– Caroline, Cassidy, dość. Po prostu nie chcę więcej o tym słyszeć. Gabriel, przynieś więcej galaretki miętowej – zawołała. Mężczyzna, którego uznałam za kucharza, pośpiesznie wszedł do pokoju, niosąc srebrną miskę na srebrnej tacy.
I wtedy zdałam sobie sprawę, że stałam tak przez niemal trzydzieści sekund, obserwując ich przy kolacji. Jeszcze mnie nie zobaczyli, ale zobaczą, kiedy tylko przejdę w kierunku stołu. Zrobiłam to ostrożnie, ale wyczułam, że wszyscy odwrócili się, żeby spojrzeć. Gdy miałam właśnie wygłosić jakieś powitanie, przypomniałam sobie, że dziś, wcześniej, podczas naszego pierwszego spotkania, wyszłam na gigantyczną idiotkę, jąkałam się i potykałam jak idiotka, więc ugryzłam się w język. Stół, stół, stół. Proszę, był, położyć Książkę na stole. A teraz ciuchy. Rozpaczliwie rozglądałam się dookoła w poszukiwaniu miejsca, gdzie powinnam powiesić rzeczy z pralni, ale nie mogłam skupić wzroku. Przy stole zapadła cisza i czułam, że wszyscy mnie obserwują. Nikt się nie przywitał. Najwyraźniej dziewczynkom nie przeszkadzało, że w ich mieszkaniu znajduje się zupełnie obca osoba. W końcu zobaczyłam małą szafę na płaszcze schowaną za drzwiami i zdołałam powiesić wszystkie poskręcane, śliskie wieszaki na drążku.
– Nie w szafie, Emily – usłyszałam podniesiony głos Mirandy, niespieszny, powolny. – Na haczykach, które przeznaczone są specjalnie na tę okazję.
– Och, hm, cześć. – Idiotka! Zamknij się! Ona nie czeka na odpowiedź, po prostu zrób, co ci każe! Ale nie mogłam się powstrzymać. Fakt, że nikt się nie przywitał i nie dziwił, kim mogę być, ani w żaden sposób nie pokazał po sobie, że przyjmuje do wiadomości obecność w mieszkaniu kogoś, kto sam wszedł i teraz po nim myszkuje, wydał mi się przesadnie dziwny. I „Emily”? Żartowała? Oślepła? Czy naprawdę nie potrafiła stwierdzić, że nie jestem dziewczyną, która pracowała dla niej od blisko dwóch lat? – Jestem Andrea, Mirando. Twoja nowa asystentka.
Cisza. Przenikliwa, nieznośna, niekończąca się, ogłuszająca i pozbawiająca energii cisza.
Wiedziałam, że nie powinnam nic więcej mówić, wiedziałam, że sama sobie kopię grób, ale po prostu nie mogłam się powstrzymać.
– Hm, no tak, przepraszam za zamieszanie. Zostawię to na haczykach, tak jak powiedziałaś, i już wychodzę. – Skończ z tym komentarzem! Gówno ją obchodzi, co robisz, zrób to po prostu i spadaj. – Okej, no to miłej kolacji. Miło mi było was poznać. – Odwróciłam się, żeby wyjść, i zdałam sobie sprawę, że ośmieszyłam się nie tylko samym faktem otwarcia ust, ale mówiłam głupstwa. Miło mi was poznać? Nie zostałam nikomu przedstawiona.
– Emily! – usłyszałam w chwili, gdy moja ręka sięgnęła do gałki w drzwiach. – Emily, niech to się nie powtórzy jutro wieczorem. Nie odpowiada nam zakłócanie spokoju. – Gałka sama obróciła się w mojej ręce i wreszcie byłam na korytarzu. Cała akcja zabrała mniej niż minutę, ale czułam się, jakbym właśnie przepłynęła całą długość olimpijskiego basenu bez wynurzania się, żeby zaczerpnąć powietrza.
Ciężko klapnęłam na ławkę i robiłam powolne, kontrolowane wdechy. Co za suka! Za pierwszym razem, kiedy nazwała mnie Emily, mogło się to zdarzyć przypadkiem, ale drugi raz niewątpliwie był celowy. Czy jest lepszy sposób, żeby umniejszyć i poniżyć kogoś, niż uparcie zwracać się do niego niewłaściwym imieniem po tym, gdy odmówiło się przyjęcia do wiadomości jego obecności we własnym domu? A skoro i tak stanowiłam najniższą formę życia w środowisku czasopisma – Emily nie omieszkała podkreślić tego w rozmowie ze mną – skoro znajdowałam się na samym dole łańcucha pokarmowego, czy Miranda naprawdę musiała upewnić się, że mam tego świadomość?
Całkiem prawdopodobne, że siedziałabym tak całą noc i strzelała mentalnymi pociskami w drzwi AP A, ale usłyszałam chrząknięcie i podniosłam głowę. Odkryłam smutnego, małego windziarza patrzącego w podłogę, który cierpliwie czekał, żebym do niego dołączyła.
– Przepraszam – powiedziałam, z szuraniem wlokąc się do windy.
