Byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami od ósmej klasy, kiedy zobaczyłam Lily po raz pierwszy, płaczącą samotnie przy stole w szkolnej kafeterii. Dopiero co przeprowadziła się do babci i zaczęła chodzić do naszej szkoły, kiedy stało się jasne, że jej rodzice nieprędko wrócą do domu. Urwali się kilka miesięcy wcześniej, żeby ruszyć śladem Dead (postarali się o Lily, kiedy mieli po dziewiętnaście lat i bardziej niż niemowlęta interesowało ich, czym nabić lufkę), zostawiając ją pod opieką swoich stukniętych przyjaciół w komunie w Nowym Meksyku (lub, jak wolała mówić Lily, „w kolektywie”) – Kiedy prawie rok później jeszcze nie wrócili, babcia Lily zabrała ją z komuny (lub, jak wolała mówić babcia Lily, „z sekty”), żeby wnuczka zamieszkała z nią w Avon. Tego dnia, kiedy znalazłam Lily płaczącą samotnie w kafeterii, babcia zmusiła ją, żeby obcięła swoje brudne dredy i włożyła sukienkę, a Lily nie była tym zachwycona. Oczarowało mnie coś w jej sposobie wysławiania się, to, jak mówiła „to bardzo zen z twojej strony” i „po prostu się wyluzujmy” i z miejsca zostałyśmy przyjaciółkami. Byłyśmy nierozłączne do końca liceum, mieszkałyśmy w jednym pokoju przez wszystkie cztery lata w Brown i właśnie zdołałyśmy razem przeprowadzić się do Nowego Jorku. Lily nie zdecydowała się jeszcze, czy woli szminkę MAC, czy naszyjniki z konopnych sznurków i wciąż była nieco zbyt „odjechana”, żeby zintegrować się z przeważającą częścią społeczeństwa, ale dobrze do siebie pasowałyśmy. I tęskniłam za nią. Jej pierwszy rok na studiach podyplomowych i mój jako wirtualnej niewolnicy sprawiły, że ostatnio nie za często się widywałyśmy.
Nie mogłam się doczekać tego weekendu. Czułam swoje czternastogodzinne dni pracy w stopach, karku i kręgosłupie. Okulary zastąpiły szkła kontaktowe, które nosiłam od dziesięciu lat, ponieważ moje oczy były zbyt suche i zmęczone, żeby je tolerować. Paliłam paczkę dziennie i żyłam tylko kawą ze Starbucks (oczywiście na koszt firmy) i sushi na wynos (także na koszt firmy). Zaczęłam już tracić na wadze. Przypuszczam, że coś musiało być w powietrzu albo może chodziło o zacięcie, z jakim w biurze unikano jedzenia. Przeszłam już infekcję zatok i zrobiłam się kompletnie blada, a minęły zaledwie trzy tygodnie. Miałam dopiero dwadzieścia trzy lata. A Mirandy nawet nie było jeszcze w biurze. Pieprzyć to. Zasłużyłam na weekend.
W całe to zamieszanie wpakował się jeszcze Harry Potter i nie byłam tym zachwycona. Miranda zadzwoniła tego dnia rano. Zaledwie kilka chwil zajęło jej przedstawienie, czego chciała, chociaż trwało całe wieki, zanim ja zrozumiałam, o co chodzi. Szybko się nauczyłam, że w świecie Mirandy Priestly lepiej było zrobić coś źle i poświęcić mnóstwo czasu oraz pieniędzy, żeby to naprawić, niż przyznać, że nie zrozumiało się jej niejasnych, niewyraźnie wygłoszonych instrukcji, i poprosić o wyjaśnienie. No więc kiedy wymamrotała coś o załatwieniu książek o Harrym Potterze dla bliźniaczek i przesłaniu ich do Paryża, jednocześnie czytając materiały do druku i wygładzając skórzaną spódnicę, nie zwracała się do nikogo konkretnie i tylko intuicja podpowiedziała mi, że to będzie kolidować z moim weekendem. Kiedy kilka minut później bezceremonialnie się rozłączyła, spojrzałam na Emily spanikowana.
– No i co, co powiedziała? – jęknęłam, nienawidząc się za to, że byłam zbyt przestraszona, żeby poprosić Mirandę o powtórzenie. – Czemu nie potrafię zrozumieć ani jednego słowa wypowiedzianego przez tę kobietę? To nie moja wina, Em. Ja mówię po angielsku, zawsze mówiłam. Wiem, że ona to robi dokładnie po to, żeby mnie doprowadzić do szaleństwa.
Emily spojrzała na mnie ze zwykłą mieszaniną niesmaku i litości.
