W górę, w górę, w górę, ponad wszystkie sławne tytuły. Większość musiała dzielić piętra, po przeciwnych stronach biurka recepcjonistki widniały oddzielne szklane drzwi. Wyskoczyłam na dziesiątym, oglądając odbicie swojego tyłka w szklanych drzwiach. W przypływie współczucia i geniuszu architekt łaskawie pozbawił windy przy Madison sześćset czterdzieści luster. Jak zwykle zapomniałam o swojej elektronicznej karcie identyfikacyjnej – dokładnie tej, która śledziła wszystkie nasze ruchy, zakupy i nieobecności w budynku – i musiałam włamać się do biura. Recepcjonistka nie pojawiała się przed dziewiątą, więc należało schylić się pod jej biurko, znaleźć przycisk, który zwalniał blokadę szklanych drzwi, i sprintem wystartować ze środka recepcji, żeby otworzyć je szarpnięciem, nim znów się zanikną z trzaskiem. Czasami robiłam to trzy albo cztery razy, zanim wreszcie się udało, ale dziś powiodło mi się przy drugiej próbie.
Gdy przychodziłam, biuro zawsze było ciemne i co rano pokonywałam tę samą trasę do swojego biurka. Po lewej mijałam dział reklamy, dziewczyny, które najbardziej kochały stroić się w podkoszulki Chloe i kozaki od Jimmy'ego Choo z ostrymi obcasami i wręczać służbowe wizytówki, wielkimi literami krzyczące RUNWAY. Nie miały absolutnie nic wspólnego z tym, co działo się po redakcyjnej stronie biura: to redakcja wybierała ciuchy na rozkładówki, zabiegała o dobrych autorów, dopasowywała dodatki do strojów, angażowała modelki, redagowała teksty, projektowała layouty i zatrudniała fotografów. Pracownicy redakcji jeździli do niesamowitych miejsc na całym świecie na zdjęcia, dostawali darmowe upominki i rabaty od wszystkich projektantów, wykrywali trendy i chodzili na przyjęcia w Pastis oraz Float, ponieważ „musieli sprawdzać, co ludzie noszą”.
Akwizytorzy reklam mieli za zadanie sprzedać powierzchnię reklamową. Czasami organizowali przyjęcia promocyjne, ale nie widywało się tam sław, więc tym samym nowojorska śmietanka miała je za nudne (przynajmniej tak z szyderstwem w głosie powiedziała mi Emily). W dni tych przyjęć nieustannie dzwonili do mnie ludzie, których prawie nie znałam, w poszukiwaniu zaproszenia. „Hm, słyszałam, że Runway urządza dziś wieczorem imprezę. Czemu nie jestem zaproszona?”.
O imprezach zawsze dowiadywałam się od kogoś z zewnątrz. Redakcji nie zapraszano, bo i tak nikt by nie przyszedł. Zupełnie jakby dziewczynom z Runwaya nie wystarczało, że drwią, terroryzują i poddają ostracyzmowi każdą, która nie była jedną z nich, musiały jeszcze stworzyć wewnętrzny podział klasowy.
Dział akwizycji reklam ustąpił miejsca długiemu, wąskiemu korytarzowi. Odnosiło się wrażenie, że ciągnął się całe wieki, zanim dotarł do kuchenki po lewej stronie. Tu znajdował się wybór kaw oraz herbat i lodówka do przechowywania lunchu – wszystko zbędne, ponieważ monopol na pijaną codziennie przez pracowników kawę miał Starbucks, a wszystkie posiłki były starannie wybierane w stołówce albo zamawiane na wynos z któregoś z tysięcy lokali w śródmieściu. Ale był to miły akcent, właściwe uroczy, próba powiedzenia: „Hej, spójrzcie tylko na nas, mamy herbatę Lipton w torebkach, Sweet Low i nawet mikrofalówkę, w razie gdyby ktoś chciał podgrzać sobie coś z wczorajszej kolacji! Jesteśmy tacy jak wszyscy!”.
Ostatecznie docierałam do enklawy Mirandy o siódmej pięć, tak zmęczona, że ledwie mogłam się ruszyć. Ale podobnie jak przy wszystkim, istniała kolejna procedura, której nigdy nie odważyłam się zakwestionować ani zmienić, więc rzetelnie się do niej zabierałam. Otwierałam jej gabinet i włączałam wszystkie światła. Na zewnątrz wciąż było ciemno i uwielbiałam dramatyzm przebywania w ciemności w gabinecie człowieka władzy, wpatrywanie się w migający światłami, bezsenny Nowy Jork. Wyobrażałam sobie, że gram w jednym z tych filmów (do wyboru każdy, w którym kochankowie obejmują się na kosztownym tarasie należącego do bohatera apartamentu za sześć milionów dolarów z widokiem na rzekę), czułam, że stoję na szczycie świata. A potem rozbłyskiwały światła i następował koniec moich fantazji. Uczucie, że w Nowym Jorku o świcie wszystko jest możliwe, znikało i jedyne, co widziałam, to identyczne, szeroko uśmiechnięte twarze Caroline i Cassidy.
