– Jasne. Pozdrów go ode mnie. I pamiętaj, jaka z ciebie szczęściara, że skróciłaś z nim ułamek, Andy. Jest wspaniały. Trzymaj się go.
– Jakbym nie wiedziała. Ten dzieciak to jakiś cholerny święty. – Uśmiechnęłam się w jego kierunku.
– Pa.
– Cześć! – Zmusiłam się, żeby najpierw usiąść, potem wstać i podejść do Aleksa. – Co za wspaniała niespodzianka! – Chciałam go uściskać, ale cofnął się, trzymając ręce za plecami. – Co się stało?
– Nic zupełnie. Wiem, że miałaś ciężki tydzień i znając cię, doszedłem do wniosku, że nie zawracałaś sobie jeszcze głowy jedzeniem, więc coś ci przyniosłem. – Wyciągnął zza pleców ogromną papierową torbę, jedną z tych w stylu starego sklepu spożywczego, pokrytą już rozkosznie pachnącymi plamami tłuszczu. Nagle zaczęłam umierać z głodu.
– Niemożliwe! Skąd wiedziałeś, że tu siedzę i dokładnie w tej sekundzie zastanawiam się, jak się zmusić, żeby poszukać czegoś do jedzenia? Właśnie miałam to sobie odpuścić.
– No to chodź tu i jedz! – Wyglądał na zadowolonego i otworzył torbę, ale oboje razem nie daliśmy rady zmieścić się na podłodze mojej sypialni. Pomyślałam, żeby zjeść w salonie, lecz Kendra i Shanti klapnęły razem przed telewizorem, ustawiając przed sobą nietknięte pojemniki sałatek na wynos. Myślałam, że czekają na koniec odcinka Real World, który oglądały, ale potem zauważyłam, że obie zdążyły zasnąć. Ależ mieliśmy wszyscy słodkie życie.
– Zaczekaj, mam pomysł – oznajmił Alex i na palcach poszedł do kuchni. Wrócił z dwoma ogromnymi workami na śmieci i rozłożył je na mojej niebieskiej narzucie. Zapuścił rękę do wytłuszczonej torby i wyciągnął dwa gigantyczne hamburgery ze wszystkimi dodatkami oraz jedną ekstradużą porcję frytek. Pamiętał o pakiecikach keczupu i tonach soli dla mnie, i nawet o serwetkach. Klasnęłam w ręce, taka byłam podniecona, chociaż pośpiesznie przemknął mi przez głowę obraz rozczarowania na twarzy Mirandy, oznaczający: „Tyjesz hamburgera?!”.
– To jeszcze nie koniec. Proszę, patrz. – Z jego plecaka wyjechała garść maleńkich świeczek do podgrzewacza o zapachu waniliowym, butelka wina z zakrętką i dwa kubki z woskowanego papieru.
– Żartujesz – powiedziałam miękko, wciąż nie mogąc uwierzyć, że przyniósł to wszystko po tym, jak odwołałam randkę.
Wręczył mi kubek wina i stuknął nim o swój.
– Ani trochę. Myślisz, że miałem zamiar przegapić opowieść o pierwszym dniu reszty twojego życia? Za moją najlepszą dziewczynę.
– Dziękuję – odparłam, powoli pociągając łyk. – Dziękuję, dziękuję, dziękuję.
6
– O mój boże, czy to redaktorka działu mody we własnej osobie? – Jill udała pisk podniecenia, kiedy otworzyłam frontowe drzwi. – Chodź no tu, żeby starsza siostra mogła ci się pokłonić.
– Redaktorka działu mody? – parsknęłam. – Żeby. Raczej pechowiec z działu mody. Witaj na cywilizowanej ziemi. – Tuliłam ją jakieś dziesięć minut i wcale nie miałam ochoty przestać. Było mi ciężko, kiedy zaczęła Stanford i zostawiła mnie samą z rodzicami, zaledwie dziewięcioletnią, ale jeszcze ciężej, gdy za swoim chłopakiem – teraz mężem – wyjechała do Houston. Houston! Całe to miasto robiło wrażenie przesiąkniętego wilgocią i rojącego się od komarów w stopniu przekraczającym ludzką wytrzymałość. A jakby tego było mało, moja siostra – moja wyrafinowana, piękna starsza siostra, która uwielbiała sztukę neoklasyczną i recytowała poezje Byrona w taki sposób, że topniało mi serce – nabrała południowego akcentu. I to nie lekkiego akcentu z subtelnym, czarującym południowym zaśpiewem, ale pełnowymiarowego, charakterystycznego, wiercącego w uszach wieśniackiego zaciągania. Nie wybaczyłam jeszcze Kyle'owi, chociaż był całkiem porządnym szwagrem, że zaciągnął ją w to parszywe miejsce, a chwile, w których otwierał usta, wcale mi w tym nie pomagały.
– Cześć, Andy, kochanie, wyglądasz coraz piękniej za każdym razem, kiedy cię widzę. – Wyglondasz coras pienknij za kadym razem, kędy cie wizę. – Czym was karmią w tym Runwayu, co?