– Ponieważ książka wychodzi jutro, a ich nie ma tu, żeby mogli ją kupić, chce, żebyś ty to zrobiła i zawiozła ją na Teterboro. Odrzutowcem polecą do Paryża – streściła zimno, chcąc mnie sprowokować do komentarza co do absurdalności instrukcji. Po raz kolejny przypomniano mi, że Emily zrobiłaby wszystko – naprawdę wszystko – gdyby mogło to choć odrobinę zadowolić Mirandę. Zmilczałam.
Ponieważ NIE zamierzałam poświęcić nawet nanosekundy weekendu na wypełnianie jej rozkazów i ponieważ miałam do osobistej dyspozycji nieograniczone fundusze i władzę (jej), resztę dnia spędziłam na organizowaniu przelotu Harry'ego Pottera odrzutowcem do Paryża. Najpierw kilka słów do Julii w Scholastic.
Najdroższa Julio!
Moja asystentka Andrea twierdzi, że to ty jesteś aniołem, do którego powinnam się zwrócić z płynącymi z głębi serca wyrazami wdzięczności. Poinformowała mnie, że jesteś jedyną osobą, która będzie w stanie znaleźć jutro dla mnie dwa egzemplarze tej uroczej książki. Chcę, byś wiedziała, że w najwyższym stopniu doceniam twoją pomysłowość i ciężką pracę. Musisz wiedzieć, że naprawdę uszczęśliwisz moje słodkie córeczki. Nie wahaj się dać mi znać, gdybyś potrzebowała czegoś, czegokolwiek, dla siebie. Jesteś wspaniała.
Uściski i ucałowania
Miranda Priestly
Sfałszowałam jej podpis z idealnym zakrętasem (godziny ćwiczeń z Emily, która stała mi nad głową i pouczała, żebym ostatnie „a” zrobiła bardziej zakręcone, wreszcie się opłaciły), dołączyłam liścik do najnowszego numeru Runwaya - którego jeszcze nie było w kioskach – i zadzwoniłam po ekspresowego posłańca, żeby dostarczył całą paczkę do biura Scholastic w centrum. Jeśli to nie zadziała, nic nie zadziała. Mirandy nie obchodziło, że fałszowałyśmy jej podpis – oszczędzało jej to zajmowania się szczegółami – ale prawdopodobnie byłaby wściekła, widząc, że napisałam coś tak grzecznego, tak uroczego, sygnowanego jej nazwiskiem.
Trzy krótkie tygodnie wcześniej po telefonie Mirandy, że chce ode mnie czegoś w weekend, szybciutko zrezygnowałabym ze swoich planów, ale teraz byłam już doświadczona – i zmordowana – w takim stopniu, żeby nieco nagiąć reguły. Skoro Miranda i dziewczynki nie będą obecne na lotnisku w New Jersey, kiedy następnego dnia przybędzie tam Harry, nie widziałam powodu, żeby dostarczać go osobiście. Działając z założeniem, że Julia ściągnie dla mnie dwa egzemplarze, i nie zaprzestając modłów w tej intencji, dopracowałam szczegóły. Telefon za telefonem i w godzinę plan był gotowy.
Brian, chętny do pomocy asystent w redakcji Scholastic – który z pewnością na przestrzeni kilku godzin otrzyma pozwolenie od Julii – zabierze tego wieczoru do domu dwa egzemplarze Harry'ego, tak żeby nie musiał wracać do biura w sobotę. Następnie zostawi książki u portiera w swoim budynku na Upper West Side, a następnego ranka o jedenastej ja wyślę po ich odbiór samochód. Kierowca Mirandy, Jurij, zadzwoni do mnie na komórkę, żeby potwierdzić, że otrzymał paczkę i jest w drodze na lotnisko Teterboro, gdzie dwie książki zostaną przeniesione do prywatnego odrzutowca pana Tomlinsona i polecą do Paryża. Przez chwilę rozważałam nadanie całej operacji kodu, żeby jeszcze bardziej upodobnić ją do akcji KGB, ale zrezygnowałam, kiedy sobie przypomniałam, że Jurij trochę za słabo mówi po angielsku. Z ciekawości sprawdziłam najszybszą opcję przesyłki DHL – em, ale nie mogliby zagwarantować dostawy przed poniedziałkiem, co w oczywisty sposób było nie do przyjęcia. Stąd prywatny samolot. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, małe Cassidy i Caroline miały obudzić się w swoim prywatnym paryskim apartamencie w niedzielę i rozkoszować się porannym mlekiem podczas czytania o przygodach Harry'ego – cały dzień wcześniej niż wszystkie ich przyjaciółki. Na myśl o tym aż mi serce rosło. Naprawdę.