Выбрать главу

Emily stała przy mnie, swoją pocztę już sprawdziła. Z jej stosunkowo spokojnej miny domyśliłam się, że Miranda nie nagrała żadnych śmiertelnych pogróżek. Potrząsnęłam głową, chcąc zasygnalizować, że ja też na razie niczego nie mam.

– Cześć Andrea, tu Cara. – Niania Mirandy. – No więc Miranda dzwoniła tu jakiś czas temu – serce mi stanęło – i powiedziała, że próbowała w biurze i nikt nie odbierał. Domyśliłam się, że coś się u was dzieje, więc jej powiedziałam, że rozmawiałam i z tobą, i z Emily najwyżej minutę wcześniej, ale się tym nie przejmuj. Chciała, żeby przefaksować jej Women’s Wear Daily do Ritza, a ja miałam tu egzemplarz. Mam już potwierdzenie, że go dostała, więc się nie stresuj. Chciałam cię tylko zawiadomić. W każdym razie, miłego weekendu. Później pogadamy. Pa.

Wybawicielka. Ta dziewczyna była autentyczną świętą. Trudno uwierzyć, że znałam ją dopiero tydzień – i to nawet nie osobiście, tylko przez telefon – ponieważ zdawało mi się, że jestem w niej zakochana. Pod każdym względem stanowiła przeciwieństwo Emily: spokojna, realistka i kompletnie odporna na modę. Dostrzegała absurdalność zachowań Mirandy i jej nie zazdrościła. Posiadała tę rzadką, uroczą umiejętność pozwalającą śmiać się z siebie i wszystkich dookoła. Znalazłam przyjaciółkę.

– Nie, to nie ona – oznajmiłam Emily, niezupełnie kłamiąc, z tryumfalnym uśmiechem. – Jesteśmy czyste.

– Ty jesteś czysta, tym razem – stwierdziła obojętnie. – Pamiętaj, że siedzimy w tym razem, aleja tu rządzę. Jeżeli raz na jakiś czas zechcę wyjść na lunch, będziesz mnie kryła, mam do tego prawo. Coś takiego nigdy więcej się nie powtórzy, jasne?

Ugryzłam się w język, tłumiąc chęć powiedzenia czegoś paskudnego.

– Jasne – stwierdziłam. – Jasne.

Do siódmej wieczorem zdołałyśmy skończyć pakowanie reszty butelek i oddać je wszystkie posłańcom, a Emily nie poruszyła więcej kwestii opuszczenia biura. Ostatecznie wsiadłam do taksówki (tylko ten jeden raz) o ósmej i o dziesiątej, wciąż kompletnie ubrana, leżałam wyciągnięta jak długa na posłanym łóżku. I nadal niczego nie jadłam, bo nie mogłam znieść myśli o tym, że wyjdę na poszukiwanie jedzenia i znów się zgubię we własnej dzielnicy jak podczas czterech poprzednich wieczorów. Z mojego nowiutkiego telefonu Bang & Olufsen zadzwoniłam do Lily, żeby ponarzekać.

– Cześć! Myślałam, że dzisiaj macie z Aleksem randkę – powiedziała.

– Mieliśmy, ale jestem nieżywa. Nie ma nic przeciwko jutrzejszemu wieczorowi, więc chyba tylko zamówię coś do jedzenia. Cokolwiek. Jak ci minął dzień?

– Jedno słowo: był popieprzony. Okej, to były dwa słowa. Nigdy nie zgadniesz, co się stało. Właściwie zgadniesz, takie rzeczy zdarzają się…

– Daj spokój, Lii, za chwilę zemdleję…

– Okej. Na mój dzisiejszy odczyt przyszedł najmilszy facet na świecie. Przesiedział cały czas i wyglądał na całkowicie zafascynowanego. Zaczekał na mnie. Zapytał, czy mógłby zaprosić mnie na drinka i usłyszeć wszystko o mojej pracy wydanej w Brown, którą już czytał.

