Выбрать главу

Wejście do Jadalni, całej w szkle i granicie, blokowała grupa Klakierów w trakcie ćwiczeń, wszyscy pochylali się i szeptali, mierząc wzrokiem każdą grupę ludzi wychodzących z windy. Przyjaciele pracowników Elias, natychmiast przypomniałam sobie opis takich grup autorstwa Emily, dzięki ich nieukrywanemu podnieceniu, że stoją w środku tego wszystkiego, nie sposób było ich z nikim pomylić. Lily też błagała, żebym zabrała ją do Jadalni, bo niemal w każdej wychodzącej na Manhattanie gazecie i czasopiśmie opisywano ją z powodu niesamowitego wyboru i klasy jedzenia – nie wspominając już o stadach wspaniałych ludzi – ale jeszcze nie byłam na to gotowa. Poza tym, zgodnie ze skomplikowanym harmonogramem wysiadywania w biurze, który jak na razie codziennie negocjowałyśmy z Emily, nie miałam jeszcze okazji spędzić tam więcej niż dwie i pół minuty, których wymagało wybranie jedzenia i zapłacenie za nie, i nie byłam pewna, czy kiedykolwiek taka okazja mi się trafi.

Przepchnęłam się między dziewczynami i czułam, że odwracają się, żeby sprawdzić, czy jestem kimś ważnym. Nie. Sprawnie i celowo omijając przeszkody, zostawiłam za sobą wspaniałe żeberka jagnięce oraz cielęcinę w marsali w dziale dań mięsnych i z wielkim wysiłkiem woli przemknęłam obok specjalnej pizzy z suszonymi pomidorami i kozim serem (znajdującej się na wygnaniu, na stoliku na uboczu, w miejscu, które wszyscy czule nazywali „Kącikiem węglowodanów”). Już nie tak łatwo było ominąć główną atrakcję Jadalni, bar sałatkowy (znany też jako „Zielenina”, jak w zdaniu „Spotkamy się przy Zieleninie”), długi jak pas startowy na lotnisku i dostępny z czterech różnych stron, jednak horda pozwoliła mi przejść, gdy głośno zapewniłam, że nie poluję na ostatnie kawałki tofu. Kompletnie z tyłu, bezpośrednio za działem panini, który właściwie przypominał stoisko z przyborami do makijażu, znajdowało się samotne, opuszczone stanowisko z zupami. Opuszczone, ponieważ szef dziana zup był jedynym w całej Jadalni, który odmówił przygotowania choć jednej ze swoich propozycji w wersji niskotłuszczowej, odtłuszczonej, beztłuszczowej, niskosodowej czy niskowęglowodanowej. Zwyczajnie odmówił. W efekcie tylko do tego jednego stołu w całej sali nie stała kolejka i codziennie sprintem podążałam w jego stronę. Ponieważ wyglądało na to, że tylko ja jedna w całej firmie kupowałam zupę – a pracowałam tam zaledwie tydzień – kierownictwo okroiło jego menu do jednej samotnej zupy na dzień. Modliłam się o pomidorową z cheddarem. Zamiast tego nalał mi wielką chochlę nowoangielskiej zupy z małży, dumnie ogłaszając, że została przygotowana na tłustej śmietanie. Trzy osoby stojące przy Zieleninie odwróciły się, żeby popatrzeć. Ostatnią przeszkodą, którą musiałam pokonać, były tłumy zgromadzone przy Stole Szefa, gdzie przybyły na gościnne występy. Szef w nieskazitelnej bieli przygotowywał duże kawałki sashimi przeznaczone dla grupy wyglądającej na pełnych uwielbienia fanów. Odczytałam plakietkę z nazwiskiem na jego wykrochmalonym białym kołnierzyku: Nobu Matsuhisa. Zanotowałam w pamięci, żeby poszukać go, kiedy wrócę na górę, bo wyglądało na to, że jestem tu jedynym pracownikiem, który się do niego nie przymila. Co było gorsze, nie znać pana Matsuhisy czy Mirandy Priestly?

Przy podliczaniu drobniutka kasjerka spojrzała najpierw na zupę, a potem na moje biodra. Tylko czy na pewno? Przywykłam już do tego, że oglądano mnie ze wszystkich stron za każdym razem, gdy dokądś szłam, ale przysięgłabym, że patrzyła na mnie z takim wyrazem twarzy, z jakim sama przyglądałabym się człowiekowi ważącemu dwieście pięćdziesiąt kilogramów z ośmioma Big Macami przyszykowanymi do zjedzenia: oczy uniesione na tyle, żeby zdawały się pytać: „Naprawdę jest ci to potrzebne?”. Jednak odsunęłam tę paranoiczną myśl i przypomniałam sobie, że ta kobieta jest zwykłą kasjerką w stołówce, a nie instruktorem Strażników Wagi. Albo redaktorem z działu mody.

– No więc. W dzisiejszych czasach niezbyt wiele osób kupuje zupę – powiedziała cicho, wybijając cyfry na kasie.

– Tak, chyba niezbyt wiele osób lubi nowoangielską zupę z małży – wymamrotałam, machając kartą i marząc, żeby jej ręce poruszały się szybciej, szybciej.

Przestała stukać i zwróciła wąskie brązowe oczy wprost na mnie.

