Spojrzałam jeszcze raz i próbowałam odnaleźć w twarzy tego faceta starego Benjiego. Był atletycznie zbudowany i uroczy. Po prostu normalny facet. Ale Bergman zmienił go w ludzki wrak. Miał na sobie za obszerny, pognieciony garnitur i wyglądał, jakby chciał wyssać ze swojego marlboro trochę koki. Wyglądał na przepracowanego, mimo że była dopiero siódma, i dzięki temu lepiej się poczułam, bo okazał się dupkiem wobec Lily i ponieważ nie byłam jedyną osobą, która wlokła się do pracy o tak nieprzyzwoitej godzinie. Prawdopodobnie dostawał za swoje męki sto pięćdziesiąt tysięcy rocznie, ale co z tego, przynajmniej nie byłam sama.
Benjamin pozdrowił mnie zapalonym papierosem, żarzącym się upiornie w mroku zimowego poranka, i kiwnął, żebym przyszła. Obawiałam się spóźnić, ale Eduardo rzucił mi swoje spojrzenie „bez obaw, jeszcze jej nie ma, wszystko gra”, więc podeszłam do Benjamina. Oczy miał kaprawe i wyglądał beznadziejnie. Pewnie uważał, że ma szefa tyrana. Ha! Gdyby tylko wiedział. Miałam ochotę roześmiać się w głos.
– Hej, zauważyłem, że tylko ty jesteś tu codziennie tak wcześnie – wymamrotał, podczas gdy szukałam w torbie szminki przed skierowaniem się w stronę wind. – Co to za układ?
Był duży, jasnowłosy i wydawał się taki zmęczony, taki złachany, że poczułam przypływ współczucia i życzliwych uczuć. Ale potem kolana się pode mną ugięły z wyczerpania i przypomniałam sobie, jak wyglądała Lily, kiedy jeden z durnych kumpli Benjiego zapytał, czy wystarczyło jej patrzenie, czy raczej chciała się przyłączyć, i straciłam zimną krew.
– Układ jest taki, że pracuję dla dość wymagającej kobiety i muszę się tu zjawić dwie i pół godziny przed resztą cholernej redakcji, żeby się przygotować na spotkanie z nią – powiedziałam tonem ociekającym złością i sarkazmem.
– Rany. Tylko zapytałem. W takim razie sorry, brzmi raczej paskudnie. Dla kogo pracujesz?
– Dla Mirandy Priestly – oznajmiłam i pomodliłam się o brak reakcji. Z jakiegoś powodu spotkanie porządnie wykształconego człowieka, który najwyraźniej odniósł sukces zawodowy, a nie miał pojęcia, kim jest Miranda, sprawiało, że czułam się bardzo, bardzo szczęśliwa. Wręcz zachwycona. I na szczęście ten mnie nie zawiódł. Wzruszył ramionami, zaciągnął się papierosem i spojrzał wyczekująco.
– Jest redaktor naczelną Runwaya - zniżyłam głos i zaczęłam mówić radośnie. – To największa zdzira, jaką w życiu spotkałam. Serio, naprawdę nigdy nie poznałam nikogo takiego jak ona, właściwie to jest nieludzka.
Chciałam wylać przed Benjim litanię narzekań, ale z pełną mocą objawiła się Paranoidalna Pętla Runwaya. Natychmiast ogarnęło mnie zdenerwowanie, niemal paranoja, przekonanie, że ten nieświadomy, obojętny człowiek jest w jakiś sposób poplecznikiem Mirandy, przysłanym przez Obsewera albo Page Six, żeby mnie szpiegować. Wiedziałam, że to śmieszne, kompletnie absurdalne. Znałam Benjiego od lat i właściwie byłam pewna, że nie miał żadnych zawodowych powiązań z Mirandą. Prawie pewna. W końcu, jak można mieć całkowitą pewność? I nie wiadomo, kto mógł stać za mną w tej właśnie sekundzie, słysząc każde paskudne słowo. Trzeba natychmiast zminimalizować straty.
– Oczywiście jest najbardziej wpływową kobietą na rynku mody i wydawniczym, a nie da się wspiąć na szczyt dwóch tak ważnych dziedzin w Nowym Jorku, rozdając cały dzień cukierki. Hm, to zrozumiałe, że trochę ciężko się z nią pracuje, wiesz? Na jej miejscu byłabym taka sama. No tak, hm, muszę już lecieć. Dobrze było znów cię zobaczyć. – I zwiałam, jak często zdarzało mi się podczas kilku ostatnich tygodni, gdy orientowałam się, że rozmawiam z kimś innym niż z Lily, Aleksem albo moimi rodzicami, i nie umiałam się powstrzymać od wyrzekania na tę wiedźmę.
