Выбрать главу

– No cóż, Andy, myślisz, że będziesz tam szczęśliwa przez ten rok? Może nawet zechcesz zostać dłużej, co? – zapytał tata, rozsmarowując pastę śledziową na solance.

Podpisując umowę w Elias – Clark, zgodziłam się pracować dla Mirandy przez rok – o ile wcześniej nie zostanę zwolniona – co w tym momencie wydawało się bardzo mało prawdopodobne. A jeśli wypełnię swoje zobowiązania z klasą, entuzjazmem i zachowam jaki taki poziom kompetencji – tego nie miałam na piśmie, ale sugerowało mi to kilkanaście osób z działu personalnego oraz Emily i Allison – będę mogła wskazać posadę, którą chciałabym dostać jako następną. Spodziewano się, oczywiście, że dokonam wyboru w ramach Runwaya lub, w ostateczności, w Elias – Clark, ale mogłam prosić o wszystko, od pracy w dziale recenzji książkowych po funkcję łącznika między sławami Hollywoodu a Runwayem. Równe sto procent z dziesięciu ostatnich asystentek, które przetrwały przez rok w biurze Mirandy, wybrało przejście do działów mody w Runwayu albo innych czasopismach Elias – Clark. Fucha w biurze Mirandy była uważana za najlepszy sposób, żeby ominąć trzy do pięciu lat poniżeń na stanowisku asystentki i przejść prosto do istotnych zajęć w prestiżowych miejscach.

– Zdecydowanie. Na razie wszyscy wydają się naprawdę mili. Emily jest nieco, hm, no cóż, zaangażowana, ale poza tym wszystko było wspaniale. Sama nie wiem. Kiedy słucham opowiadań Lily o egzaminach albo Aleksa o wszystkich gównianych sprawach, z jakimi musi się użerać w szkole, zdaje mi się, że mam sporo szczęścia. No, bo kogo pierwszego dnia obwozi limuzyna z szoferem? Nie, poważnie. No więc tak, uważam, że to będzie wspaniały rok, i nie mogę się doczekać, kiedy wróci Miranda. Myślę, że jestem na to gotowa.

Jill rzuciła mi spojrzenie, które mówiło: Skończ z tym pieprzeniem, Andy, wszyscy wiemy, że prawdopodobnie pracujesz dla psychopatycznej suki otaczającej się anorektycznymi niewolnikami mody i że starasz się odmalować to wszystko w różowych barwach, bo się martwisz, że ugrzęzłaś w tym po szyję. Zamiast tego powiedziała:

– Brzmi wspaniale, Andy, naprawdę. Niesamowita okazja.

Z zebranych przy stole tylko ona jedna miała szansę coś zrozumieć, bo zanim przeprowadziła się do Trzeciego Świata, przez rok pracowała w niewielkim prywatnym muzeum w Paryżu i zainteresowała się haute couture. W jej przypadku było to raczej artystyczne i estetyczne hobby niż podejście konsumenckie, ale przynajmniej miała styczność ze światem mody.

– My też mamy wspaniałe wieści – ciągnęła, sięgając przez stół, żeby wziąć za rękę Kyle'a, który odłożył swojego bajgla i wyciągnął obie dłonie.

– O, dzięki Bogu – natychmiast wykrzyknęła matka, osuwając się na krześle jak człowiek, który w końcu zrzucił z ramion stukilogramową sztangę, spoczywającą tam przez ostatnie dwie dekady. – Najwyższa pora.

– Gratulacje! Muszę przyznać, że matka naprawdę się martwiła. Z pewnością trudno was uznać za nowożeńców, rozumiecie, i zaczynaliśmy się zastanawiać… – U szczytu stołu tata unosił brwi.

– Hej, wspaniale. Już najwyższy czas, żebym została ciotką. Kiedy maleństwo ma się urodzić?

