Выбрать главу

– A co z dzisiejszym dniem? – jęknęła. – Mam Miłość w Białym Domu, tylko czeka, żeby ją puścić. Nie możesz jeszcze wyjść, to nie koniec naszego weekendu!

– Wiem, przepraszam, Lii. Muszę się teraz z tym uporać. Najbardziej na świecie chciałabym tu zostać, ale akurat teraz ona trzyma mnie na krótkiej smyczy. Zadzwonię później.

Biuro było oczywiście opustoszałe, skoro wszyscy jedli brunch w Pastis ze swoimi chłopakami z bankowości inwestycyjnej. Usiadłam w mrocznym kącie, zrobiłam głęboki wdech i zadzwoniłam. Dzięki Bogu, zgłosił się monsieur Renaud, portier.

– Andrea, kochanie, jak się masz? Jesteśmy po prostu zachwyceni, tak szybko znów goszcząc u siebie Mirandę i bliźniaczki – skłamał.

– Tak, monsieur, i wiem, że ona też jest zachwycona pobytem u was – ja też skłamałam w rewanżu. Bez względu na to, jak usłużny był biedny portier, Miranda krytykowała każdy jego ruch. Trzeba mu uznać na plus, że nigdy nie przestał się starać ani też kłamać, że ją uwielbia. – Zastanawiałam się, czy ten samochód, który wysłał pan na spotkanie samolotu Mirandy, zdołał już dotrzeć do hotelu?

– Ależ oczywiście, moja droga. Całe godziny temu. Z pewnością wrócił tu przed ósmą dziś rano. Wysłałem najlepszego kierowcę, jakiego mamy wśród personelu – powiedział z dumą. Gdyby tylko wiedział, z czym ten jego najlepszy kierowca jeździł po mieście.

– Cóż, to takie dziwne, dostałam wiadomość od Mirandy, że nie dostała przesyłki, ale sprawdziłam u kierowcy, który przysięga, że podrzucił ją na lotnisko, u pilota, który przysięga, że przyleciał z nią do Paryża i oddał waszemu kierowcy, a teraz pan pamięta, że dotarli do hotelu. Jak mogła nie dostać tej przesyłki?

– Wygląda na to, że jedyne rozwiązanie, to zapytać panią osobiście. – W jego głosie wibrowała udawana pogoda. – Może w takim razie połączę?

Wbrew wszystkiemu miałam nadzieję, że do tego nie dojdzie, że będę w stanie rozpoznać i usunąć problem bez konieczności rozmowy z Mirandą. Co mogłabym powiedzieć, gdyby wciąż twierdziła, że nie otrzymała paczki? Zasugerować, żeby zerknęła na stół w swoim apartamencie, gdzie z pewnością zostawiono ją całe godziny wcześniej? Albo może powinnam powtórzyć całą akcję, prywatny odrzutowiec i resztę, i załatwić kolejne dwa egzemplarze przed końcem dnia? A może następnym razem powinnam wynająć tajnego agenta, by towarzyszył książkom w zagranicznej podróży i mieć pewność, że nic nie przeszkodzi ich bezpiecznemu dotarciu do celu? Trzeba to przemyśleć.

– Oczywiście, monsieur Renaud. Dziękuję za pomoc.

Kilka kliknięć i telefon zadzwonił. Lekko pociłam się z napięcia, więc wytarłam dłoń w spodnie od dresu i próbowałam nie myśleć, co by się stało, gdyby Miranda zobaczyła mnie ubraną w dres w jej biurze. Zachować spokój, być pewną siebie, pouczyłam się w myślach. Nie może wypatroszyć mnie przez telefon.

– Tak? – usłyszałam z odległego miejsca, gwałtownie wyrwana z autoterapeutycznych myśli. To była Caroline, która w wieku lat zaledwie ośmiu idealnie naśladowała obcesowy sposób rozmowy przez telefon swojej matki.

– Cześć, kochanie – zaświergotałam, nienawidząc się za podlizywanie dziecku. – Tu Andrea z biura. Czy jest tam twoja mama?

– Masz na myśli moją mammę? – poprawiła mnie jak zawsze, ilekroć wymówiłam to z amerykańskim akcentem. – Jasne, dam ci ją…

Chwilę czy dwie później Miranda była na linii.

– Tak, Ahn – dre – ah? Lepiej, żeby to było coś ważnego. Wiesz, co sądzę o przeszkadzaniu mi, kiedy spędzam czas z dziewczynkami – stwierdziła tym swoim zimnym, ostrym tonem. Wiesz, co sądzę o przeszkadzaniu mi, kiedy spędzam czas z dziewczynkami? – chciałam wrzasnąć. Czy ty sobie, kurwa, ze mnie żartujesz, paniusiu? Myślisz, że dzwonię dla własnej cholernej przyjemności? Bo nie mogłam znieść nawet jednego weekendu bez dźwięku twojego parszywego głosu? A co z moim czasem, z moimi dziewczynkami? Myślałam, że zemdleję ze złości, ale wzięłam głęboki wdech i poszłam na całość.

– Mirando, przepraszam, jeśli dzwonię nie w porę, ale chciałam się upewnić, że otrzymałaś książki o Harrym Potterze. Odsłuchałam twoją wiadomość, że ich nie dostałaś, ale rozmawiałam ze wszystkimi i…

Przerwała mi w pół zdania i odezwała się powoli i z przekonaniem.