Miałam ochotę wepchnąć mu w usta piłkę tenisową, żeby powstrzymać go od mówienia, ale uśmiechnął się do mnie i podeszłam, żeby go uściskać. Może i gadał jak wieśniak oraz trochę zbyt otwarcie i za często się uśmiechał, lecz naprawdę się starał i najwyraźniej uwielbiał moją siostrę. Przysięgłam sobie dołożyć starań, żeby nie wzdrygać się otwarcie, gdy się odezwie.
– Nie jest to miejsce, które można by nazwać przyjaznym dla konsumenta, jeśli rozumiesz, co mam na myśli. Cokolwiek by to było, zdecydowanie jest w wodzie, nie w jedzeniu. Ale mniejsza z tym. Ty też świetnie wyglądasz, Kyle. Mam nadzieję, że dbasz, by moja siostra się nie nudziła w tym żałosnym mieście?
– Andy, po prostu przyjedź z wizytą, kochanie. Zabierz Aleksa i wszyscy zrobicie sobie małe wakacje. Nie jest tak źle, zobaczysz. – Uśmiechnął się najpierw do mnie, a potem do Jill, która odpowiedziała uśmiechem i przejechała mu wierzchem dłoni po policzku. Byli obrzydliwie zakochani.
– Naprawdę, Andy, to obfitujące w kulturalne rozrywki miejsce. Oboje byśmy chcieli, żebyś częściej nas odwiedzała. To nie w porządku, że widujemy się tylko w tym domu – powiedziała, szerokim machnięciem obejmując salon naszych rodziców. – To znaczy, jeżeli potrafisz znieść Avon, z pewnością zniesiesz Houston.
– Andy, jesteś! Jill, przyjechała wielka nowojorska kobieta sukcesu, chodź się przywitać – zawołała moja mama, wychodząc z kuchni. – Myślałam, że miałaś zadzwonić, kiedy dotrzesz na dworzec.
– Pani Myers odbierała Erikę z tego samego pociągu, więc po prostu mnie podrzuciła. Kiedy jemy? Umieram z głodu.
– Teraz. Chcesz się ogarnąć? Możemy zaczekać, wyglądasz trochę nieświeżo po podróży. Nie ma sprawy, jeżeli…
– Mamo! – Rzuciłam jej ostrzegawcze spojrzenie.
– Andy! Wyglądasz wystrzałowo. Chodź tu i uściskaj swojego staruszka. – Mój tata, wysoki i wciąż bardzo przystojny, świeżo po pięćdziesiątce, uśmiechał się, stojąc w holu. Za plecami trzymał pudełko scrabble'a, na które pozwolił mi spojrzeć tylko przelotnie, szybko wysuwając je bokiem zza nogi. Zaczekał, żeby wszyscy spojrzeli w inną stronę i oznajmił, bezgłośnie poruszając ustami: „Skopię ci tyłek. Uznaj to za ostrzeżenie”.
Uśmiechnęłam się i kiwnęłam głową. Wbrew zdrowemu rozsądkowi zorientowałam się, że cieszę się na najbliższe czterdzieści osiem godzin z rodziną bardziej niż kiedykolwiek przez te cztery lata, odkąd wyprowadziłam się z domu. Święto Dziękczynienia należało do moich ulubionych, a w tym roku zaczęłam szczególnie je doceniać.
Zebraliśmy się w jadalni i z apetytem zabraliśmy się za potężny posiłek, który mama po mistrzowsku zamówiła, za jej tradycyjną żydowską wersję uczty w wigilię Święta Dziękczynienia. Bajgle i wędzony łosoś, kremowy twarożek, ryba i latkes, wszystko profesjonalnie ułożone na sztywnych jednorazowych półmiskach, czekające na przeniesienie na papierowe talerze i zjedzenie plastikowymi widelcami i nożami. Matka uśmiechnęła się czule, gdy jej potomstwo rzuciło się najadło, z takim wyrazem dumy na twarzy, jakby przez tydzień stała przy gorącym piecu, żeby zaopatrzyć i wyżywić maleństwa.
Opowiedziałam im wszystko o nowej pracy, starając się najlepiej, jak umiałam, opisać zajęcie, którego sama jeszcze do końca nie rozumiałam. Przelotnie zastanowiłam się, czy opis zamawiania spódnic, wszystkich tych godzin, które poświęciłam na pakowanie i wysyłanie prezentów, albo małej elektronicznej karty identyfikacyjnej śledzącej wszystko, co się robiło, zabrzmiał absurdalnie. Trudno było oddać słowami wrażenie, że wszystko to były pilne sprawy, wyjaśnić, jak w biurze wydawało się, że moje działania mają znaczenie, są wręcz ważne. Mówiłam i mówiłam, ale nie umiałam objaśnić im tego świata, który choć geograficznie odległy o godzinę, tak naprawdę należał do innego systemu słonecznego. Wszyscy kiwali głowami, uśmiechali się i zadawali pytania, udając zainteresowanie, ale wiedziałam, że to zbyt egzotyczne, nazbyt obco brzmiące i za bardzo odmienne, żeby znaleźli w tym sens ludzie, którzy – jak i ja przed tygodniem – nigdy nawet nie słyszeli nazwiska Priestly. Nawet mnie samej wydawało się to bez sensu: przesadnie dramatyczne i za bardzo „bigbrotherowskie”, ale było też podniecające. I niesamowite. Zdecydowanie i niezaprzeczalnie było to superniesamowite miejsce pracy. Prawda?