Następnie otwierałam szafę w naszej, zewnętrznej części biura, miejsce, gdzie wieszałam jej płaszcz (swój także, o ile nie przyszła tego dnia w futrze – Miranda nie lubiła, żeby należące do Emily i do mnie pospolite wełny wisiały obok jej lisów) i gdzie trzymałyśmy szereg zapasów: niepotrzebne płaszcze i ubrania warte dziesiątki tysięcy dolarów, pranie, które dotarło już do biura, ale nie zostało jeszcze dostarczone do apartamentu Mirandy, co najmniej dwieście niesławnych białych apaszek od Hermesa. Słyszałam, że Hermes postanowił zaprzestać produkcji tego konkretnego fasonu, prostych i eleganckich białych jedwabnych kwadratów. Ktoś w firmie uznał, że są winni Mirandzie wyjaśnienie, i faktycznie zadzwonił, żeby ją przeprosić. Jak należało się spodziewać, chłodno dała wyraz swojemu wielkiemu rozczarowaniu i pośpiesznie zakupiła cały pozostały zapas. Kilka lat przed tym, zanim zaczęłam tam pracować, dostarczono do biura około pięciuset apaszek i zużyłyśmy z nich już ponad połowę. Miranda zostawiała je wszędzie: w restauracjach, kinach, na pokazach mody, cotygodniowych zebraniach, w taksówkach. Zostawiała je w samolotach, szkole córek, na korcie tenisowym. Oczywiście zawsze miała jedną stylowo wkomponowaną w strój – nigdy nie widziałam jej poza domem bez apaszki. Ale to nie wyjaśniało, gdzie wszystkie znikały. Może myślała, że to chusteczki? A może lubiła robić notatki na jedwabiu zamiast na papierze? Jakkolwiek by było, wydawała się szczerze przekonana, że są jednorazowego użytku i żadna z nas nie wiedziała, jak jej powiedzieć, że tak nie jest. Elias – Clark zapłacił za każdą z apaszek po kilkaset dolarów, ale mniejsza z tym: wręczałyśmy jej te apaszki, jakby to były jednorazowe chusteczki. W tym tempie Miranda mogła wyczerpać zapas za jakieś dwa lata.
Ustawiłam sztywne pomarańczowe pudełka na półce w szafie, na wygodnej wysokości, ale nigdy nie zostawały tam zbyt długo. Co trzeci czy czwarty dzień przygotowywała się do wyjścia na lunch i wzdychała.
– Ahn – dre – ah, podaj mi apaszkę. – Pocieszałam się myślą, że dawno mnie tu nie będzie, kiedy zapas się wyczerpie. Ktokolwiek będzie miał tego pecha, żeby wówczas się tu znaleźć, będzie musiał powiedzieć jej, że nie ma więcej białych apaszek Hermesa i nie da się ich wyprodukować, przesłać, stworzyć, zorganizować, dosłać, zamówić ani uzyskać siłą. Sama myśl o tym była przerażająca.
Kiedy tylko dotarłam do szafy i otworzyłam biuro, zadzwonił Jurij.
– Andrea? Halo, halo. Tu Jurij. Czy mogłabyś, proszę, zejść na dół? Jestem na Pięćdziesiątej Ósmej Ulicy, dokładnie przed Nowojorskim Klubem Sportowym. Mam dla ciebie rzeczy.
Ten telefon był dobrym, choć niedoskonałym sposobem przekazania mi, że niedługo zjawi się Miranda. Może. Najczęściej wysyłała Jurija przodem z rzeczami, kolekcją brudnych ubrań, które trzeba było oddać do pralni chemicznej, materiałami, które wzięła do domu do czytania, czasopismami, butami lub torebkami wymagającymi naprawy, oraz Książką. W ten sposób miała pewność, że wyjdę na spotkanie samochodu i z wyprzedzeniem zaniosę na górę wszystkie te raczej niepożądane przedmioty oraz zajmę się nimi, zanim przestąpi próg biura. Zwykle zjawiała się jakieś pół godziny później, ponieważ Jurij najpierw odwoził rzeczy, a potem wracał odebrać ją z dowolnego miejsca, gdzie danego poranka się ukrywała.
Ona sama mogła znajdować się wszędzie, ponieważ według Emily nie sypiała. Nie wierzyłam w to, dopóki nie zaczęłam przychodzić do biura przed Emily i nie zostałam pierwszą osobą, która odsłuchiwała pocztę głosową. Co noc, bez wyjątku, w godzinach między pierwszą a szóstą rano, Miranda zostawiała dla nas osiem do dziesięciu niejasnych wiadomości. Informacje w rodzaju „Cassidy chce mieć jedną z tych nylonowych toreb, które noszą wszystkie dziewczynki. Zamówić dla niej jedną średniego rozmiaru w kolorze, jaki lubi” i „Będę potrzebowała adres i telefon do tego sklepu z antykami na Siedemdziesiątej którejś, tego, w którym widziałam zabytkową serwantkę”. Jakbyśmy wiedziały, jakie nylonowe torby były modne wśród ośmiolatek albo w którym z czterystu sklepów z antykami na Siedemdziesiątej Pierwszej do Siedemdziesiątej Dziewiątej – tak nawiasem, wschodniej czy zachodniej? – zobaczyła coś, co jej się spodobało na przestrzeni ostatnich piętnastu lat. Ale każdego ranka wiernie odsłuchiwałam i przepisywałam te wiadomości, w kółko wciskając „replay”, próbując wywnioskować coś z akcentu i zinterpretować wskazówki, żeby uniknąć proszenia Mirandy o więcej danych.