Выбрать главу

Proszę, nie wściekaj się? Rozumiesz? Jeden z jego drugoklasistów pociął innego ucznia i on miał nadzieję, że może odwołać kolację? Poprzedniego wieczoru odwołałam spotkanie z nim, bo uważałam, że mój dzień jeżdżenia limuzyną i pakowania prezentów był zbyt wyczerpujący. Chciało mi się płakać, chciałam zadzwonić do Aleksa i powiedzieć, że to o wiele więcej niż w porządku, byłam z niego dumna, że troszczy się o te dzieciaki i w ogóle wziął tę pracę. Kliknęłam „odpowiedz” i już miałam mniej więcej to właśnie napisać, kiedy usłyszałam swoje imię.

– Andrea! Ona jest w drodze. Będzie tu za dziesięć minut – oznajmiła głośno Emily, najwyraźniej z trudem zachowując spokój.

– Hmm? Przepraszam, nie słyszałam, co…

– Miranda jest w tej chwili w drodze do biura. Musimy się przygotować.

– W drodze do biura? Ale myślałam, że nie wraca do kraju przed sobotą…

– Cóż, najwyraźniej zmieniła zdanie. A teraz rusz się! Idź na dół i postaraj się o jej gazety, rozłóż je tak, jak ci kazałam. Kiedy skończysz, przetrzyj jej biurko i zostaw po lewej stronie szklankę pellegrino, z lodem i limonką. I upewnij się, że jej łazienka jest zaopatrzona jak trzeba, okej? Idź! Jest już w samochodzie, więc może tu dotrzeć za mniej niż dziesięć minut, w zależności od ruchu.

Gdy galopem wybiegałam z biura, słyszałam, jak Emily gwałtownie wystukuje czterocyfrowy wewnętrzny i prawie krzyczy: „Jest w drodze, powiedz wszystkim”. Przemknięcie przez korytarze i minięcie działu mody zajęło mi zaledwie trzy sekundy, ale już słyszałam paniczne krzyki: „Emily powiedziała, że ona jest w drodze” i „Miranda się zbliża!” oraz wręcz ścinający krew w żyłach „Wróóóóciiiiiiłaaaa!”. Asystenci gorączkowo prostowali ciuchy na wieszakach stojących wzdłuż korytarzy, a redaktorzy gnali do biur. Jedna z redaktorek zmieniała buty na niedużym obcasiku na dziesięciocentymetrowe szpilki, a druga w biegu malowała usta konturówką, podkręcała rzęsy i poprawiała ramiączko od stanika. Gdy jeden z chłopaków wychodził z męskiej toalety, zajrzałam za nim i zza jego pleców zobaczyłam Jamesa, który z obłędem na twarzy sprawdzał, czy nie ma na swoim czarnym kaszmirowym swetrze jakichś paprochów, jednocześnie spazmatycznie pakując sobie do ust dropsy. Pojęcia nie mam, skąd się dowiedział, zakładając oczywiście, że w męskiej toalecie nie założono głośników specjalnie na tę okazję.

Dałabym się zabić, żeby tylko stanąć i poobserwować rozwój sytuacji, ale zostało mniej niż dziesięć minut, żeby przygotować się do pierwszego spotkania z Miranda, podczas którego miałam wystąpić w roli jej asystentki, i nie zamierzałam ich zmarnować. Do tej pory próbowałam udawać, że właściwie to wcale nie biegnę, ale skoro byłam świadkiem, że wszyscy inni zademonstrowali tak całkowity brak godności, puściłam się sprintem.

– Andrea! Wiesz, że Miranda jest w drodze, prawda? – zawołała Sophy zza biurka w recepcji, kiedy obok niej przebiegałam.

– Jasne, wiem, ale skąd ty wiesz?

– Ja wiem wszystko, moja słodka. A teraz sugeruję, żebyś wzięła dupkę w troki. Jedno jest pewne: Miranda Priestly nie lubi, kiedy jej się każe czekać.

Wskoczyłam do windy i wykrzyknęłam podziękowanie.

– Za trzy minuty wracam z gazetami!

Dwie kobiety w windzie gapiły się na mnie z niesmakiem i zdałam sobie sprawę, że krzyczałam.

– Przepraszam – powiedziałam, starając się złapać oddech. – Właśnie się dowiedzieliśmy, że nasza redaktor naczelna jest w drodze do biura, a nie byliśmy przygotowani, więc wszyscy są teraz trochę spięci. – Czemu ja się tłumaczę przed tymi kobietami?

– O mój boże, na pewno pracujesz dla Mirandy! Zaraz, niech zgadnę. Jesteś nową asystentką? Andrea, zgadza się? – Długonoga brunetka błysnęła zębami, których wydawała się mieć setki, i ruszyła w moją stronę niczym pirania. Jej przyjaciółka aż się rozjaśniła.