– Brzmi wspaniale. Jak wypadł? – Lily właściwie co wieczór spotykała się z różnymi facetami, ale miała jeszcze ułamek do skrócenia. Skalę Miłości Ułamkowej stworzyła pewnej nocy po wysłuchaniu kilku naszych przyjaciół płci męskiej, oceniających dziewczyny, z którymi się umawiali, według skali własnego pomysłu, Dziesięć na Dziesięć. „Sześć, osiem, B – plus” – Jake ogłosił wynik asystentki z działu reklamy, z którą spotkał się poprzedniego wieczoru. Zakładałyśmy powszechną świadomość, że skala jest dziesięciostopniowa, twarz zawsze zajmuje pierwsze miejsce w rankingu, ciało drugie, a osobowość ostatnie, z nieco bardziej uogólnioną oceną literową. Ponieważ w przypadku facetów w oczywisty sposób w grę wchodziło więcej czynników, Lily obmyśliła Skalę Ułamkową, na którą składało się w sumie dziesięć „elementów”, z których każdy dostawał punkt. Facet Idealny musiałby naturalnie posiadać wszystkie pięć podstawowych elementów: inteligencję, poczucie humoru, przyzwoite ciało, milutką twarz i pracę zaliczaną do tych, które mieściły się w szeroko pojmowanym zakresie „normalnych”. Ponieważ znalezienie Faceta Idealnego graniczyło z cudem, można było podnieść notowania, zarabiając punkty z drugiej piątki, na którą składały się: całkowity brak stukniętej byłej dziewczyny, stukniętych rodziców albo rujnujących randki współlokatorów i dowolnego rodzaju zainteresowań lub hobby niezwiązanych z tematem studiów, poza sportem i pornografią. Jak na razie najwyższa otrzymana ocena to było dziewięć dziesiątych, ale ten z nią zerwał.

– No cóż, z początku szykował się na silne siedem dziesiątych. Jako główny przedmiot w Yale wybrał teatr i jest hetero oraz dyskutował o polityce Izraela tak inteligentnie, że ani razu nie zasugerował, żebyśmy „posłali im atomówkę”, więc zapowiadał się dobrze.

– Faktycznie. Nie mogę się doczekać na decydujący element. Co to było? Opowiadał o swojej ulubionej grze Nintendo?

– Gorzej. – Westchnęła.

– Jest chudszy od ciebie?

– Gorzej.

– Niewiarygodnie pospolity?

– Gorzej. – Sprawiała wrażenie zgnębionej.

– Co, do licha, może być gorszego?

– Mieszka na Long Island…

– Lily! Jest geograficznie niepożądany. To nie oznacza, że nie można się z nim umawiać! Wiesz doskonale, że…

– …z rodzicami – przerwała mi. Och.

– Od czterech lat. O rany.

– I jest tym zachwycony. Twierdzi, że nie umie sobie wyobrazić, jak można chcieć mieszkać samemu w takim wielkim mieście, kiedy jego mama i tato są wspaniałymi towarzyszami.

– Rany! Nie mów nic więcej. Chyba nigdy wcześniej nie miałyśmy takiego przypadku, żeby siedem dziesiątych spadło do zera po pierwszej randce. Ten facet ustanowił nowy rekord. Gratulacje. Oficjalnie uznaję twój dzień za gorszy od mojego. – Nachyliłam się, żeby kopnięciem zamknąć drzwi sypialni, kiedy usłyszałam Shanti i Kendrę wracające do domu z pracy. Dotarł też do mnie męski głos i zastanowiłam się, czy któraś z moich współmieszkanek ma chłopaka. Przez ostatnie półtora tygodnia widziałam je w sumie przez dziesięć minut, bo najwyraźniej pracowały dłużej ode mnie.

– Tak źle? Jak mogłaś mieć kiepski dzień? Przecież pracujesz w modzie – powiedziała.

Rozległo się ciche pukanie do drzwi.

– Zaczekaj chwilę, ktoś przyszedł. Proszę! – zawołałam za głośno jak na tę skromną przestrzeń. Czekałam, żeby jedna z moich cichych współlokatorek nieśmiało zapytała, czy pamiętałam o telefonie do właściciela, żeby dopisał moje nazwisko do umowy najmu (nie), czy kupiłam papierowe talerze (nie) albo czy odsłuchiwałam jakieś wiadomości (nie), ale okazało się, że to Alex.

– Hej, mogę do ciebie oddzwonić? Alex się zjawił. – Byłam zachwycona jego wizytą, taka podekscytowana, że zrobił mi niespodziankę, ale jakaś mała część mnie nie mogła się doczekać, żeby wziąć prysznic i wczołgać się do łóżka.