– Nie jestem pewna, czy posunęłabym się aż tak daleko – powiedziałam, nachylając się do niego, żeby rzucić okiem na Moby'ego, który dąsał się w kącie, w pobliżu stołu z książkami. – Ale nie jest tak obrzydliwie, jak sobie wyobrażałam. A poza tym, miałam taki dzień, że zgodziłabym się na wszystko.
Gdy Miranda wykonała swoje nagłe wyjście po nagłym wejściu, Emily poinformowała mnie, że tego wieczoru po raz pierwszy będę musiała zanieść Książkę do apartamentu Mirandy. Książka był to spory zbiór spiętych ze sobą stron, wielkości książki telefonicznej, zawierający roboczy model każdego numeru Runwaya w skali 1:1, z layoutem wszystkich stron. Emily wyjaśniła mi, że dopóki Miranda nie wyszła, nie dało się wykonać żadnej istotnej pracy, ponieważ ludzie z działu artystycznego i redakcji cały dzień spędzali na konsultacjach z nią, a ona zmieniała zdanie co godzinę. Tak więc gdy codziennie około piątej Miranda wychodziła, żeby pobyć trochę z bliźniaczkami, zaczynała się prawdziwa robota. Dział artystyczny konstruował nowe layouty i wprowadzał nowe zdjęcia, które przyszły, a redakcja dopieszczała i drukowała teksty, które wreszcie, wreszcie doczekały się aprobaty ze strony Mirandy – gigantycznego, zakręconego „MP”, nabazgranego przez całą pierwszą stronę. Każdy redaktor wysyłał wszystkie zmiany dokonane w ciągu dnia do asystenta artystycznego, który, całe godziny po wyjściu reszty, przepuszczał zdjęcia, layouty i teksty przez małą maszynkę woskującą strony od tyłu i wciskał je we właściwe miejsce w Książce. Wówczas, gdy tylko została ukończona, moim zadaniem było zanieść Książkę do mieszkania Mirandy – o dowolnej porze między ósmą wieczorem a jedenastą, w zależności od tego, w którym miejscu procesu produkcyjnego byliśmy – żeby mogła wszystko zatwierdzić. Przynosiła ją z powrotem następnego dnia i cały personel od początku przechodził ponownie przez to samo.
Gdy Emily podsłuchała, jak mówię Jamesowi, że jednak pójdę z nim na przyjęcie, z miejsca się włączyła.
– Hm, wiesz, że nie możesz nigdzie iść, dopóki Książka nie jest skończona, prawda?
Zagapiłam się. James wyglądał, jakby chciał się na nią rzucić.
– Tak, muszę stwierdzić, że tego właśnie pozbędę się z największą radością. Czasami robi się naprawdę późno, ale Miranda musi ją obejrzeć każdego, bez wyjątku, wieczoru, rozumiesz. Pracuje w domu. W każdym razie dziś zostanę z tobą i pokażę ci, co robić, ale potem możesz liczyć tylko na siebie.
– Okej, dzięki. Masz pojecie, o której dzisiaj skończą?
– Nie. Zmienia się to co wieczór, musisz zapytać w dziale artystycznym.
Książka była w końcu gotowa stosunkowo wcześnie, o wpół do dziewiątej, i kiedy odebrałam ją od asystenta, który wyglądał na wykończonego, zeszłyśmy razem na dół, na stronę Pięćdziesiątej Dziewiątej Ulicy. Emily niosła naręcze świeżo odebranych z pralni chemicznej rzeczy na wieszakach, owiniętych w plastik, i wyjaśniła mi, że pranie zawsze towarzyszy Książce. Miranda przynosi swoje brudne rzeczy do biura, gdzie, takie już moje szczęście, do moich obowiązków należy telefon do pralni i zawiadomienie ich, że mamy coś do zabrania. Pralnia natychmiast przysyła kogoś do budynku Elias – Clark, żeby odebrać ciuchy, i dzień później zwraca je w idealnym stanie. Trzymamy je potem w naszej biurowej szafie do chwili, gdy możemy wręczyć wszystko Jurijowi albo osobiście zanieść do apartamentu. Moja praca z chwili na chwilę stawała się bardziej stymulująca intelektualnie!
– Hej, Rich! – Emily z fałszywą pogodą w głosie zawołała do żującego fajkę dyspozytora, którego poznałam pierwszego dnia. – To jest Andrea. Będzie codziennie zabierać Książkę, więc upewnij się, że dostanie dobry wóz, okej?
– Zrobi się, ruda. – Wyciągnął fajkę z ust i wskazał na mnie. – Zatroszczę się o tę tu blondyneczkę.