– Hm, tak, Andrea – powtórzyłam własne imię, jakbym nie była do końca pewna, czy rzeczywiście jest moje. – I tak, nowa asystentka Mirandy.

W tej chwili winda dotarła do holu i drzwi otworzyły się na marmurową białość. Ruszyłam pierwsza i wyskoczyłam, zanim drzwi otworzyły się do końca. Usłyszałam, jak jedna z nich woła:

– Szczęściara z ciebie, Andrea. Miranda to niesamowita kobieta i milion dziewczyn dałoby się zabić za twoją pracę!

Postarałam się nie uderzyć w grupę prawników z bardzo nieszczęśliwymi minami, pewnie w drodze na jakiś wielki korporacyjny lunch, i prawie uniosłam się w powietrze, dopadając do stoiska z prasą w kącie holu. Nad lśniącą wystawką połyskliwych magazynów i zauważalnie mniejszym wyborem słodyczy, głównie bez cukru, oraz dietetycznych napojów rezydował tam nieduży Kuwejtczyk imieniem Ahmed. Emily przedstawiła nas sobie przed Bożym Narodzeniem w ramach mojego szkolenia i miałam nadzieję, że uda mi się teraz pozyskać jego pomoc.

– Stój! – krzyknął, gdy zaczęłam wyciągać gazety ze stojaka przy kasie. – Nowa dziewczyna Mirandy, prawda? Chodź tu.

Obróciłam się, żeby zobaczyć Ahmeda wykonującego skłon i wynurzającego się zza lady z twarzą, która nabierała z wysiłku nieco zbyt mocnej czerwieni.

– Ach – ha! – wykrzyknął znowu, prostując się z całą zręcznością staruszka z połamanymi obiema nogami. – Dla ciebie. Żebyś nie robiła mi bałaganu na wystawie, trzymam je dla ciebie osobno, codziennie. A może i po to, żebym ja sam też nie stracił na aktualności. – Mrugnął.

– Ahmed, dziękuję. Nawet nie jestem w stanie ci powiedzieć, jak bardzo mi pomogłeś. Myślisz, że powinnam wziąć też czasopisma?

– Jasna sprawa. Jest już środa, a wszystkie wyszły w poniedziałek. Twojej szefowej pewnie niezbyt się to podoba – stwierdził ze znajomością rzeczy. Ponownie sięgnął pod ladę i znów pojawił się z naręczem czasopism, które, co potwierdziłam szybkim rzutem oka, znajdowały się na mojej liście – co do jednego.

Karta, karta, gdzie, do cholery była ta cholerna karta identyfikacyjna? Sięgnęłam za swoją nakrochmaloną koszulę i znalazłam jedwabną zawieszkę, którą Emily sporządziła dla mnie z jednej z należących do Mirandy białych apaszek Hermesa. „Oczywiście nigdy nie noś tej karty, kiedy ona będzie w pobliżu – stwierdziła – ale w razie, gdybyś zapomniała ją zdjąć, przynajmniej nie będzie wisiała na plastikowym łańcuszku”. Przy dwóch ostatnich słowach o mało nie splunęła.

– Proszę, Ahmed. Bardzo ci dziękuję za pomoc, ale strasznie się śpieszę. Ona jest w drodze.

Przejechał moją kartą przez czytnik z boku urządzenia i zawiesił mi ją na szyi jak wieniec z kwiatów.

– A teraz biegnij. Biegnij!

Chwyciłam przelewającą się plastikową torbę i pobiegłam, znów wyciągając kartę, żeby przejechać nią przez bramkę, która umożliwiłaby mi wejście do holu z windami. Przeciągnęłam i pchnęłam. Nic. Przeciągnęłam i pchnęłam ponownie, tym razem mocniej. Nic.

– Some boys kiss me, some boys touch me, I think they're okay – ay. - Eduardo, okrągły i lekko spocony strażnik, zaśpiewał wysokim głosem zza biurka ochrony. Cholera. Nawet bez patrzenia na jego uśmiech, konspiracyjny, od ucha do ucha, wiedziałam, że żąda – jak codziennie przez ostatnie dwa tygodnie – żebym włączyła się do zabawy. Wyglądało na to, że dysponował nieskończonym zapasem wkurzających melodyjek, które uwielbiał wyśpiewywać, i nie pozwalał mi przejść przez bramkę, dopóki czegoś nie odegrałam. Wczoraj było I'm Too Sexy. Gdy śpiewał I'm too sexy for Milan, too sexy for Milan, New York and Japan, musiałam chodzić w holu po wyimaginowanym wybiegu. W odpowiednim nastroju mogło nawet być zabawnie. Czasami się uśmiechałam. Ale to był mój pierwszy dzień z Mirandą i nie mogłam się spóźnić z przygotowaniami, po prostu nie mogłam. Miałam ochotę zrobić mu krzywdę za to, że mnie zatrzymuje, podczas gdy wszyscy inni przemykali przy stanowisku ochrony przez bramki po obu stronach.