Выбрать главу

– Tak, Mirando. Przepraszam – powiedziałam łagodnie z pochyloną głową. I w tamtej chwili naprawdę było mi przykro, że jej słowa nie zostały zarejestrowane przez mój mózg trzy dziesiąte sekundy wcześniej, niż to się stało, przykro z powodu mojej opieszałości w wymówieniu słów „biuro Mirandy Priestly”, przykro, że trwało to sekundę dłużej niż absolutnie konieczne. Jej czas był, o czym stale mi przypominano, znacznie ważniejszy niż mój własny.

– A więc dobrze. Czy teraz możemy wreszcie przestać marnować czas? Czy potwierdziłaś rezerwację dla pana Tomlinsona? – zapytała.

– Tak, Mirando, zrobiłam rezerwację dla pana Tomlinsona w Four Seasons na pierwszą.

Już czułam, co się szykuje. Zaledwie dziesięć minut wcześniej zadzwoniła i kazała mi zrobić rezerwację w Four Seasons oraz zatelefonować do pana Tomlinsona, kierowcy, a także niani, żeby poinformować ich o planach, a teraz będzie chciała wszystko poprzestawiać.

– Zmieniłam zdanie. Four Seasons nie jest odpowiednim miejscem na ten lunch z Irvem. Zarezerwuj stolik dla dwóch osób w Le Cirque i pamiętaj, żeby maitre d'hótel wziął pod uwagę, że będą chcieli siedzieć w głębi restauracji. Nie na widoku, na froncie. W głębi. To wszystko.

Kiedy po raz pierwszy rozmawiałam z Miranda przez telefon, przekonałam samą siebie, że wygłaszając słowa „to wszystko”, tak naprawdę chciała, żeby znaczyły „dziękuję”. W drugim tygodniu przemyślałam sprawę.

– Oczywiście, Mirando. Dziękuję – powiedziałam z uśmiechem. Wyczułam jej zawahanie na drugim końcu linii, niepewność, jak zareagować. Czy wiedziała, że podkreślałam fakt jej odmowy mówienia „dziękuję”? Czy wydało się jej dziwne, że dziękuję za to, że mi rozkazuje? Zaczęłam ostatnio dziękować jej po każdym sarkastycznym komentarzu czy paskudnym telefonicznym rozkazie i taktyka ta była dziwnie kojąca. Wiedziała, że to z mojej strony kpina, ale co mogła powiedzieć? „Ahn – dre – ah, nie chcę nigdy więcej słyszeć podziękowań. Zabraniam ci wyrażać wdzięczność w takiej formie!”. Kiedy się nad tym zastanowić, właściwie mogłaby tak powiedzieć.

Le Cirque, Le Cirque, Le Cirque, powtarzałam w myślach, zdecydowana zrobić rezerwację najszybciej, jak się da, żeby powrócić do znacznie trudniejszego wyzwania, Harry'ego Pot – tera. Osoba zajmująca się rezerwacjami w Le Cirque natychmiast zgodziła się trzymać stolik dla Mirandy i pana Tomlinsona, gdy tylko zechcą przybyć.

Emily wróciła z przechadzki po biurze i zapytała, czy Miranda w ogóle dzwoniła.

– Tylko trzy razy i ani razu nie zagroziła, że mnie zwolni – oznajmiłam z dumą. – Oczywiście dała mi to do zrozumienia, ale nie zagroziła wprost. Postęp, co?

Roześmiała się w sposób, w jaki śmiała się tylko wtedy, gdy żartowałam z siebie, i zapytała, czego chciała Miranda, jej guru.

– Tylko żebym zmieniła rezerwację na lunch dla SGG. Nie za bardzo rozumiem, czemu to robię, skoro on ma własną asystentkę, ale, hej, ja tu nie zadaję pytań. – Pan Ślepy, Głuchy i Głupi to był nasz akronim dla trzeciego męża Mirandy. Chociaż szerokiej publiczności nie wydawał się ani ślepy, ani głuchy, ani głupi, ci z nas, którzy należeli do wtajemniczonych, byli pewni, że wszystkie trzy przymiotniki są właściwie dobrane. Całkiem po prostu nie istniało inne wyjaśnienie kwestii, w jaki sposób miły facet, taki jak on, miałby znosić życie z nią.

Następnie przyszedł czas na telefon do samego SGG. Jeśli nie zadzwoniłabym dość wcześnie, mógłby nie zdołać dotrzeć do restauracji na czas. Przerwał wakacje na parę dni i przyleciał na kilka spotkań w interesach, a ten lunch z Irvem Ravitzem – dyrektorem generalnym Elias – Clark – należał do najważniejszych. Miranda chciała, żeby był perfekcyjny w każdym szczególe – ale to nic nowego. SGG naprawdę nazywał się Hunter Tomlinson. On i Miranda pobrali się latem, zanim zaczęłam pracę, po, jak słyszałam, dość nietypowych zalotach: ona naciskała, on się opierał. Zgodnie z tym, co mówiła Emily, uganiała się za nim bez wytchnienia, aż w końcu ustąpił z czystego wyczerpania ciągłą ucieczką. Zostawiła swojego drugiego męża (wokalistę jednego z najbardziej znanych zespołów z późnych lat sześćdziesiątych, ojca bliźniaczek) bez słowa ostrzeżenia do chwili, kiedy jej adwokat dostarczył mu papiery, i ponownie wyszła za mąż dokładnie w dwanaście dni po sfinalizowaniu rozwodu. Pan Tomlinson wykonał rozkazy i przeprowadził się do jej apartamentu przy Piątej Alei. Tylko raz widziałam Mirandę i nigdy nie spotkałam jej nowego męża, ale zaliczyłam tyle godzin rozmów telefonicznych z każdym z nich, że miałam, niestety, wrażenie, jakbyśmy należeli do jednej rodziny.

