Выбрать главу

Raz popełniłam błąd, sugerując coś takiego, tylko po to, by napotkać jedno z miażdżących spojrzeń Emily. Wypytywanie Mirandy najwyraźniej nie wchodziło w grę. Lepiej miotać się bez planu i zaczekać, aż się usłyszy, jak bardzo chybione były wyniki naszych usiłowań. Żeby zlokalizować tę zabytkową serwantkę, która wpadła Mirandzie w oko, dwa i pół dnia spędziłam w limuzynie – na koszt Elias – Clark – krążąc po Manhattanie przez ulice z numerem zaczynającym się od siedemdziesięciu po obu stronach parku. Wykluczyłam York Avenue (za dużo domów mieszkalnych) i przejechałam w górę Pierwszej, w dół Drugiej, w górę Trzeciej, w dół Lex. Ominęłam Park Avenue (znów za dużo terenów mieszkalnych), ale kontynuowałam poszukiwania w górę Madison, a potem podobny proces powtórzyłam na West Side. Z piórem w ręku, czujnym okiem, książką telefoniczną otwartą na kolanach, gotowa wyskoczyć na widok każdego sklepu, który sprzedawał antyki. Każdy najmniejszy nawet antykwariat – i całkiem sporą liczbę zwykłych sklepów meblowych – zaszczyciłam wizytą. Przy sklepie numer cztery mój występ osiągnął status dzieła sztuki.

– Cześć, sprzedajecie zabytkowe serwantki? – praktycznie wykrzykiwałam w tej samej sekundzie, kiedy zwolnili blokadę i wpuścili mnie do środka. Przy szóstym sklepie nawet nie ruszałam się spod drzwi. Jakiś snobistyczny sprzedawca z pewnością mierzył mnie wzrokiem z góry na dół – tego się nie dało uniknąć! – oceniając mnie, żeby podjąć decyzję, czy byłam kimś, kim warto się przejmować. Większość zauważała w tym momencie czekający wóz z Town Car i raczyła mnie niechętnym tak lub nie, chociaż niektórzy żądali szczegółowego opisu poszukiwanej przeze mnie serwantki.

Jeśli przyznali, że sprzedają coś, co spełniało moje wyrażone w dwóch słowach wymagania, natychmiast rzucałam krótkie: „Czy była tu ostatnio Miranda Priestly?”. Gdyby w tym momencie nie uznawali, że zwariowałam, byliby gotowi wezwać ochronę. Kilka osób nigdy nie słyszało jej nazwiska. To było fantastyczne; przede wszystkim czułam się odświeżona, mogąc się przekonać, że wciąż istniały normalnie funkcjonujące istoty ludzkie, których życia nie zdominowała, a dodatkowo mogłam szybko wyjść bez dalszych dyskusji. Żałosna większość, która rozpoznawała nazwisko, z miejsca zaczynała być ciekawa. Niektórzy zastanawiali się, dla której plotkarskiej kolumny pisywałam. Ale bez względu na to, jaką historię zmyśliłam, nikt jej nie widział w sklepie (z wyjątkiem trzech, gdzie „nie widzieliśmy panny Priestly od miesięcy, i och, jak za nią tęsknimy! Proszę jej przekazać, że Franck/Charlotte/Sarabeth przesyła ucałowania!”).

Gdy do południa trzeciego dnia nie udało mi się zlokalizować sklepu, Emily wreszcie dała mi zielone światło, żebym weszła do gabinetu i poprosiła Mirandę o uściślenie. Zaczęłam się pocić, gdy samochód podjechał pod wejście do budynku. Zagroziłam, że przejdę przez bramkę górą, jeżeli Eduardo nie wpuści mnie bez przedstawienia. Gdy dotarłam na nasze piętro, pot przesiąkł mi przez koszulę. Ręce zaczęły mi się trząść w chwili, gdy weszłam na teren biura i przygotowana w najdrobniejszych szczegółach przemowa („Halo, Mirando. W porządku, dzięki, że pytasz. A co u ciebie? Słuchaj, chciałam tylko cię zawiadomić, że bardzo się starałam zlokalizować ten sklep z antykami, który opisałaś, ale nie miałam szczęścia. Może mogłabyś mi powiedzieć, czy jest po wschodniej, czy zachodniej stronie Manhattanu? A może wręcz przypominasz sobie nazwę?”), którą kilkanaście razy przećwiczyłam, po prostu uleciała z mojego płochego, bardzo znerwicowanego umysłu. Wbrew protokołowi nie umieściłam swojego pytania w Biuletynie; poprosiłam o pozwolenie zwrócenia się do niej przy jej biurku i – prawdopodobnie z powodu szoku spowodowanego tym, że miałam czelność odezwać się do niej niepytana – udzieliła mi go. Żeby streścić całą sprawę, Miranda westchnęła i potraktowała mnie protekcjonalnie, poniżała mnie i obrażała w każdy ze swoich czarujących sposobów, ale ostatecznie otworzyła czarny skórzany terminarz od Hermesa (niewygodnie, lecz szykownie obwiązany białą apaszką Hermesa) i wyjęła… wizytówkę sklepu.