– Hej, nie przejmuj się – zawołał za mną, gdy zmierzałam w stronę wind. – Ja siedzę tu od czwartku rano. – Z tymi słowami wyrzucił tlący się niedopałek i bez entuzjazmu wgniótł go w beton.
– Dzień dobry, Eduardo – powiedziałam, rzucając mu najlepszą wersję swojego żałosnego, umęczonego spojrzenia. – Nienawidzę, kurwa, poniedziałków.
– Hej, nie martw się, koleżanko. Przynajmniej dzisiaj wyprzedziłaś ją na finiszu – stwierdził z uśmiechem. Nawiązywał oczywiście do tych przykrych poranków, kiedy Miranda pojawiała się o piątej rano i trzeba było ją odprowadzać na górę, bo upierała się, żeby nie nosić karty dostępu. Następnie nerwowo przemierzała biuro, wydzwaniając do Emily i do mnie, dopóki jedna z nas nie zdołała wstać, ogarnąć się i dotrzeć do pracy, jakby chodziło o kryzys na skalę państwową.
Popchnęłam bramkę, modląc się, żeby ten poniedziałek okazał się wyjątkiem, żeby przepuścił mnie bez przedstawienia. Nic z tego.
– Yo, tell me whatyou want, whatyou really, really want - zaśpiewał Eduardo z hiszpańskim akcentem, pokazując zęby w szerokim uśmiechu. Cała przyjemność z uszczęśliwienia taksiarza i odkrycia, że zdążyłam przyjść przed Mirandą, znikła. Jak co rano chciałam teraz sięgnąć przez kontuar stanowiska ochrony i zedrzeć mu skórę z twarzy. Ale ponieważ była ze mnie równa dziewczyna, a on należał do nielicznych moich przyjaciół w tym miejscu, okazałam słabość i uległam.
– I'II tell you what I want, what I really, really want, I wanna – I wanna – I wanna – I wanna - / really, really wanna zigga zig aaaaaahhh - zaśpiewałam pokornie w żałosnym hołdzie dla przeboju Spice Girls z lat dziewięćdziesiątych. A Eduardo po raz kolejny wyszczerzył się w uśmiechu i wcisnął brzęczyk, żeby mnie przepuścić.
– Hej, nie zapominaj: szesnasty czerwca! – zawołał za mną.
– Wiem, szesnasty czerwca! – odkrzyknęłam, co stanowiło aluzję do naszych wspólnych urodzin. Nie pamiętam, w jaki sposób ani dlaczego odkrył moją datę urodzenia, ale był zachwycony, że urodziliśmy się tego samego dnia. I z jakiegoś niewyjaśnionego powodu weszło to do naszego osobistego rytuału porannego. Każdego cholernego poranka.
Po stronie Elias – Clark znajdowało się osiem wind, połowa dla pięter od pierwszego do dziesiątego, połowa od dziesiątego wzwyż. Liczyły się tylko te pierwsze, bo większość wielkich tytułów mieściła się na pierwszych dziesięciu piętrach; obwieszczały swoją obecność podświetlonymi panelami nad drzwiami windy. Na pierwszym piętrze znajdowała się darmowa, najwyższej klasy sala gimnastyczna dla pracowników, kompletnie wyposażona, z kombajnem treningowym Nautilus i co najmniej setką stepperów, bieżni i trenażerów. W szatni były sauny, gorące kąpiele, sauny parowe i obsługa w uniformach, a salon oferował ratunkowy manikiur, pedikiur i zabiegi kosmetyczne. Dostarczali nawet darmowych ręczników, a przynajmniej tak słyszałam – nie tylko nie miałam czasu, ale też między szóstą rano a dziesiątą zawsze był tam tak cholerny tłum, że ledwie dało się przejść. Dziennikarze, redaktorzy i asystenci do spraw sprzedaży dzwonili z trzydniowym wyprzedzeniem, żeby zarezerwować sobie miejsce na zajęciach jogi albo kick boxingu, a nawet wtedy rezerwacja przepadała, jeżeli nie zjawili się piętnaście minut przed czasem. Stresowało mnie to w najwyższym stopniu, jak niemal wszystko, co zostało w Elias – Clark zaprojektowane, żeby podnieść jakość życia pracowników.
Słyszałam plotkę, że w piwnicy mieściło się przedszkole, ale nie znałam nikogo, kto miałby dzieci, więc nie byłam tego całkiem pewna. To, co ważne, zaczynało się na drugim piętrze, tym z Jadalnią. Miranda jak na razie odmawiała jedzenia wśród wyrobników, chyba że chodziło o lunch z Irvem Ravitzem, dyrektorem generalnym Elias, który lubił tam jadać, żeby zamanifestować jedność z pracownikami.