Trzy sygnały, cztery sygnały, pięć… hm, ciekawe, gdzie była jego asystentka? Modliłam się o automatyczną sekretarkę, bo nie miałam nastroju na bezmyślne, przyjacielskie pogaduszki, za którymi SGG najwyraźniej przepadał. Doczekałam się jednak jego sekretarki.

– Biuro pana Tomlinsona – zaciągnęła głębokim południowym akcentem. – Czym mogę służyć? – Szy mogie sużydź?

– Cześć Martha, tu Andrea. Słuchaj, nie muszę mówić z panem Tomlinsonem, możesz mu tylko przekazać wiadomość ode mnie. Zrobiłam rezerwację na…

– Kochana, wiesz, że pan Tomlinson zawsze chce z tobą rozmawiać. Zaczekaj moment. – I zanim zdołałam zaprotestować, już słuchałam przystosowanej do użycia w windzie wersji Don't Worry, Be Happy Bobby'ego McFerrina. Cudownie. Wcale mnie nie zdziwiło, że SGG wybrał najbardziej wkurzająco optymistyczny kawałek, jaki kiedykolwiek napisano, żeby uprzyjemniać swoim rozmówcom czas oczekiwania.

– Andy, czy to ty, kochanie? – zapytał swoim głębokim, dystyngowanym głosem. – Pan Tomlinson gotów pomyśleć, że go unikasz. Całe wieki nie miałem przyjemności rozmawiać z tobą. – Dla ścisłości, półtora tygodnia. Oprócz ślepoty, głuchoty i głupoty pan Tomlinson miał dodatkowo irytujący nawyk nieustannego mówienia o sobie w trzeciej osobie.

Wzięłam głęboki wdech.

– Witam, proszę pana. Miranda prosiła, bym pana zawiadomiła, że ten lunch jest dziś o pierwszej w Le Cirque. Powiedziała, że będzie…

– Kochanie – powiedział powoli i spokojnie. – Zrezygnujmy na sekundę z tego planowania. Ofiaruj staremu człowiekowi chwilę przyjemności i opowiedz panu Tomlinsonowi wszystko o swoim życiu. Zrobisz to dla niego? Więc powiedz, kochanie, czy jesteś szczęśliwa, pracując dla mojej żony? – Czy byłam szczęśliwa pracując dla jego żony? Hm. Niech się zastanowię. Czy młode ssaki kwiczą z radości, kiedy drapieżnik połyka je w całości? Ależ oczywiście, ty fiucie, jestem obłędnie szczęśliwa, pracując dla twojej żony. Kiedy obie jesteśmy wolne, nakładamy sobie maseczki z błota i plotkujemy o naszym życiu miłosnym. Jeśli chcesz wiedzieć, to zupełnie jak przyjęcie piżamowe z przyjaciółkami. Jedna wielka kupa śmiechu.

– Kocham swoją pracę, proszę pana, i uwielbiam pracować dla Mirandy. – Wstrzymałam oddech i modliłam się, żeby odpuścił.

– No cóż, pan T. jest zachwycony, że wszystko się układa. – Świetnie, dupku, ale czy ty też jesteś zachwycony?

– Wspaniale, proszę pana. Życzę udanego lunchu – umknęłam, zanim zadał nieuniknione pytanie o moje plany na weekend, i odłożyłam słuchawkę.

Odchyliłam się na krześle i spojrzałam na drugą stronę biura. Emily była pochłonięta próbą ustalenia zgodności kolejnego rachunku na dwadzieścia tysięcy dolarów za kartę American Express Mirandy, jej gęste, ale starannie wydepilowane brwi marszczyły się w skupieniu. Przede mną zamajaczył projekt Harry Potter – musiałam brać się za niego bez zwłoki, jeśli chciałam w ogóle mieć jakiś weekend.

Lily i ja zaplanowałyśmy na weekend maraton filmowy. Ja byłam wykończona pracą, a ona zestresowana swoimi zajęciami, więc obiecałyśmy sobie, że zaparkujemy na jej kanapie i będziemy się żywić wyłącznie piwem oraz chipsami. Żadnych dietetycznych przekąsek. Żadnej coli light. I absolutnie żadnych czarnych spodni. Chociaż cały czas rozmawiałyśmy, tak naprawdę nie miałyśmy dla siebie czasu, odkąd przeprowadziłam się do miasta.