– Nie, zdaje mi się, że to dlatego, iż kucharz od zup upiera się przy gotowaniu tych naprawdę tuczących. Masz pojęcie, ile to ma kalorii? Masz pojęcie, jaka tucząca jest ta mała miseczka zupy? Mówię tylko, że można by przybrać z pięć kilo od samego patrzenia. – A ty nie należysz do tych, którzy mogą sobie pozwolić na przybranie pięciu kilogramów, sugerował jej ton.

Auć. Jakby nie dość trudne było przekonanie samej siebie, że mam w stosunku do wzrostu normalną wagę wtedy, gdy wszystkie te wysokie, wiotkie blondynki z Runwaya otwarcie mnie oceniały, teraz kasjerka – praktycznie rzecz biorąc – mówiła mi, że jestem gruba. Chwyciłam torebkę na wynos, przepchnęłam się między ludźmi i weszłam do łazienki zlokalizowanej dogodnie tuż przy wyjściu z Jadalni, gdzie można było zrzucić z siebie każdy wcześniejszy grzech nieumiarkowania. I chociaż wiedziałam, że lustro nie pokaże niczego więcej ani mniej niż to, co widniało w nim rano, odwróciłam się, żeby stanąć do niego przodem. Spojrzała na mnie z niego wykrzywiona, wściekła twarz.

– Co tu, do cholery, robisz? – Emily prawie wrzasnęła do mojego odbicia. Odwróciłam się gwałtownie w samą porę, żeby zobaczyć, że przewiesza skórzany żakiet przez rączkę torby od Gucciego, przesuwając okulary przeciwsłoneczne na czubek głowy. Dotarło do mnie, że Emily rzeczywiście zrobiła to, co zapowiedziała trzy i pół godziny temu: wyszła na lunch. Poza biuro. Zostawiła mnie całkiem samą na trzy pełne godziny bez ostrzeżenia, praktycznie przykutą do linii telefonicznej bez nadziei najedzenie czy chwilę w łazience. I że wszystko to jest bez znaczenia, bo i tak wiedziałam, że wyjście było niewłaściwe i że zaraz nakrzyczy na mnie za to ktoś w moim wieku. Na szczęście drzwi się otworzyły i energicznie weszła redaktor naczelna Coąuette. Zmierzyła nas obie od góry do dołu, gdy Emily chwyciła mnie za rękę, wyprowadziła z łazienki i pokierowała w stronę windy. Stałyśmy tak razem, ona ściskając moje ramię, ja czując się, jakbym właśnie zmoczyła łóżko. Przeżywałyśmy jedną z tych scen, w których porywacz w biały dzień przykłada kobiecie broń do pleców i milcząco jej grozi, prowadząc w stronę sali tortur.

– Jak mogłaś mi to zrobić? – syknęła, gdy przepchnęła mnie przez drzwi prowadzące do recepcji Runwaya i obie gnałyśmy do naszych biurek. – Jako starsza asystentka jestem odpowiedzialna za to, co dzieje się w naszym biurze. Wiem, że jesteś nowa, ale powiedziałam ci to pierwszego dnia: nie zostawiamy Mirandy bez obsługi.

– Przecież Mirandy tu nie ma. – Wyszło to jak skrzek.

– Ale mogła dzwonić, kiedy wyszłaś, i nie byłoby tu nikogo, żeby odebrać ten cholerny telefon! – wrzasnęła, trzaskając drzwiami do naszej części. – Nasz podstawowy priorytet, nasz jedyny priorytet to Miranda Priestly. I jeżeli nie umiesz temu sprostać, to pamiętaj, że milion dziewczyn dałoby się zabić za tę pracę. A teraz sprawdź swoją pocztę głosową. Jeżeli dzwoniła, koniec z nami. Z tobą.

Chciałam wczołgać się do mojego komputera i umrzeć. Jak mogłam tak dać ciała w pierwszym tygodniu? Mirandy nawet nie było w biurze, a ja już ją zawiodłam. I co z tego, że byłam głodna, to mogło poczekać. Autentycznie ważni ludzie próbowali tu pracować, ludzie, którzy na mnie polegali, i ja ich zawiodłam. Wykręciłam numer poczty.

– Cześć Andy, to ja. – Alex. – Gdzie jesteś? Nie zdarzyło się jeszcze, żebyś nie odebrała. Nie mogę się doczekać dzisiejszej kolacji. Nadal jesteśmy umówieni, prawda? Gdzie tylko chcesz, ty wybierasz. Zadzwoń do mnie, kiedy to odsłuchasz, będę w pokoju nauczycielskim od czwartej. Kocham cię. – Z miejsca poczułam się winna, ponieważ już podjęłam decyzję, że po całej tej klęsce z lunchem raczej przełożę spotkanie. Ten pierwszy tydzień był tak szalony, że właściwie się nie widywaliśmy, i specjalnie zaplanowaliśmy, że dziś wieczorem zjemy kolację tylko we dwoje. Ale wiedziałam, że nie będzie zbyt zabawnie, jeżeli zasnę z nosem w kieliszku wina, i prawdę mówiąc, potrzebowałam tego wieczoru, żeby odetchnąć i pobyć w samotności. Będę musiała pamiętać, żeby zadzwonić i spróbować umówić się na następny dzień.