– Nie ma sprawy – niemal szeptał, ze skupieniem wpatrując się w pokrytą drewnianymi panelami podłogę. – Z czasem będzie łatwiej.
– Co? Przepraszam, nie usłyszałam, co pan…
– Nic, nic. Proszę, panienko. Miłego wieczoru. – Drzwi otworzyły się do holu, gdzie Emily głośno plotkowała przez komórkę. Zamknęła ją z kliknięciem, kiedy mnie zobaczyła.
– Jak poszło? Bez problemów, prawda?
Pomyślałam, żeby opowiedzieć jej, co się wydarzyło. Z całego serca żałowałam, że nie może być współczującą koleżanką z pracy, iż nie możemy stworzyć zespołu, ale wiedziałam, że tylko naraziłabym się na kolejną werbalną chłostę. Akurat teraz nie byłam tym zainteresowana.
– Absolutnie w porządku. Żadnych problemów. Jedli kolację i po prostu zostawiłam wszystko dokładnie tak, jak powiedziałaś.
– Dobra. No więc to właśnie będziesz robić co wieczór. Potem niech cię podwiozą do domu i masz spokój. No i baw się dobrze na tym przyjęciu Marshalla. Zdecydowanie bym poszła, ale mam umówione woskowanie linii bikini, którego nie mogę odwołać – wyobrażasz sobie, że mają już rezerwacje na następne dwa miesiące? A jest środek zimy. To pewnie wszyscy ci ludzie, którzy jadą na zimowe wakacje. Prawda? Zupełnie nie potrafię zrozumieć, dlaczego każda kobieta w Nowym Jorku musi akurat teraz robić woskowanie linii bikini. To takie dziwne, ale co można na to poradzić?
Głowa pulsowała mi w rytm jej głosu i wydawało się, że bez względu na to, co odpowiem czy jak zareaguję, zostałam skazana na wieczne wysłuchiwanie jej gadki o woskowaniu bikini. Może już lepiej, gdyby wrzeszczała na mnie, że przeszkodziłam Mirandzie w kolacji.
– Jasne, nic nie poradzisz. No, polecę już, powiedziałam Jamesowi, że spotkam się z nim o dziewiątej, a jest już dziesięć po. Do zobaczenia jutro?
– Oczywista. A, żebyś wiedziała, teraz, kiedy jesteś już nieźle wyszkolona, nadal przychodzisz o siódmej, ale ja nie zjawiam się przed ósmą. Miranda o tym wie, to zrozumiałe, że starsza asystentka przychodzi później, skoro ma o tyle cięższą pracę. – O mało nie rzuciłam się jej do gardła. – Po prostu realizuj wszystkie punkty programu, jak cię nauczyłam. Zadzwoń do mnie, gdybyś musiała, ale do tej pory powinnaś już wiedzieć, co i jak. Pa! – Wskoczyła na tylne siedzenie drugiego samochodu, który czekał przed budynkiem.
– Pa! – zaświergotałam z gigantycznym fałszywym uśmiechem, przyklejonym do twarzy. Kierowca wykonał ruch, żeby wysiąść z samochodu i otworzyć dla mnie drzwi, ale powiedziałam mu, że sama świetnie zapakuję się do tyłu. – Do Plaża, poproszę.
James czekał na mnie na schodach przed wejściem, mimo że musiało być jakieś siedem stopni poniżej zera. Poszedł do domu się przebrać i wyglądał bardzo, bardzo chudo w czarnych zamszowych spodniach oraz białym topie w prążki, który uwydatniał po mistrzowsku nałożoną opaleniznę z tubki.
– Hej, Andy, jak poszło odnoszenie Książki? – Czekaliśmy w kolejce, żeby pozbyć się płaszczy i natychmiast wyśledziłam Brada Pitta.
– O mój boże, chyba żartujesz. Jest tu Brad Pitt?
– No tak, Marshall robi oczywiście włosy Jennifer. Więc ona też tu musi być. Doprawdy, Andy, może następnym razem, kiedy każę ci się mnie trzymać, wreszcie mi zaufasz. Chodźmy po drinki.
Zaraz potem wypatrzyłam Reese oraz Johnny'ego i w okolicach pierwszej w nocy miałam za sobą cztery drinki i radośnie paplałam z asystentką działu mody z Vogue 'a. Dyskutowałyśmy o woskowaniu linii bikini. Z zacięciem. I kompletnie się tym nie przejmowałam. Chryste, pomyślałam, klucząc w tłumie w poszukiwaniu Jamesa i posyłając gigantyczny, wazeliniarski uśmiech mniej więcej w stronę Jennifer Aniston, gdy ją mijałam – wcale niezłe to przyjęcie. Ale byłam wstawiona i musiałam znaleźć się w pracy za niespełna sześć godzin, nie zaglądałam też do domu przez prawie dobę. Kiedy więc nakryłam Jamesa na przystawianiu się do któregoś z kolorystów z salonu Marshalla, miałam zamiar się wymknąć. I właśnie w tym momencie poczułam rękę w talii.