– Zostawiłam ci tę informację na sekretarce, Ahn – dre – ah. Przypuszczam, że zapisanie jej byłoby zbyt kłopotliwe? – I chociaż całe moje jestestwo przepełniało pragnienie ozdobienia jej twarzy dekoracyjnym wzorkiem z nacięć wykonanych wspomnianą wyżej wizytówką, zwyczajnie skinęłam głową na znak potwierdzenia. Dopiero kiedy przyjrzałam jej się bliżej, zauważyłam adres: Sześćdziesiąta Ósma Wschodnia dwieście czterdzieści cztery. Naturalnie. Wschód czy zachód, Pierwsza Aleja czy Madison nie zrobiłyby najmniejszej cholernej różnicy, ponieważ sklep, na lokalizację którego właśnie poświeciłam trzydzieści trzy godziny pracy, nie był nawet na Siedemdziesiątej którejś.

Myślałam o tym, gdy zapisywałam ostatnie nocne żądania Mirandy i gnałam na dół, żeby w wyznaczonym miejscu spotkać się z Jurijem. Każdego ranka bardzo szczegółowo opisywał, gdzie zaparkował, tak żebym teoretycznie mogła spotkać się z nim przy samochodzie. Ale każdego ranka, bez względu na to, jak szybko zdołałam dostać się na dół, sam przynosił wszystko do budynku, żebym nie musiała ganiać tam i z powrotem po ulicach i go szukać. Z wielkim zadowoleniem przekonałam się, że dzisiejszy dzień nie był wyjątkiem: opierał się o bramkę w holu, trzymając w ramionach torby, ubrania i książki jak życzliwy, hojny dziadek.

– Nie biegnij no do mnie, ty słyszy – odezwał się ze swoim ciężkim rosyjskim akcentem. – Cały dzień tylko biegasz, biegasz, biegasz. Ona każe ci bardzo, bardzo ciężko pracować. Dlatego ja przynoszę ci rzeczy – powiedział, pomagając mi chwycić przepełnione torby i pudła. – Bądź grzeczną dziewczynką, ty słyszy, i miej miły dzień.

Rzuciłam mu pełne wdzięczności spojrzenie, na wpół żartobliwie błysnęłam oczami w kierunku Eduarda – mój sposób, żeby powiedzieć: „Zabiję, kurwa, jeżeli choćby pomyślisz, żeby poprosić mnie teraz o odegranie czegoś”. Trochę się rozluźniłam, kiedy przepuścił mnie przez bramkę bez komentarza. Cudem pamiętałam, żeby zatrzymać się przy stoisku z prasą, gdzie Ahmed, właściciel, wkładał mi w objęcia stos wszystkich wymaganych przez Mirandę porannych gazet. Chociaż codziennie do dziewiątej dział pocztowy dostarczał każdą z nich na biurko Mirandy, i tak miałam co rano kupować pełen drugi zestaw, co pomagało zminimalizować ryzyko, że choć sekundę spędzi w swoim gabinecie bez gazet. To samo z tygodnikami. Wyglądało na to, że nikomu nie przeszkadza fakt opłacania przez nas dziewięciu gazet dziennie i siedmiu tygodników co tydzień dla kogoś, kto czyta tylko plotki i strony z modą.

Zwaliłam wszystkie jej rzeczy na podłogę pod własnym biurkiem. Czas na pierwszą rundę zamówień. Wybrałam numer, którego już dawno temu nauczyłam się na pamięć, do Mangii, eleganckiego lokalu zjedzeniem na wynos w śródmieściu, i jak zwykle odebrał Jorge.