– Ahn – dre – ah. Naprawdę powinnaś uważniej słuchać. Niczego takiego nie mówiłam. Otrzymaliśmy paczkę wcześnie rano. Nawiasem mówiąc, tak wcześnie, że obudzono nas z powodu tego głupstwa.

Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszałam. Przecież nie przyśniło mi się, że zostawiła tę wiadomość, prawda? I byłam jeszcze za młoda nawet na wczesny rzut Alzheimera, zgadza się?

– Powiedziałam tylko, że nie dostaliśmy dwóch egzemplarzy książki, jak zamówiłam. Paczka zawierała tylko jeden i z pewnością potrafisz sobie wyobrazić, jak rozczarowane były dziewczynki. Naprawdę liczyły na to, że każda dostanie własny egzemplarz, tak jak nakazałam. Musisz mi wyjaśnić, dlaczego nie wypełniono moich poleceń.

To się nie działo. To się nie mogło dziać. To na pewno był sen, prowadziłam jakąś egzystencję w alternatywnym wszechświecie, gdzie wszystko, co zbliżone do racjonalności i logiki zostało bezterminowo zawieszone. Nie pozwoliłam sobie na rozważania nad absurdem tego, co się właśnie rozgrywało.

– Przypominam sobie, że zamówiłaś dwa egzemplarze, Mirando, i zamówiłam dwa – wyjąkałam, znów czując do siebie nienawiść za to, że ulegam. – Rozmawiałam z tą dziewczyną w Scholastic i jestem raczej pewna, że zrozumiała, że potrzebne są ci dwa egzemplarze książki, więc nie umiem sobie wyobrazić…

– Ahn – dre – ah, wiesz, co sądzę o wymówkach. Niespecjalnie mnie ciekawi wysłuchiwanie teraz twoich. Spodziewam się, że coś takiego nigdy więcej się nie wydarzy, czy to jasne? To wszystko. – Odłożyła słuchawkę.

Stałam tam przez mniej więcej pięć minut, słuchając skrzekliwego sygnału wolnej linii w przyciśniętej do ucha słuchawce. Przez głowę przelatywały mi setki pytań. Czy mogłam ją zabić, zastanawiałam się, rozważając prawdopodobieństwo przyłapania. Czy automatycznie założyliby, że to ja? Oczywiście, że nie, zdecydowałam. Każdy, przynajmniej w Runwayu, miał motyw. Czy zdołałabym przyglądać się, jak umiera długą, powolną, rozdzierająco bolesną śmiercią? O tak, tego byłam pewna… jaki byłby najbardziej satysfakcjonujący sposób zakończenia jej parszywej egzystencji?

Powoli odłożyłam słuchawkę na miejsce. Czy naprawdę mogłam źle zrozumieć jej wiadomość, kiedy ją wcześniej odsłuchiwałam? Chwyciłam swoją komórkę i odtworzyłam nagrania. „Ahn – dre – ah. Tu Mirahnda. Jest dziewiąta rano w niedzielę w Pahryżu i dziewczęta nie otrzymały jeszcze swoich książek. Zadzwoń do mnie do Ritza, żeby potwierdzić, że niedługo dotrą. To wszystko”. Tak naprawdę nic się nie stało. Może faktycznie dostała jeden egzemplarz zamiast dwóch, ale celowo stworzyła wrażenie, że popełniłam ogromny, oznaczający koniec kariery błąd. Zadzwoniła do mnie, nie przejmując się, że dziewiąta rano u niej dla mnie będzie oznaczać trzecią podczas mojego najbardziej idealnego weekendu w roku. Zadzwoniła, żeby mnie trochę podkręcić, trochę mocniej przycisnąć. Żebym ośmieliła się jej przeciwstawić. Zadzwoniła, bym znienawidziła ją jeszcze bardziej.

7

Noworoczne przyjęcie Lily było udane i niewyszukane, po prostu masa papierowych kubków z szampanem w jej mieszkanku z gromadą ludzi z college'u i innymi, których ci zdołali przywlec ze sobą. Nigdy nie byłam wielką fanką sylwestra. Nie pamiętam, kto pierwszy nazwał go „Nocą amatorów” (zdaje się, że Hugh Hefner), mówiąc, że sam baluje przez pozostałe trzysta sześćdziesiąt cztery dni w roku, ale skłonna jestem się z tym zgodzić. Całe to wymuszone picie i zabawa na siłę nie stanowią gwarancji dobrego spędzenia czasu. No więc Lily wyszła naprzeciw naszym potrzebom i urządziła niewielkie przyjęcie, żebyśmy zaoszczędzili sto pięćdziesiąt dolarów na biletach do jakiegoś klubu, lub, co gorsza, nie zaczęli snuć śmiesznych myśli o tym, żeby faktycznie pomarznąć na Times Square. Każdy z nas zabrał butelkę czegoś niezbyt toksycznego, a Lily rozdała trąbki oraz błyszczące korony, po czym miło i radośnie się upiliśmy, wznosząc toasty za Nowy Rok na dachu jej domu, z widokiem na Hiszpański Harlem. Chociaż wszyscy o wiele za dużo wypiliśmy, do czasu gdy reszta wyszła, Lily właściwie przestała funkcjonować. Już dwa razy wymiotowała, bałam się zostawić ją samą w mieszkaniu, więc Alex i ja spakowaliśmy dla niej torbę i zatargaliśmy ją z nami do taksówki. Wszyscy spaliśmy u mnie, Lily na futonie w saloniku, i następnego dnia poszliśmy na wielki brunch.