Oboje wyglądali, jakby im mowę odebrało, i przez chwilę obawiałam się, że źle to zrozumieliśmy, że ich „dobre wieści” dotyczyły budowy nowego, większego domu na tych bagnach, gdzie mieszkali, albo że Kyle postanowił w końcu opuścić firmę prawniczą ojca i razem z moją siostrą otworzyć galerię, o której zawsze marzyła. Może się pośpieszyliśmy, za bardzo chcieliśmy usłyszeć, że przyszły siostrzeniec czy wnuk jest już w drodze. Ostatnio rodzice nie potrafili rozmawiać o niczym innym, nieustannie ważąc i rozważając powody, dla których moja siostra i Kyle – już po trzydziestce, mający za sobą cztery lata małżeństwa – jeszcze się nie rozmnożyli. W trakcie ostatnich sześciu miesięcy temat z czasochłonnej rodzinnej obsesji rozwinął się w wyraźny kryzys.

Moja siostra wyglądała na zmartwioną. Kyle zmarszczył brwi. Rodzice patrzyli takim wzrokiem, jakby kolejna chwila ciszy miała pozbawić ich przytomności. Napięcie było namacalne.

Jill wstała ze swojego miejsca, podeszła do Kyle'a i ciężko usiadła mu na kolanach. Objęła go ramieniem za szyję i przybliżyła twarz do jego twarzy, szepcząc mu coś do ucha. Zerknęłam na mamę, która wyglądała, jakby miała zemdleć za najdalej dziesięć sekund, troska pogłębiła małe zmarszczki wokół jej oczu do rozmiarów solidnych rowów.

W końcu, w końcu zachichotali, odwrócili się do stołu i oznajmili zgodnie: „Będziemy mieli dziecko”. I wtedy nastała światłość. I okrzyki. Oraz uściski. Mama tak szybko zerwała się z krzesła, że je wywaliła, a potem przewróciła kaktus w doniczce, który stał sobie przy rozsuwanych szklanych drzwiach. Tata chwycił Jill, ucałował w oba policzki oraz w czubek głowy i, jeśli się nie mylę, po raz pierwszy od dnia ich ślubu ucałował też Kyle'a.

Zastukałam plastikowym widelcem w puszkę Dr Brown's Black Cherry i oznajmiłam, że musimy wznieść toast.

– Wznieście wszyscy szklanice, wznieście szklanice za nowiutkiego maleńkiego Sachsa, który dołączy do naszej rodziny. – Kyle i Jill spojrzeli na mnie z przyganą. – Dobra, technicznie rzecz biorąc, to będzie mały Harrison, ale w głębi serca będzie Sachsem. Za Kyle'a i Jill, przyszłych idealnych rodziców najwspanialszego dziecka świata. – Wszyscy trąciliśmy się puszkami oranżady oraz kubkami z kawą, po czym wznieśliśmy toast za radośnie uśmiechniętą parę i liczącą sobie sześćdziesiąt centymetrów talię mojej siostry. Sprzątnęłam ze stołu, wrzucając wszystko wprost do worka na śmieci, podczas gdy mama próbowała nakłonić Jill, żeby obdarzyła dziecko imieniem po różnych zmarłych krewnych. Kyle pociągał kawę i wyglądał na zadowolonego z siebie. A tuż przed północą tata i ja wymknęliśmy się do jego gabinetu na partyjkę.

Ojciec włączył urządzenie emitujące szum, którego używał, kiedy przyjmował pacjentów w czasie dnia, żeby wygłuszyć domowe hałasy i jednocześnie uniemożliwić przebywającym w domu podsłuchiwanie, o czym dyskutuje się w gabinecie. Jak każdy dobry psychiatra, tata umieścił w odległym narożniku skórzaną sofę, tak miękką, że z przyjemnością opierałam głowę na podłokietniku, oraz trzy krzesła, które miały wygięte w przód oparcia i zmuszały siedzącego do pochylania się. Jak w macicy, zdaniem taty. Biurko lśniące, czarne i zwieńczone płaskim monitorem, dobrane do niego czarne skórzane krzesło, z wysokim oparciem i bardzo luksusowe. Ściana psychologicznych książek za szkłem, kolekcja łodyg bambusa w bardzo wysokim kryształowym wazonie na podłodze i kilka oprawionych jednobarwnych abstrakcji – jedyne prawdziwe kolory w pokoju – dopełniały futurystycznego wystroju. Klapnęłam na podłogę między sofą a biurkiem i tata zrobił to samo.

– No więc mów, co się tak naprawdę dzieje, Andy – powiedział, wręczając mi drewniany stojaczek na płytki. – Jestem pewien, że czujesz się przytłoczona.