– Wspaniale. Och, i czy możesz wysłać za nami do Mirandy jeszcze jeden samochód? Kiedy podrzucimy Książkę, Andrea i ja jedziemy w różne miejsca.
W tym momencie podjechały dwa potężne samochody z Town Car, wielki jak góra kierowca wytoczył się z przedniego siedzenia pierwszego z nich i otworzył dla nas tyle drzwi. Emily wsiadła pierwsza, błyskawicznym ruchem z miejsca wyjęła komórkę i zawołała: „Do apartamentu Mirandy Priestly, poproszę”. Kierowca skinął głową, wrzucił bieg i ruszyliśmy.
– Czy to zawsze ten sam kierowca? – zapytałam, zastanawiając się, skąd wiedział, dokąd jechać.
Skinęła na mnie, żebym była cicho, gdy zostawiała wiadomość dla swojej współlokatorki, a potem odparła:
– Nie, ale dla firmy pracuje tylko grupa kierowców. Jechałam z każdym co najmniej dwadzieścia razy, więc teraz już znają drogę. – Ponownie zajęła się telefonem. Spojrzałam do tyłu i zobaczyłam drugi pusty samochód z Town Car, ostrożnie powtarzający nasze skręty i przystanki.
Zajechaliśmy przed front typowego budynku z portierem przy Piątej Alei: nieskalany chodnik, starannie utrzymane balkony i coś, co wyglądało na wspaniały, emanujący ciepłym światłem hol. Mężczyzna w smokingu i kapeluszu bezzwłocznie podszedł do samochodu i otworzył nam drzwi, Emily wysiadła. Zastanawiałam się, czemu po prostu nie zostawimy mu Książki i ubrań. Z tego, co rozumiałam – a nie było tego wiele, a już zwłaszcza w tym dziwnym mieście – po to byli portierzy. Na tym polegała ich praca. Ale Emily wyciągnęła ze swojej ozdobionej logo Gucciego torby skórzany pokrowiec do kluczy od Louisa Vuittona i wręczyła mi go.
– Zaczekam tutaj. Zabierz te rzeczy do jej mieszkania, apartament A. Po prostu otwórz drzwi i zostaw Książkę na stole w foyer, a ubrania powieś na haczykach przy szafie. Nie w szafie, tylko przy szafie. A potem zwyczajnie wyjdź. Bez względu na wszystko nie pukaj ani nie dzwoń, ona nie lubi, żeby jej przeszkadzano. Po prostu wejdź, wyjdź i bądź cicho! – Wręczyła mi plątaninę wieszaków i plastikowej folii, po czym ponownie otworzyła komórkę. W porządku, dam sobie z tym radę. Tyle hałasu o Książkę i kilka par spodni?
Windziarz uśmiechnął się do mnie uprzejmie i po przekręceniu klucza w milczeniu nacisnął guzik AP. Wyglądał jak maltretowana żona, zrezygnowany i smutny, jakby nie był już w stanie walczyć i pogodził się ze swoją niedolą.
– Zaczekam tu – odezwał się miękko, patrząc w podłogę. – Nie powinno to pani zająć więcej niż minutę.
Dywan w korytarzu miał kolor ciemnego burgunda i prawie się przewróciłam; jeden z obcasów utknął mi w jego głębinach. Ściany wyłożono grubym kremowym materiałem w cieniutkie kremowe paseczki biegnące z góry na dół, pod ścianę wsunięto ławkę obitą kremowym zamszem. Przeszkolone drzwi naprzeciw miały napis AP B, więc odwróciłam się i zobaczyłam identyczne drzwi z napisem AP A. Strasznie dużo mnie kosztowało, żeby powstrzymać się od naciśnięcia dzwonka, ale pamiętałam o ostrzeżeniu Emily, i wsunęłam klucz w zamek. Kliknął i zanim zdołałam poprawić włosy albo zastanowić się, co będzie po drugiej stronie, stałam w obszernym, przewiewnym foyer i wdychałam absolutnie niesamowity zapach jagnięcych kotletów. A oto była i ona, delikatnie unosiła widelec do ust, podczas gdy dwie identyczne, czarnowłose dziewczynki wrzeszczały na siebie przez szerokość stołu, a wysoki siwy mężczyzna o nieregularnych rysach, z twarzą zdominowaną przez szeroki nos, czytał gazetę.
– Mamo, powiedz jej, że nie może tak sobie włazić do mojego pokoju i brać moich dżinsów! Bo mnie nie słucha – błagała jedna z nich Mirandę, która odłożyła widelec i pociągała łyk czegoś, o czym wiedziałam, że jest wodą Pellegrino z limonką, z lewej strony stołu.