść do mojego mieszkania, ale kiedy tylko poszła, wskoczyłam do taksówki.
Tylko ten jeden raz, pomyślałam sobie, tonąc w cieple tylnego siedzenia i starając się nie wdychać smrodu ciała kierowcy. Teraz jestem dziewczyną z Runwaya.
Z przyjemnością przekonałam się, że reszta pierwszego tygodnia nieznacznie różniła się od pierwszego dnia. W piątek Emily i ja znów spotkałyśmy się w idealnie białym holu o siódmej rano i tym razem wręczyła mi moją własną kartę identyfikacyjną, gotową, ze zdjęciem, którego zrobienia nie mogłam sobie przypomnieć.
– Z kamery ochrony – powiedziała, kiedy się na nie zagapiłam. – Są tu wszędzie, lepiej, żebyś wiedziała. Mieli poważne problemy z ludźmi, którzy kradli różne rzeczy, ubrania i biżuterię zamówione do zdjęć. Wygląda na to, że posłańcy, a czasem nawet redaktorzy po prostu się częstowali. Więc teraz wszystkich śledzą. – Wsunęła swoją kartę w szczelinę i ciężkie szklane drzwi otworzyły się z kliknięciem.
– Śledzą? Co dokładnie masz na myśli, mówiąc „śledzą”?
Szybko szła korytarzem w stronę naszych biur, jej biodra w obcisłych brązowych sztruksach Seven energicznie kołysały się z tam i z powrotem, tam i z powrotem. Dzień wcześniej powiedziała mi, że powinnam poważnie rozważyć, czy nie postarać się o parę czy dziesięć par, ponieważ należały do tych niewielu dżinsów i sztruksów, jakie Miranda pozwalała nosić w biurze. Te i MJ były w porządku, ale tylko w piątki i tylko noszone do wysokich obcasów. MJ? „Mark Jacobs” – wyjaśniła z rozdrażnieniem.
– Dzięki kamerom i kartom właściwie wiedzą, co wszyscy robią – powiedziała, upuszczając swoją wielką torbę ze znakiem Gucci na biurko. Zaczęła rozpinać bardzo dopasowany skórzany żakiet, okrycie, które wydawało się w najwyższym stopniu nieodpowiednie na pogodę, jaka bywa pod koniec grudnia. – Nie przypuszczam, żeby naprawdę obserwowali przez kamery, dopóki coś nie zginie, ale karty mówią wszystko. Za każdym razem, kiedy wczytujesz ją na dole, żeby przejść przez stanowisko ochrony, albo na piętrze, by wejść, wiedzą, gdzie jesteś. W ten sposób mogą stwierdzić, czy ludzie są w pracy, więc jeżeli musisz wyjść – nigdy nie będziesz musiała, ale tak na wypadek, gdyby stało się coś naprawdę potwornego – po prostu dasz mi swoją kartę i ja ją wczytam. W ten sposób zapłacą ci za wszystkie te dni, które opuścisz, nawet jeżeli cię sprawdzą. Zrobisz to samo dla mnie, wszyscy to robią.